25.06.2018

Awans


Moi mili! Spotykamy się w tym poście z powodu obwieszczenia wszystkim wszem i wobec niesłychanie ważnej zmiany, mającej wielki wpływ na układ sforowych wojsk. Jest nam niezwykle miło ogłosić, że jeden z naszych zasłużonych wojowników wybił się ponad resztę imponując nam swymi niesamowitymi zdolnościami oraz udowodnił, że jest gotów, by powierzyć mu bardziej odpowiedzialne zadania. Jego trud włożony w każdy trening postanowiliśmy docenić i sowicie nagrodzić czyniąc go drugim już dowódcą wojowników!

Bill, gratulujemy Ci serdecznie, życzymy powodzenia i sukcesów w zarządzaniu podwładnymi, oraz powodzenia w dalszych zmaganiach na poligonie. Niech Moc będzie z tobą!

Od Valoura cd Adiego

    Kochałem Adiego całym sercem, więc dzień naszych zaręczyn był najszczęśliwszym dniem w moim życiu. Wieść szybko rozeszła się po sforze. Rodzina i przyjaciele przychodzili nam gratulować. Duża część sióstr, siostrzenic i siostrzeńców, a także braci oraz partnerów całej wymienionej gromady, zaoferowało się pomóc nam w przygotowaniach. O rodzicach już nie mówiąc. I wydawałoby się, że wszystko zaczynało się układać. Mój ojciec przebywał w sali szpitalnej, więc na nas przypadły jego obowiązki i szło nam naprawdę dobrze, rozłożyliśmy robotę na wszystkich w rodzinie. Mama przejęła się zaręczynami i na chwilę była w stanie odbiec myślami od nieszczęść, jakie nękały nasz ród. I naprawdę, wszystko zaczynało się układać. A potem zaczęły się schody.
    Ojciec był w stanie stabilnym. Stabilnie beznadziejnym. Jego tajemnicza choroba nie miała zamiaru ustąpić naszym medykom i powolutku niszczyła go. Widziałem ból w oczach mamy, gdy siedząc przy nim obserwowała, jak powoli nam znika. Wszyscy staraliśmy się ją wspierać, ze skutkiem różnym. Najlepiej wychodziło to Peterowi. Dopóki nie został oskarżony o morderstwo, a mama nie zmizerniała jeszcze bardziej. W kółko powtarzała nam, że jest niewinny, ale nic nie mogła zrobić. Ojciec miał być jego adwokatem, ale czy była jakakolwiek szansa, że w takim stanie uda mu się wybronić byłego samca beta? Jak na domiar złego, Delilah została zamordowana, z niewiadomym sprawcą. Osobiście nie znałem jej najlepiej, chociaż była moją przybraną siostrą. Czasem opiekowałem się, gdy była jeszcze mała, czasem bawiłem, czasem spotkałem na korytarzu, a czasem jedliśmy przy wspólnym stoliku gamm. Wieść o jej śmierci może nie wstrząsnęła mną mocno, a jednak zabolała. Chociaż bardziej bolał ból matki. 
    Zmiany przy stanowisku bet nie były jedynymi, pożądanymi zmianami, o czym dowiedziałem się, gdy pewnym krokiem szedłem odwiedzić salę szpitalną, żeby porozmawiać z mamą i tatą. 
    — Jak się trzymacie? — Narzuciłem na pysk szeroki uśmiech.
    Starałem się, żeby wyglądał prawdziwie, a sztuczność nie wylewała się przez szpary między zębami. 
    — Znośnie — kąciki ust mamy drgnęły, gdy to mówiła. — Crescendo nadal nie wrócił? — Dorzuciła po chwili.
    — Nie. Dlaczego pytasz? — Usiadłem koło niej.
    — Nie dam rady być teraz i matką w żałobie, i troskliwą żoną przy łóżku... — Tu spojrzała na śpiącego Metruma. — ...i głównym architektem, i gammą. Nie mam czasu nawet na rozmowę z dziećmi, bo terminy projektów mnie gonią. Rady hierarchii są bardzo istotne, a ja wolę nie wychodzić z sali szpitalnej, bo nigdy nie wiadomo, kiedy mu się pogorszy i jak długo z nami zostanie. Chcę, żeby Crescendo powoli przejmował nasze obowiązki, wprowadziłabym go, potem jedynie pomagała... On szybko się uczy i jestem pewna, że da sobie radę. Czuję, że to mój czas na emeryturę na tym stanowisku i pół etatu architekta, to trudny czas — położyła łapę na łapie taty, który poruszył się niespokojnie przez sen.
    — Wróci, jestem tego pewien, a jeśli nie, sam po niego pojadę — dałem jej buziaka w policzek. — Jesteś pewna, że to Crescendo powinien przejąć stanowisko? Są bardziej odpowiedzialne osoby w rodzinie, jak Maya czy Elara chociażby, wśród młodzików także. — Zacząłem ostrożnie.
    — Odpowiedzialności jeszcze nabierze, zaufaj mi. I jest najbardziej towarzyskim, a zarazem bardzo przyjacielskim i uprzejmym psem wśród rodziny. Gammy są od pilnowania, aby mieszkańcom żyło się tu dobrze, nie bali się mieszkać w naszych niekoniecznie skromnych progach i byli zadowoleni z tego, że mogą być częścią sfory. Będzie do tego idealny, czuję to — powiedziała.
    Może i miało to sens? Nie wiedziałem i nie chciałem się nad tym zastanawiać. Część mnie rozumiała tok myślenia mamy i nawet była skłonna przekonać się do niego, aczkolwiek gdzieś tam z tyłu głowy była lampka alarmowa, która uważała, że Cendo nie poradzi sobie z tak ważną funkcją. Owszem, kochałem brata, ale uważałem, że nie jest on dobrym kandydatem na reprezentanta hierarchii. Przytuliłem jeszcze mamę na pożegnanie, po czym ruszyłem na popołudniowy, samotny trening.

~***~

    — Kochanie, wróciłem! — Krzyknąłem wgłąb mieszkania, gdy otwierałem drzwi.
    — Cieszę się, ja akurat wychodzę — odparł pospiesznie i dał mi szybkiego buziaka w policzek.
    — Gdzie znowu? To chyba nie jest twoja zmiana — spojrzałem na wiszący w korytarzu kalendarz.
    Zaznaczałem tam wszystkie zmiany ukochanego, aby czasem zrobić mu obiad po pracy, bo akurat przez dyżur przegapiał, przyszykować łóżko do spania po nocnej zmianie, bo raczej ścieliłem je, a tak miał gotowe...
    — Eames mnie potrzebuje — powiedział i przekroczył próg naszej komnaty.
    Poczułem się, jakby ktoś wbijał mi w serce igłę. Rosnący we mnie smutek mieszał się z frustracją i złością. Wyszedłem przed narzeczonego, po czym zagrodziłem mu drogę.
    — Valour, ja naprawdę musz... — zaczął.
    — Nie, Adi. — Przerwałem mu. — Ciągle tylko biegasz do tego Eamesa, nowego narzeczonego sobie znalazłeś? — Wysyczałem.
    — Nie gadaj głupot, Val. Chcę tylko mu pomóc, on naprawdę potrzebuje teraz wsparcia, a ja...
    — Myślisz, że ja wsparcia nie potrzebuję?
    — Przestań mi przerywać. Ty masz całą rodzinę, od niego nawet dzieci się odwróciły.
    — Nie wychodzę za mąż za całą rodzinę, Adi. Potrzebuję ciebie, rozumiesz? A ty ciągle biegasz do innego psa, bo umarł mu brat? Wspierałeś mnie, kiedy Mavis popełniła samobójstwo? Kiedy ojciec zachorował? Kiedy Delilah została zamordowana? Nie wiemy tego od wczoraj, Adi. Ale ty wolisz siedzieć z jakimś losowym samcem, którego kiedyś tam poznałeś, ale nawet nie masz stałego kontaktu! — Wydarłem się na niego, aż ktoś wyjrzał na korytarz, żeby zobaczyć, o co chodzi.
    Samiec patrzył na mnie w milczeniu, po czym pokręcił łbem z dezaprobatą.
    — Val, nie musisz być o niego zazdrosny, on dla mnie nic nie znaczy. — Próbował mnie uspokoić.
    — Nic nie znaczy. Tak, oczywiście. Ale wolisz siedzieć z nim zamiast ze mną, wolisz pomagać jemu, zamiast mi — warknąłem.
    — Ja go rozumiem, sam mam podobną sytuację, ale ty nigdy nie będziesz w stanie tego zrozumieć — samiec powoli tracił cierpliwość. — On nie ma teraz nikogo, kto mógłby mu pomóc.
    — Albo ja, albo on. — Powiedziałem wreszcie przybierając chłodny, nieczuły ton.
    — Valour, to niedorzeczne, przecież...
    — Rozumiem. — Wyminąłem go, po czym wróciłem do jego komnaty i zacząłem pakować swoje rzeczy.
    — Valour, co ty robisz? — Podszedł do mnie, ale zignorowałem go. — Valour?
    Nie należałem do osób, które często płakały. Nawet przy tragicznych sytuacjach byłem raczej wsparciem dla innych, tym silnym psem, którego nie da się tak łatwo złamać. Ale teraz miałem wrażenie, że moje serce pęka na miliard kawałeczków. Pojedyncza łza spłynęła po moim policzku, po czym spadła na ziemię.
    — Nie wiem, czy nasz ślub ma jeszcze jakiś sens. — Powiedziałem, po czym wyniosłem pudło ze swoimi rzeczami, zostawiając osłupiałego Adiego w tyle.
    Dopiero odkładając rzeczy w starej komnacie, do której aktualnie wróciłem, przestałem nad sobą panować. Rzuciłem się zrezygnowany na posłanie, po czym zacząłem płakać. Płakać, jak małe dziecko, ryczeć, beczeć, popadać w histerię. Nigdy nie sądziłem, że coś będzie w stanie doprowadzić do takiej sytuacji, a jednak.

Adi? Hello darkness my old friend...
1127

Od Lucyfera CD Lightsaber

Moje rozczarowanie, było niezmiernie nierozczarowujące. Spodziewałem się takiego zagrania z jej strony, ale cóż nie zamierzam się przejmować. Jeśli nie ona to inna się przyda. Darowałem sobie i poszedłem w swoją stronę. Teraz pewnie uznacie, że hipokryta bo mówi, że zawsze dostaje to czego che. Owszem ale w odpowiednim czasie, a to nie był ten odpowiedni czas. Przez kilka dni zluzowałem z walkami i pozwoliłem sobie na wyleczenie ran, gdyż medyk uważał, że niektóre mogą spowodować nagły zgon lub utratę jakiejś części ciała gdy wda się zakażenie. Co ja bym zrobił, chyba rzuciłbym się pod pociąg który by jechał po innym torze. Nie jestem desperatom ani samobójcą może psychopatą troszeczkę bardziej niż bardzo.
Po kilku dniach leczenia wreszcie medyk odpowiedział pozytywnie na moje pytanie. Tak mogę już spożywać alkohol. Wybiegłem jak poparzony z gabinetu i totalnie zapomniałem o bólu. Chciałem się wreszcie napie*dolić jak księciunio po dwunastu dniach detoksu. Wpadłem jak dzik na sale balową i od razu zamówiłem cztery piwa na rozgrzewkę. Jedno wypiłem na raz pozostałe na dwa razy. Mój wzrok padł na stolik gdzie siedziała moja znajoma. Olśniło mnie z chęcią zjadłbym kawał steku, po jedzeniu więcej można wypić. Już po chwili widziałem jak zaskoczona samica patrzy, że na jej stole leży więcej talerzy i o jeden drink za dużo. Już po chwili znalazłem się w idealnie wesołym nastroju. Widząc jej zniesmaczenie mój uśmiech się powiększał jeszcze bardziej. Jakaś szybka wstępna gadka po czym padło oczywiste pytanie ileż to jam już zdążył w siebie wlać.
- Emm .. mało cztery piwa w dziesięć minut, aktualnie zamierzam wszamać papau dopić drinka i potem walić czystą wódę, wiesz to taka rozgrzewka.
- Chyba Cię po czterech piwach klepie już...
- Oh, moja droga mój pysk się raduje ja nie piłem tyle czasu dobry humor to nie jest nawet dobra faza ... jak już nie będziesz wiedziała co to ciebie mówię bo będzie to pijacki bełkot to znaczy, że " blebeblebe uhuhu" to dopiero wejdzie mi w głowę, bo wiesz od wódki rozum krótki. Smacznego.
zjadłem swój stek i wypiłem drinka a ona jeszcze jadła.
- Co za żółwie tempo lecę po jeszcze.
Skoczyłem do baru, wziąłem litra wódki i dwa kieliszki po czym wróciłem do stolika. postawiłem kieliszek dla siebie i dla niej a jej mina była bezcenna.
- no chyba nie myślisz ... -zaczęła
- No własnie nie myślę, że będę pił sam bo to alkoholizm ale z tobą.
Strzeliła kolejną swoją minkę po czym sączyła drinka. Ja zaś już brałem się do rozpracowania butelki.

*** Kilka kieliszków później ***

Zaczęło się rozbić miło i sympatycznie, ja miałem fazę na śmiech ona zaś się nieco przestała do mnie spinać. Poczułem,że nawet zaczynam ją rozśmieszać swoim idiotycznym gadaniem i suchymi żartami.
- Mi to w cztery łapy zaraz wejdzie, poczekam aż dopijesz i cię porywam
- Co porywasz mnie dokąd?
- Do tańca!
- Ja nie umiem...
- Typowe kłamstwo, pij nie pier*ol.
Jeszcze w nią wlałem trochę i jak skończyliśmy litra to ruszyliśmy w tango. nic bardziej mylnego to nie tango tylko wygibango bo tańcem nie nazwę tego.
- Jak się nie spinasz to jesteś znośna nawet.
Usiedliśmy na chwilę a kelner wyjął zero siedem.
- Zwariowałeś...
- Pomożesz mi wypijemy i Cię odprowadzę. Nie bój się słońce.

Lightsaber?

Od Lightsaber CD Lucyfera

Słyszałam, że był opisywany jako szarmancki i miły pies. Pewnie leci na kilka frontów na raz. Chyba niepotrzebnie straciłam cały dzień na niego i tą bezsensowną rozmowę. Przez następne dni totalnie o nim zapomniałam mając ciekawsze zajęcia typowe dla mnie.
Postanowiłam wygrzać się w słońcu na lawendowych polach. W dodatku chłodny wiatr sprzyjał w mym relaksie; ah i to niebo nade mną. Wstałam po chwili by się rozprostować i niestety ujrzałam właśnie niego - Lucyfera. Odwróciłam szybko wzrok z niesmakiem. Nie miałam zamiaru rozkręcać z nim jakiejkolwiek rozmowy, jednakże pies sam do mnie podszedł z swym „ciekawym wytłumaczeniem”. Wow, zdał sobie sprawę że był niemiły, jak uroczo. Nasza rozmówka nie trwała zbyt długo, bo niejaka Avatarii. Taka tam gatka - szmatka, bratanica itp. W sumie nawet nie zwróciłam na nią większej uwagi; czekałam aż skończy i sobie pójdzie. Chyba najbardziej zdziwił i zaciekawił mnie temat tych walk i tzw. Alistara. Pierwsze słyszę.
- Nadal nie wiem jak ty to zrobiłeś... seryjny morderco. - odparłam. - Widzę, że wyrobiłeś sobie niezłą reputację u tamtejszych.
- Owszem.
Był nieco dziwny. Jakby się coś w nim nagle zmieniło i zechciało mu się ze mną rozmawiać. Ja natomiast nie zmieniłam swego nastawienia do psa.
W sumie wiedziałam już wszystko na temat Lucyfera. On jedynie mnie znał z imienia. Nastała krótka cisza, a na moim pysku znów zawitało znudzenie.
- Wiesz, mam ciekawsze zajęcia i w sumie nie będę ci zawracać dupy swoją obecnością. Ty pewnie też masz lepsze.
Po prostu nie miałam tematu na rozmowę z nim. Ponadto wydawał mi się psem, którego rozmowa z suczką to same bajerowanie, by dojść do samych przyjemności. Ze mną się mu to nie uda. Wiedziałam, że ma dużo fanek, a ja nie byłam jedną z nich. Dla mnie Lucyfer był zwykłym psem ze sfory, aczkolwiek wiedziałam też że uległby i moim bajerom.
Z cyklu: „Jak wykorzystać kogoś by Lightsaber”. Może rozpocznę taki projekt?
- Yhm... - zaczął Lucyfer. - Może się kiedyś spotkamy.
- Może kiedyś, a może nigdy. - pomyślałam. - Tak, może. - powiedziałam i zostawiłam go.
Stwierdziłam, że zrobię tak jak on na początku dla mnie. Po prostu oleję i znajdę sobie coś ciekawego do roboty.

~~Wieczorem kilka dni później~~

Zeszłam na dół do karczmy. Tego dnia byłam nieco zmęczona. Spotkałam na terenach wiele psów w sumie pogadałam też z nimi chwilę... i zrobiłam sobie dość długi spacer. Około 19 przyszłam też do sali balowej i zrelaksowałam się przy muzyce.
Teraz w godzinach wieczornych widziałam tu dużo psów. Jedni siedzieli w dwójkach, trójkach, a inni w grupach. Zauważyłam też niektóre młodsze Bety. Ja usiadłam sobie na poboczu i czekałam na swoje zamówienie, a konkretnie pieczony indyk i drink. Siedziałam chwilę i przeglądałam inne rzeczy w menu. Po chwili zobaczyłam jak na mój stół wjeżdża moja porcja jedzenia, ale i jeszcze jedna. To był inny posiłek, jednakże drink taki sam. Po chwili przede mną na krześle zjawił się mój „ulubiony przyjaciel” Lucyfer.
I tak oto spieprzył mi się chyba cały wieczór.
- Kogoż ja tu widzę... - powiedział spoglądając na mnie. - Przyniosłem twoje jedzenie i swoje, a że zobaczyłem ciebie samą to stwierdziłem, że towarzystwa ci nie zaszkodzi.
Towarzystwa. Zależy jakiego. Eh, no dobra skoro jestem na niego skazana to niech będzie...
- Tia... to ja. Co tu robisz?
- Przyszedłem w tym samym chyba celu co ty. Nawet drinki mamy takie same. - uśmiechnął się.
Byłam pewna, że nie był to jego pierwszy drink.
- Dużo piłeś? - spytałam, a na moim pysku zawitał podejrzliwy uśmiech. Pies zaśmiał się i zaczął mówić...

Lucy? Moje wypociny, jakościowo kijowe XD

Od Lucyfera CD Lightsaber

Sam nie wiem czemu stanąłem w obronie swojej ofiary. Czarnego gigantycznego psa, podobnego do wilka o imieniu Victorius. Osłoniłem go kiedy myśliwy pomylił go z wilkiem i oberwałem kulą, pełen złości kazałem mu uciekać. Co prawda odwdzięczył mi się pomagając mi ujść z życiem kiedy podczas zabijania swojego oprawcy ktoś inny celował we mnie po raz kolejny. Dopinając swego zabiłem drugiego człowieka którego ten chciał puścić z życiem po tym jak wytrącił mu broń. Rana była dość świeża bo całe to zajście miało miejsce dwa dni temu. Rana bolała mnie jak diabli ale dzisiejszego wieczoru miałem walkę z moim rywalem Gilbertem. Nie mogłem jej odpuścić powodem była zdrada. Nikt nie ma prawa mnie zdradzić bo za to karze się śmiercią. Przynajmniej takie są moje zasady, dobrze, że nie jestem sędzią bo kara śmierci byłaby rozwiązaniem większości wykroczeń. Spakowałem swoją torbę i ruszyłem do miasta. Czułem, że mam towarzystwo jednak postanowiłem to zignorować. gdy dotarłem na miejsce wszyscy już wiwatowali wołając moje imię. Pies miał przewagę nade mną, chociaż wynik od początku był przesądzony to walczyłem do końca. Niestety poniosłem porażkę, jednak z dumą zszedłem z ringu. Już po chwili moi znajomi mnie otoczyli.
- Nie spodziewałem się twego, że przegrasz - odezwał się Roki.
- Cóż mam gorszy dzień...
- Oj, chłopaki dajcie spokój Lucyfer i tak nie musi nic udowadniać - odezwała się jedna z bliźniaczek Husky o imieniu Winter.
- Co racja to racja jeszcze go dorwiesz i wtedy pokarzesz mu kto tu rządzi.
otarłem pysk ręcznikiem i schowałem go do torby.
- Będę zawijał mam jeszcze coś do załatwienia.
Gdy wychodziłem Gilbert stanął mi na drodze.
- Hahaha .. wreszcie dostałeś porządny wpierd*l.
- Jeszcze się spotkamy...
Odszedłem ignorując jego dalsze kpiny.
W drodze powrotnej cały czas czułem, że nie jestem sam. Usiadłem sobie na górce gdyż chciałem odpocząć i patrzyłem na miasto lekko oświetlone nocą. To był jeden z moich ulubionych widoków. Moja samotna chwila została przerwana przez samice która mnie śledziła.
- Mogłeś to wygrać... Jeśli dobrze byś rozłożył swe siły i zwinność oczywiście... Ponadto co robiłeś na terenach sfory obok?
Odwróciłem się w jej stronę, była to samica owczarka niemieckiego. Miała krótką sierść, czarny podpalany pysk, łapy, ogon i miejscowo grzbiet, w sumie taka typowa barwa dla owczarka.
- Wiesz co, nie wstydem jest dostać wpi*rdol. Miałem dziś gorszy dzień, to chwilowy brak sił, jestem świeżo po postrzale i nawet nie chciało mi się iść do medyka teraz mam efekty, jestem ze sfory więc mam prawo przebywać na tamtych terenach jak chyba każdy.
Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale ja nie miałem chęci na rozmowę więc podniosłem się i po prostu ruszyłem dalej. Coś jeszcze do mnie mówiła ale postanowiłem ją zignorować . Zapewne to jedna z tych wielu zapatrzonych na mnie samic których mam na pęczki. nie zamierzam poświęcać im sporo uwagi bo potem mam ciężko się od nich odgonić. Uparta była towarzyszyła mi do samej sfory. Moje myśli były gdzieś indziej, były przy Gilbercie przy upragnionej zemście. Którą chciałem uskutecznić, miałem świadomość, że ta walka była nie fair. On był na wspomagaczach ale nikt tego nie pilnuje, podobno wszystkie chwyty dozwolone. W końcu dała mi spokój i odeszła a ja położyłem się na łóżku w komnacie. Przed snem wpadł mi do głowy pewien plan i postanowiłem go uskutecznić.

***** trzy dni po zdarzeniu ****

Moje rany były już opatrzone a medyk skleił mnie do kupy i kazał faszerować się przeciwbólowymi i przeciwzapalnymi lekami. Czułem się po nich cudnie. Mój umysł był w miarę trzeźwy a plan zemsty coraz bardziej doskonały jednak potrzebowałem kogoś i już wiedziałem kogo. Po obiedzie udałem się na spacer a raczej poleniuchować na lawendowe pole. Nie wiem czemu ale czułem, że ją tam spotkam. Jej wzrok padł na mnie a ja cóż postanowiłem zacząć rozmowę podchodząc do niej.
- Chyba nie byłem zbyt miły ostatnio...
Spojrzała na mnie zaskoczona, a ja tylko się uśmiechnąłem.
- Byłem zły po przegranej walce, dlatego Cię olałem, potrzebowałem samotności. Uznajmy, że tamta sytuacja nie miała miejsca. Jestem Lucyfer Morningstar, a ty ?
- Lightsaber... - odparła niepewnie.
- Cóż, dość wyjątkowe imię dla całkiem uroczej osóbki.
Chciała mi coś odpowiedzieć, jednak pewna osóbka nam przerwała. Avatarii wyskoczyła z kwitnących lawend i powaliła mnie na grzbiet.
- Cześć!!!
Zaśmiałem się na jej widok po czym odezwałem się.
- Co tutaj robisz? Miałaś wracać do watahy, chcesz żeby ktoś na prawdę pomylił cię z wilkiem i skrzywdził?
- Nie, ale obiecałeś, że po walce przyjdziesz do mnie i mi opowiesz.
- W szybkim skrócie przegrałem z Gilbertem ale on grał nie fair.
Avatari spojrzała na Lightsaber.
- O cześć, sorki że przeszkadzam, ale to mój wujaszek.
- Nic się nie stało... - powiedziała krótko.
Avatarii znowu skierowała wzrok na mnie i w końcu zeszłą, pozwalając mi wstać.
- Powinieneś go załatwić tak jak Alistara, wiesz połamać mu łapy skręcić kark a na koniec wyrwać serce i zjeść tak jak wtedy co mi opowiadałeś.
- Zrobiłbym to z ogromną chęcią młoda...
- Dasz rade wujaszku... Dobra wiesz co ja mam zaraz trening muszę uciekać...
- No zmykaj już, sio!
- To twoja siostrzenica, bratanica czy jak?
- Avatarii, nie poznałem ją jak była szczeniakiem i jakoś tak zostało.
- Poważnie wyrwałeś serce i zjadłeś je...? - zapytała dociekliwie.
- Owszem, na oczach setek psów oglądających moją walkę, po tym stałem się w sumie legendą i zmieniłem imię na Lucyfer.

Lightsaber?

Od Genesis cd Luke'a

    — Luke, to niebezpieczne. Mogliśmy przez ciebie spaść — podniosłam psa, po czym trzymałam go w powietrzu.
    Tak, jak podejrzewałam, ten zaczął się wyrywać.
    — Puszczaj mnie, ty mała, podejrzanie silna bestio Sis! — Krzyknął.
    — No dobra, skoro chcesz — podeszłam do krawędzi.
    To też było niebezpieczne, ale chciałam dać bratu małą nauczkę i pokazać, że nie należy skakać na siebie na terenie, gdzie jest ślisko i istnieje duże ryzyko roztrzaskania się o ostre skały.
    — Uważaj, za tobą! — Krzyknął nagle, robiąc minę rodem z horroru.
    Minę przerażonego dziecka, nie złej bestii.
    — Tak, Luke. Co jeszcze. I myślisz, że się na to nabiorę? — Wymamrotałam niewyraźnie wciąż trzymając brata za kark w pysku.
    — Genesis do cholery! Chcesz to giń sama, ja jestem za młody! — Coraz mniej brzmiało to na żart, coraz bardziej na szczere, prawdziwe przerażenie.
    I wtedy postanowiłam się odwrócić, aby sprawdzić prawdziwość słów brata. Właśnie w tamtym momencie przeżyłam szok, bo zanim zdążyłam cokolwiek zobaczyć, poczułam uderzenie prosto w bok. Bardzo silne uderzenie. Uderzenie, którego nawet ja nie potrafiłabym zadać. Odruchowo puściłam brata. W głowie mi zawirowało, ale nie to było najgorsze. Spadałam. Spadałam prosto na ostre skały, o których wspominał wcześniej Percy. I temu wszystkiemu towarzyszył krzyk Perseusza o tym, że zaraz zginiemy i to wszystko moja wina. Na szczęście udało mi się zlecieć na półkę skalną, niewiele niżej, i złapać lecącego Luke'a. A kiedy adrenalina już odpuściła, padłam na ziemię, po czym zwróciłam zawartość swojego żołądka. Na boku miałam krwawą ranę, na szczęście niezbyt głęboką. Stworzenie, które mi ją zadało, musiało ledwo mnie drasnąć. Ale z jaką siłą...
    — Co to było? — Spytałam, kiedy udało mi się opanować kolejną falę wymiotów.
    — Nie mam pojęcia! Było ogromne, zielonkawe, takie... Wstrętne — wzdrygnął się. — Monstrum.
    — Skąd takie coś wzięło się na terenach Royal Dogs? — Rzuciłam w przestrzeń, głośno myśląc.
    — Lepiej powiedz mi, jak my stąd zejdziemy. Utknęliśmy na środku przepaści, za stromo, aby wrócić na górę, za wysoko i za stromo, żeby zejść w dół. Co więcej, na górze jest jakiś potwór, na dole ostre skały. Cudownie, prawda? Wolisz bycie szaszłykiem, czy karmą dla bestii? — Zarechotał, zadowolony z własnego żartu.
    Przewróciłam oczami. Chociaż mimo powagi sytuacji, delikatnie mnie to rozbawiło. Czego oczywiście nie miałam zamiar pokazywać bratu. Bo jeszcze zacznie rzucać kolejnymi dowcipami, a wtedy to go uduszę.
    Wzrokiem uważnie obserwowałam całą półkę skalną i prostopadłą do niej, naturalną ścianę. Moją uwagę przykuł jeden, dziwnie wyglądający tam kamień. Ignorując nawijanie Hundingtona w tle, kulawym krokiem podeszłam do niego, chwyciłam pyskiem i szarpnęłam do siebie, po czym zrzuciłam w dół. Okazało się, że było tam więcej luźnych. Zaczęłam je wyjmować, a Luke widząc, co robię, postanowił mi pomóc.
    — Jest przejście — odparłam, gdy szpara zrobiła się odpowiednio duża, żebyśmy mogli przez nią iść.
    — Ooo tak, zawsze marzyłem o podróży ciemnym, mokrym, podejrzanym korytarzem w nieznane — parsknął sznaucer, najwyraźniej nie do końca w humorze.
    — Jeśli wolisz tu zostać, to proszę bardzo. Moja rana zdąży zgnić, bo mimo tego, że jesteś sobie medykiem, nie masz tu niczego, żeby mi pomóc — odparłam spokojnie, świdrując brata spojrzeniem.
    — No dobra dobra. Panie przodem — wyszczerzył się głupkowato.
    Westchnęłam, po czym ruszyłam pierwsza w tajemniczy korytarz.

Luke? Rozwijamy spontaaan!
539

Od Victoriusa do Avatari - Quest#1

Przechodziłem lasem. Był wieczór. Wiał straszny wiatr. Czy drzewa upadną? Raczej nie. Były mocne. Miały duże korzenie. Skierowałem się w stronę gór. Mogła spaść lawina. Ale znajdowały się tam jaskinie. Było mi zimno. Futro niewiele dawało. Czemu było zimno w lato? Nie rozumiałem. Zbliżała się burza. Chmury zasłoniły słońce. Słyszałem grzmoty. W najbliższym czasie przybędzie tutaj. Wiał kodpowiedni do tego wiatr. Zacząłem widzieć błyskawice. Były obok gór. Ominą je. Dojdą tutaj. Musiałem poruszać się szybciej. Biegłem. Nie czułem psów. Czułem coś. Znajome. Znane. Wilk.
Zatrzymałem się. Wilk na terenie sfory. Rzadkie. Bardzo rzadkie. Niebezpieczne. Iść? Zawahałem się. Szła burza. Wilk był niebezpieczeństwem. Powinienem się go pozbyć. Usłyszałem krzyk.
Zamarłem. Wycie. Ból. Wilk. W niebezpieczeństwie? Iść? Mógł zaatakować. Mógł śledzić. Lepiej sprawdzić. Zacząłem iść powoli. Węszyłem. Tak. Ta sama osoba. Powoli. Nadal wyła. Może ktoś inny podejdzie. Słowa. Rozpoznawałem.
- Pomocy! Ratunku! - młody głos. Młody wilk. Wilczyca. Szedłem szybciej. Wołała głośniej. Znalazłem. Niewielka. Ranna. Dziwny kamień trzymał jej łapę. Widziałem takie. Dwunogi je tworzyły. Miały własną nazwę. Wyglądały jak szczęki. Może były to kości. Przypominały szczęki niedźwiedzia. Podszedłem bliżej. Wilczyca próbowała odskoczyć. Stanąłem. Przechyliłem łeb. Była bardzo jasna. Prawie biała. Miała szare plamy na łbie.
- Zaraz, ty… ty jesteś jednym z nas! O błagam, błagam, pomóż mi! Pomóż mi, nie wiem, czy ludzie tu nie wrócą! Albo niedźwiedź! Proszę! Proszę! Proszę! Muszę jak najszybciej wrócić do domu! - jak działała ta maszyna? Dotknąłem ją nosem. Nic. Uderzyłem łapą. Dźwięk. I tyle. Żadnej reakcji.
- Uważaj! - zawołała wilczyca. - To jest niebezpieczne - domyśliłem się. Obszedłem ją. Miała w środku jedną łapę. Tylko jedną. Potrzebuje jej?...
- Boli, oj boli! - jęczała. Byłoby łatwiej, jakby milczała. Przeszkadzała mi. Próbowałem myśleć? Nie byłem w stanie zniszczyć. Próbowałem. Starałem się przesunąć. Zaczęła piszczeć. Nie to. Była ranna. Mocno. Musiała się wylizać. Powąchałem. Nie śmierdziała. Nie była tu długo. Odgryźć? Jeszcze nie. Próbować. Ciągle coś mówiła. Nie słuchałem.
Podkopałem szczęki. Były czymś przyczepione. Spróbowałem to oderwać. Nie zadziałało. Było mocne.
Spojrzałem na szczęki. Ostre. Silne. Silne? Spróbowałem pociągnąć. Odrobinę się poruszyło. Dobrze. Oparłem łapę na drugim końcu. Zacząłem pchać. Ciężko było. Da rade.
- C-co robisz? - wilczyca pisnęła. Była niska. Chwyciłem ją za kark. Oparłem łapy. Zacząłem nimi pchać. Ciągnąłem samice do góry. Zaczęło wychodzić. Ktoś mnie uderzył w bok. Nie upadłem. Puściłem. Odskoczyłem.
- Zostaw ją - warknął pies. Suka. - Nie pozwolę ci jej zabić - skrzywiłem się. Popatrzyła na mnie. Zmieszała się.
- Ał, ał, ał - wilczyca jęczała.
- Czy ty też jesteś wilkiem? - nie odpowiedziałem. Nie była wysoka. Umięśnione łapy. Znałem mało ras. Ona nie należała do nich. Mieszana krew. - Jesteś wilkiem jak ja? - była wilkiem? Gdzie? Przyjrzałem się jej. Nie widziałem podobieństwa. Niebezpieczna? Nie. Wygladała młodo. Niepewna. Odwróciłem się do niej tyłem. Oparłem łapy o szczęki. Znowu chwyciłem wilczyce za kark. Piszczała. Szczęki się rozwarły. Zacząłem ją ciągnąć do góry. Wyrwała się.
- Dziękuje, dziękuje, dziękuje - powtarzała samica. Skakała wokół mnie. Unosiła łapę. Była cała we krwi. Pochyliłem się.
- Powinni się tobą zająć medycy - powiedziała suczka. Wilczyca zamarła. Spojrzała na nas.
- O nie, oni mnie przecież pobiją - pokiwałem łbem. Zabiją. Psy atakują wilki. Często. - Ja jakoś sobie poradzę - może tak. Przypatrzyłem się. Nie była bardzo słaba. Większa niż dużo psów. Ale mało mięśni. Mało krwi. Nie poradzi. Suka coś mowiła. Nie słuchałem. Traciłem wilczyce bokiem. Wskazałem łbem kierunek. Rzeka. Tam idziemy. Ruszyłem. Stała w miejscu. Ruszyłem łbem jeszcze raz Samice spojrzały po sobie. Stałem w bezruchu. Wilczyca ruszyła. Kulała. Oczywiście. 
Przesuwałem się powoli. Suka mówiła do wilczycy. Nadal nie widziałem w niej wilka. Była psem. Wilczyca była poważnie ranna. Źle na to patrzyłem. Było gorzej niż myślałem. Wystawała kość. Wilczyca była silna. Przestała narzekać. Mniej się bała. Była zdeterminowana.
Była zdeterminowana. 
Doszliśmy do rzeki. Wskazałem na nią. Wilczyca zamoczyła łapę. Syknęła. To za mało. 

(Avatari? Again, sorry za długość, czas goni)

24.06.2018

Od Samanty - CD. Jaya

Byłam w ciąży. Byłam w ciąży. BYŁAM W CIĄŻY. Gdzieś tam, pod moim sercem czy inną wątrobą rozpoczynało się życie kilku kulek, które kiedyś będą szczeniakami! Dobrze, szczerze mówiąc, to odrobinę mnie to przerażało, ponieważ chęć posiadania młodych, to kompletnie coś innego niż fakt, że zaszło się w stan błogosławiony... Mimo wszystko byłam jednak szczęśliwa i z niemałym zaciekawieniem spoglądałam na swoje podbrzusze. Miałam już w najbliższym czasie zostać mamą, czy to nie było piękne? Oczywiście wszyscy mieli różne zdania na ten temat:
 - Co? Kiedy? - Ikar nie wydawał być się tym wszystkim zachwycony i spoglądał na mojego męża z wyraźną dozą podejrzliwości. Jay uważał, że jest to normalna reakcja każdego teścia i nie przejmował się tym zbytnio, ponieważ zdecydowanie bardziej interesowała go reakcja jego własnych rodziców, kiedy dowiedzą się o tym wszystkim.
 - Masz, te ziółka zawierają dużo makroelementów, które pomogą ci uzupełnić braki w organizmie. - Soturi zdawała się w ogóle nie poruszona tym wszystkim i jak zwykle szpikowała mnie roślinkami, mimo tego jednak wiedziałam, że w głębi serca jest poruszona i z niepokojem spogląda czy komnata jest odpowiednia dla brzdąców.
 - Ciąża? - cudny Ekhou przechylał głowę na to słowo, a po wytłumaczeniu mu tego zjawiska zaczął na głos się zastanawiać czy to znaczy, że będziemy przynosić więcej jedzenia, aby wszystkich nakarmić.
 - O JA CIĘ, BĘDĘ TATĄ. ROZUMIESZ, TATĄ? MAŁE DŻAJOWE  I SAMIKOWE JUNIORY ZALUDNIĄ, ZNACZY ZAPSIĄ TĘ ZIEMIĘ I STANIEMY SIĘ WSZYSCY KRÓLAMI ŚWIATA. WŁAŚCIWIE, TO JUŻ NIMI JESTEŚMY, ALE NASZE DZIECI TEŻ NIMI BĘDĄ. - tymczasem odpowiedź mojej drugiej połówki wyglądała mniej więcej tak. Jay był równie podekscytowany tym wszystkim jak ja i z największą niecierpliwością dopytywał się co chwila o moje samopoczucie. Regularnie przynosił mi jedzenie ze stołówki, co właściwie było miłe i bardzo mi się podobało, ale już za drugim razem stwierdziłam, że ciąża nie czyni ze mnie niepełnosprawnej i uznałam, że nie powstrzymuje mnie ona przed niczym. Przynajmniej w pierwszym tygodniu, kiedy brzuch jest jeszcze normalnej wielkości, a szczyle jeszcze nie tańczą dzikiej samby. Czułam ich obecność, lecz nie kopały jeszcze i były jeszcze w fazie embrionów - lub jakoś tak, nie byłam w tym dobra i miałam jedynie podstawowe pojęcie o tym wszystkim.
  Jednak nie odbijając od tematu - właściwie, to robiłam to co zwykle. Miotałam szpiegami po poligonie, z równą pasją co wcześniej, a nawet sama wykonywałam większość ćwiczeń (zawsze tak jest, dowódca nigdy nie robi wszystkiego, co jego podwładni - taki profit). Przydzielałam im odpowiednie zadania, nie dając się ponieść hormonom, które chciały posłać ich wszystkich do miasteczka po pampersy i potem jeszcze na własnych siłach ruszyłam do stołówki. Oczywiście tam już czekał Jay z jakimś kocykiem czy czymś w tym stylu i wręcz rozkazująco owijał mnie niczym naleśnika, a potem prowadził mnie do naszej komnaty, mówiąc, że gwar może przeszkodzić dzieciom i potrzebna jest mi cisza i spokój. Kochany był i właściwie, to wciąż jest. 
  W naszym lokum były już, oczywiście, talerze żarcia i z dwadzieścia magicznych potionów od Soturi. Ikar był gdzieś z Ekhou, znaczy to bardziej Ekhou był gdzieś z Ikarem, ponieważ gryf raczej nie wyszedłby z dzieckiem z własnej woli. Nie znaczyło to oczywiście, że go nie lubił, oczywiście, że nie - raczej chodziło tu o to, że po prostu nie przepadał za większą odpowiedzialnością, do której był powoływany nieraz.
  Podsumowując to wszystko - życie naszej wesołej rodzinki było wspaniałe i to do tak wysokiego stopnia, że wcześniej nawet bym o nim nie marzyła. Dostatek, szczęście i radość z każdego kąta! A na dodatek jeszcze ogromna komnata, dzięki której można było pomieścić jeszcze więcej bogactw - zarówno fizycznych, jak i tych ważniejszych - duchowych (bo je trzeba wkładać do kuferków i zatrzymywać na zły czas). Remont już się zakończył i teraz do dyspozycji mieliśmy dwa piętra. Dzięki czemu nie było większego problemu z wyznaczeniem przestrzeni dla szczeniąt - jednogłośnie wybraliśmy jeden z pokojów Jaya, salon; duży jak na księcia delt przystało. Złapaliśmy ponownie za narzędzia, wybłagaliśmy Soturi, aby kopsnęła się po potrzebne materiały i jeszcze udało się nam odnaleźć jayowego teścia, akurat wracającego z jakiejś gonitwy za swoim wnuczkiem. Wykazał inicjatywę, że on też bardzo chętnie uda się do miasta, po jakieś dywaniki i zabawki. A tymczasem Ekhou został z nami i opowiadał o tym, jakie rzeczy chciałby mieć w swoim pokoju. Złapał też za kredę i zaczął na podłodze rysować kontury łóżek, tworząc wielki, będący rzeczywistych rozmiarów, plan.
 - Jay? - powiedziałam w pełnym momencie, a mój mąż podniósł głowę znad wielkiego kosza, w którym były jego zabawki z dzieciństwa. Teraz miały posłużyć następnemu pokoleniu, chociaż i tak było wiadome, że i my będziemy wymachiwać pluszakami, ponieważ wiek nie ogranicza. 
 - Tak, żonciu? - zapytał się, a ja nagle podbiegłam do niego i pocałowałam go w pyszczek.
 - Kocham cię. - szepnęłam i przytuliłam się delikatnie. Byłam szczęśliwa, mega szczęśliwa. 
 - Ja ciebie też. - samiec odwzajemnił uścisk, czułam, że chciałby zrobić mocniejszy, lecz wiedział, że istniałaby szansa, że to zaszkodzi szczeniętom. Po chwili odwróciliśmy się w stronę małego likaona, który akurat wchodził do pomieszczenia po tym, jak wypróbował zjeżdżalnię, która prowadziła do naszej komnaty niżej. Spojrzał się na nas pytająco, aby zaraz uśmiechnąć się i podbiec do nas. Potargałam go po głowie i musnęłam wargami jego czoło, pisnął cicho, co miało być tym charakterystycznym "Mamo, przestań!, jednak pozbawionym stanowczości i będącym zachętą do dalszych pieszczot...
  Po kilku godzinach ruszyłam do ginekologa na sztampową wizytę. Prawdopodobnie mogliśmy już dzisiaj poznać ilość szczeniaków, a w następnych dniach także ich płeć. Jay oczywiście nie chciał czekać aż wrócę, więc zabrał się ze mną. Byłam podenerwowana, lecz w ten miły sposób - czułam, jak to uczucie silnie związane jest z wyczekiwaniem. Droga do gabinetu zajęła nam krótko, więc już po chwili leżałam na tym charakterystycznym, sterylnie pachnącym łóżku. Mojego męża spróbowano wyprosić delikatnie, chociaż ten upierał się, że może jako partner powinien czekać grzecznie pod drzwiami, to jako pomocnik ma pełne prawo, aby pomagać z tym śmiesznym, zimnym kremem, który nakłada się na brzuch, aby można było przejechać potem po nim taką gałką, a na ekranie lekko podstarzałego, zajumanego ludziom sprzętu pojawiły się mazaje, które oznaczają szczyle.
  Chwilę trwało, zanim mój ukochany twardo postawił na swoim i można było wykonać wcześniej zapowiedziane czynności. Mimo tego wszystko jednak ginekolodzy, czyli Adi i Aurora, która została zobligowana do tego, aby nie zdradzić faktu ciąży reszcie rodziny, ponieważ chcieliśmy zrobić im niespodziankę, chociaż jakaś już jej część o tym pewnie wiedziała, nie wydawali się tym podenerwowani. Po kliku minutach mogłam już oglądać na razie jeszcze malutkie kropki. 
 - Jeden, dwa, trzy... cztery, pięć, sześć. Siedem? Siedem. - odliczaliśmy wszyscy przez chwilę, aby zaraz pokwitować wszystko okrzykiem niepohamowanej radości.

Jay? Kocham Cię! To opowiadanie jest maksymalnie roztrzepane we wszystkie strony świata, ale mam nadzieję, że da się je przeczytać!
1000+

Samanta spodziewa się szczeniąt!

Z kim: Jay
Ilość szczeniąt: Siódemka
Data narodzin szczeniąt: 30.06
Data dorośnięcia szczeniąt: 30.07

Dwa, Szczeniaki, Owczarki australijskie

Od Jaya - CD. Samanty

    Szorowaliśmy dziko po tafli majorkowej wody, a pod nami wierzgały swoimi ogonami najcudowniejsze stworzenia na ziemi zaraz po Samacie i wszystkich jej możliwych sobowtórach i klonach, ORKI! TO BYŁO TAKIE EKSCYTUJĄCE, ŻE CIĘŻKO BYŁO MI USIEDZIEĆ NA ZADKU, WIĘC KRĘCIŁEM WTE I WEWTE, A TROSKLIWY SAMSAM MUSIAŁ MNIE TRZYMAĆ, ŻEBYM NIE FIKNĄŁ TAM Z TEGO DYWANU. 
    — Co to jest? — Zapytała się mnie żonka, kiedy dywan FrydzioZyg miał chwilowy fajrancik od mojego sterowania i mogliśmy nachylić się nad taflą. Byliśmy trzymani przez jego długaśne, powiewające frendzelki, co nie do końca było okey, bo bardzo chciałem sobie popływać z tymi boskimi istotami. I wciągnąć do wody Sammy, koniecznie! Ona jeszcze nie wiedziała co właśnie pikuje sobie w wodzie pod nami, musiałem jej uświadomić, musiałem, w końcu to były najpRAWDZIWSZE ORKI, MOJA ŻONKA MUSIAŁA KOCHAĆ JE TAK SAMO MOCNO JAK JA, MUSIAŁA, MUSIAŁA!
    — ...to takie pandy... — Zanuciłem jej do uszka, a ona szybko podłapała co i jak, i wyszłam nam z tego całkiem zgrabnie cała piosenka, którą zaczęliśmy śpiewać jak najgłośniej na pełne gardła, bo była zbyt super, żeby robić to cicho.
    — Orki, orki z Majoooorki
Orki z Poznania
I ze Stalowej Wooooli
Pan Bóg, stworzył walenie
I bawi się z nimi, kiedy się gooooli
Orki, są takie piękne
Tak pięknie skaczą, gdy polują na słoooonie
Pan Bóg zawsze się śmiejeeee i macha im rękąąąąą
Bo nogą mu cięęęęężko
Orki to takie pandy
Tylko, że w wooodzie
I mają płeeeeeetwy
Pan Bóg też chciał mieć płetwę
ALE NIE MOŻEEEEE
WIĘC POJECHAŁ DO ZAAAAAAABRZA! — Zakończyliśmy dysząc szybko i uśmiechając się do siebie bardzo szeroko, bo ta piosenka była super, głos Samanci był super, nasz Duet Dżamant był super i w ogóle to wszystko ewoluowało w taki dziki śmiech, że chyba przy nikim innym na świecie nie było mi nigdy tak dobrze jak przy niej wtedy, z tą piosenką, na tym dywanie, pod tym słoneczkiem i nad tymi ORKAMI, więc nie mogłem się oprzeć, popatrzyłem w jej błyszczące oczka i ją pocałowałem, pierwszy raz w taki sposób, w pyszczek, pierwszy raz tak mocno, tak nagle i z taką szaloną miłością, która aż ze mnie buchała. Całowanie jej było jeszcze milsze niż spotkanie z tymi orkami, które nie były już znowu takie ważne jak ona, jak moja żoncia, do której jakaś siła przyssała mnie bez reszty. Ten całus był takim dzikusem, ale milusim dzikusem, od którego robiło mi się cieplutko, a hipopotamy w moim brzuchu tańczyły makarenę i w ogóle był jednocześnie też taki czuły i przyjemny jak patrzenie na szczeniaczki, więc generalnie spoko sprawa. Siedzieliśmy tak połączeni przez chwilkę, no ale potem zaczynało się robić niewygodnie, więc telepatycznie uznaliśmy, że Frydzio to miękki koleś i wygodnie by było na nim się położyć jednak, więc tak zrobiliśmy i sobie nadal tak lecieliśmy, ja na Zygu, ona na mnie, ciągle się od siebie klejąc prawie jak dwie ostatnie pianki na spodzie opakowania. I tak super szczerze, to to było wtedy jeszcze fajniejsze, bo żonka była tak bardzo cieplusia, a moje hipcie przez to zmieniły układ na ogniste, czy tam płonące tango. Gdy w końcu się od siebie odkleiliśmy, jak dwie pianki, które ktoś nabijał na pat... CZY MIAŁEM OCHOTĘ NA PIANKI?! ZDECYDOWANIE MNIEJ, NIŻ NA ŻONĘ, ale tak. Od razu zaczęliśmy się znowu śmiać, dziwna była ta sytuacja, ale śmiech się skończył, gdy tylko orka zamachnęła się mocno swoim ogonem, a ja musiałem przeturlać się szybko jak naleśnik po talerzu i przejąć stery nad dywanem, bo by nam to mogło zniszczyć radio, co nie? Zygfryd gwałtownie zahamował, potem nim szybko zakręciłem, a jeszcze Sam pociągnęła za drugi róg, no i tak jakoś wyszło, że przez te oreczki polecieliśmy wszyscy w wodę. Nie zmarnowałem okazji, żeby zanurkować i jedną z nich smyrnąć w grzbiet, ale chyba jej się to nie spodobało, bo zaczęła się zachowywać, jakby chciała chapsnąć nas wszystkich. W sumie nie wiem do teraz, czy nie chciała nas może przypadkiem tylko przytulić, bo przemoczony magiczny dywan nas zgarnął szybko na swój pokład i odpalił tryb "motorówka". I tak się skończyło latanko, choć żeglowanie na FrydzioZygu też było spoko, goniły nas rekiny i unikaliśmy sztormu, w ogon udziabał mnie jakiś żółw wodny, czyli takie tam typowe przeżycia z podróży, wiadomka. Tak sobie pływaliśmy aż do momentu, kiedy dobiliśmy do brzegu Afryki, a wtedy zaczęła się nasza najbardziej epicka przygoda, pod tytułem "PODRÓŻ POŚLUBNA".

~*~ TROCHĘ PO POWROCIE DO SFORY ~*~

    Ekhou powolutku przyzwyczajał się do sfory i do innych psów, i w sumie inni do niego raczej też, to znaczy tylko czasem pogonił kogoś na korytarzu i tylko czasem wszedł komuś do komnaty szybem pogryzł mu rodzinę i wszystkie meble i uciekał, i tylko czasem uciekali przed nim. To było dobre dziecko i fajny ziomek, którego z Samantą postanowiliśmy wychować jak własnego szkraba i być jego rodzicami, bo niby czemu to, że jest likaononenenem, czy jak to tam żonka mówiła, miało być problemem? To że gryzł innych? I że prawie pożarł czyjegoś kota?! OCZYWIŚCIE, ŻE NIE! To było małe niewinne dzieciątko i musieliśmy być dla niego super mamcią i tatkiem, żeby przestał wszystkich kąsać. I nawet dobrze nam wychodziło, bo nauczył się, że cudze towarzysze to nie żarełko i lepsza jest dziczyzna i nawet przestał tak się dziwnie patrzeć na mojego teścia. Ogólnie było dobrze, bajecznie wręcz i każdy dzień przynosił więcej niespodzianek, ja coraz mocniej wierzyłem, że moje miejsce na ziemi jest właśnie przy tej bombowej suczce, która codziennie mnie zaskakiwała bardziej i bardziej i bardziej i bardziej! Osiągnęliśmy chyba największe możliwe szczęście, poważnie, wywaliło nas z nim poza skalę, a ja nie potrafiłem sobie wyobrazić, a umiem sobie wyobrazić całe mnóstwo rzeczy, jak latające słonie, superbohaterów węży, których super mocą jest wtapianie się w otoczenie przez zamianę w kijek, pizzę w kształcie babeczki i wiele więcej, ale nie tego, że mojego SamSama mogłoby przy mnie nie być. Po prostu nie. Byliśmy teraz My, a rozdzielenie nas było jak odrywanie od siebie tych dwóch sklejonych pianek, które mi tak chodzą po głowie, no niby się da je oderwać, kurczaczek, ale po co, skoro razem są podwójnie super?! BYLIŚMY TYMI PIANKAMI, MOCNO SKLEJONYMI ZE SOBĄ TAK, ŻE PRĘDZEJ BY KTOŚ SOBIE RYJEC POŁAMAŁ, NIŻ NAS PRZEGRYZŁ.
    — Kocham cię. — Powiedziałem jej do ucha pewnego wieczoru, gdy utuliliśmy Ekhou do snu i leżał spokojnie pod komodą podgryzając przez sen długiego żelka. Powiedziałem jej to pierwszy raz odkąd ją poznałem, bo wtedy naprawdę cisnęło mi się to na usta i chyba naprawdę to było to uczucie, a nie za dużo cukru we krwi, po zjedzonym słoiku jakiegoś słodkiego kremu. Dobry był ten krem. — Bardzo cię kocham, skarbie, jesteś super i tak sobie myślę, że bez ciebie byłbym jak tosty bez keczupu. — Powiedziałem, całując ją tak jak wtedy na Zygfrydzie, co ostatnio było esktra częste, bo ten sposób okazywania miłości był chyba najmilszy ze wszystkich. Może oprócz hugasów, Samancia była najlepszym hugaczem jakiego poznałem, serio, nawet Prim jej nie przebijała. No okey, wtedy, gdy ściskała mnie tak, że oczy mi wychodziły z patrzodołków a wątroba przemieszczała się do ogona nie. Ale zwykle tak.
    — Ja ciebie też. Jest idealnie, niczego mi nie brakuje. — Odpowiedziała, dając mi tego samego gorącego całusa, prawie tak gorącego, jak patelnia, którą ostatnio sparzyłem sobie pół łapy. Leżeliśmy w naszej ulubionej, przetestowanej pozycji z ustami złączonymi mocniutko jakby były sklejone Kropelką. To były TOTALNIE najlepsze w momenty w całym dniu. Gdy sobie tak leżeliśmy jak dżem na naleśniczku i mogliśmy wymieniać najlepsze pod słońcem całusy i czuć swoje wzajemne ciepełko.
    — Jay, poczekaj. — Oderwała usta od moich, mrucząc i przeturlała się na drugi koniec łóżka jak na prawdziwego agenta przystało, żeby potem NIESPODZIEWANIE SKOCZYĆ MI NA GRZBIET, żebym to ja mógł ją przyprzeć do wyrka. Walczyliśmy o dominację jak dwie waleczne pszczółki o tulipana, ale w końcu podciąłem żonci nogę i poleciała, hehe, na mnie. Patrzyliśmy sobie w oczka przez dłuższą chwilę, ona dyszała, ja dyszałem zastanawiając się co za paproch wpadł mi do ryjca i śmiejąc się cicho razem z nią.
    — Jest jedna rzecz, której mi brakuje. — Wyszeptała mi do ucha, wcześniej unosząc troszeczkę głowę do góry. Byłem gotowy już wyskoczyć na polowanie jakiś pierogów, czy nowej dobrej planszówy na kolejne powtórki nocy poślubnej, ale ona mnie zatrzymała. Przytrzymała mnie za sierść na karku i przyciągnęła do siebie, przez co kolejny raz tego dzionka nasze pyski złączyły się razem. TO BYŁO NAJLEPSZE UCZUCIE NA ŚWIECIE, LEPSZE OD PŁYWANIA NA DYWANIE, LATANIA NA NIM, OGLĄDANIA OREK CZY JEDZENIA CIASTA, ALE TO, ŻE JEJ CZEGOŚ BRAKUJE BYŁO NIE DO WYTRZYMANIA. TO TRZEBA BYŁO ZMIENIĆ NATYCHMIAST, więc odsunąłem od niej pysk.
    — MÓW CZEGO, TERAZ, NATYCHMIAST, JUŻ!
    — Chciałabym mieć z tobą szczenięta, JJ. — Samanta chciała mieć ze mną dzieci. Samanta chciała mieć ze mną dzieci. MÓJ SAMSAM CHCIAŁ MIEĆ ZE MNĄ DZIECIAKI, WŁASNE KULCIE MIŁOŚCI I SZCZĘŚCIA, KTÓRE MOGLIBYŚMY KŁAŚĆ SPAĆ JAK EKH'A, UCZYĆ MÓWIĆ, PRZYTULAĆ SIĘ DO NICH, CAŁOWAĆ JE, PODRÓŻOWAĆ Z NIMI, CHODZIĆ Z NIMI WSZĘDZIE, GRAĆ W PLANSZÓWKI W TRYBIE MULTIMULTIPLAYER, DZIELIĆ SIĘ Z NIMI SŁODYCZAMI, I JE KOCHAĆ!!
    — Kocham dzieci, dzieci są urocze, lubię siedzieć z dziećmi, cudowne są, też chcę mieć je z tobą, pomyśl sobie, moglibyśmy pozwolić im jeść cuksy na obiad i skakać po łóżkach i jeździliby naszą super tubą I BYŁOBY TAK WSPANIALE GDYBYŚMY MIELI WŁASNE DZIECI, OH SAM, POWIEDZ TYLKO ŻE UMIESZ JE ROBIĆ!
    — Nie próbowałam, ale sobie poradzimy, no nie? — uśmiechnęła się prawie tak samo szeroko jak ja, ale tego banana mojego i tak nie umiałaby przebić, bo to był hiperbanan.
    — Że my nie damy rady? My? Wiadomka, że to ogarniemy, przydałby się tylko jakiś poradnik, masz jakiś pora... — nie dokończyłem żartu, bo buziakiem zatkała mi usta i chwiejnym krokiem zaprowadziła mnie do łazienki, wciąż nie odrywając się od moich warg. Tanecznym krokiem, bo w sumie mieliśmy muzę, podkradliśmy Wiercisława, to super radyjko z salonu, nalaliśmy ciepłej wody do wanny, zrobiliśmy pianę, która była tak ogromna, że wylała się na podłogę, daliśmy też takie fajne pachnące kule i sól do kąpieli iiiii weszliśmy do niej. Najpierw było jak wcześniej, wymienialiśmy namiętne pocałunki otoczeni przyjemną wodą i milutką pianą, która sprawiała, że nie było widać niczego poza nami samymi. Tak ładnie pachniało w tej łazience! Lawenda i miodek unosiły się w powietrzu, ale skupiałem się tylko na żonci, z którą zaczęliśmy się bawić w grę, którą sami wymyśliliśmy. Nie grałem nigdy w całuśnego berka, ale był super, hiper, zaczepisty i gdybym znał go wcześniej, to znałbym go wcześniej. Chodziło o to, że była sobie taka Sammy, która dawała mi buziaka i chowała się między pianą albo kuliła się pod wodą i trzeba było znaleźć ją po jej zapachu zgubionym W SETKACH INNYCH PRZEZ TE GŁUPIE KULE. Zabawa była boska, przekazywaliśmy sobie prowadzenie poprzez kolejne serie pocałunków i przy każdym kolejnym wyślizgnięciu się ukochanej z pod moich ramion wybuchaliśmy śmiechem. Trwało to kilkanaście minut, dopóki nie przyparłem jej na tyle mocno do ściany wanny, by ta nie mogła umknąć z pod nacisku mojego ciała. Na jej pysku pojawił się rumieniec, którego piękny kolor ustępował najpiękniejszej z róż czy krwi na śniegu, jak jakiś dzieciak nie wyrobił na sankach i wleciał pyskiem w bałwana. Ale był o wiele bardziej uroczy. Pysk zapłonął mi podobnie co jej, położyłem się na niej, opadliśmy na dno wanny jak statek, co go jakieś gupie piraty ustrzeliły i wymieniliśmy pocałunek długi jak przemowy Avalona przed sforową wigilią. Popatrzyłem w jej błyszczące oczęta.
    — Gdyby miało cię zaboleć, wepchnij mi gąbkę do pyska, czy coś, ok? Nie chcę, żeby cię bolało.
     SamSam jedynie leciutko się uśmiechnął, więc oboje przeszliśmy do czynów. To wszystko było jakieś dziwne, nie wiem, ale przyjemne jak kupowanie babeczek u Life i Give w babeczkarni, chociaż w sumie to trochę bardzo bardziej. Było cudownie. Trudno było to porównać do czegoś innego, było nam razem tak bardzo dobrze, jej oddech na mojej szyi, szybciutkie bicie naszych serduszek, te jej dziwne uśmieszki i mój śmiech, bliskość, delikatność, czułość, aż w końcu ułożenie się w naszej ulubionej pozycji ponownie i zaśnięcie w tej wannie, w której to wszystko przeżyliśmy... To było nieziemskie.
    A potem były nie mniej udane powtóreczki, i to czekanie u ginekologa, na to co o tym wszystkim powie, udało, się czy się nie udało, będziemy mieć dzieci? CZEKANIE NA TO CO ON POWIE BYŁO TAKIE EKSCYTUJĄCE, NAJPIERW CHODZIŁEM W KÓŁKO, POTEM SKAKAŁEM PO KRZESŁACH, A POTEM ONA WYSZŁA, PRZYTULIŁA MNIE I POWIEDZIAŁA, ŻE SIĘ UDAŁO. BĘDZIEMY R O D Z I C A M I, POD JEJ SERDUSZKIEM BYŁY MAŁE KULECZKI, NASZE DZIECIAKI, NASZE WŁASNE, OSOBISTE MALUCHY, NASZE SZCZĘŚCIE, NASZE JNCDJNJNJD, CHCIAŁEM WYKRZYCZEĆ CAŁEMU ŚWIATU, BYŁEM TAK BARDZO SZCZĘŚLIWY. DOTKNĄŁEM JEJ BRZUSZKA, W KTÓRYM KRYŁO SIĘ NOWE ŻYCIE.
    I ZAPŁAKAŁEM W JEJ FUTERKO ZE SZCZĘŚCIA.

Kocham Cię. To pewnie nie to, czego ode mnie oczekiwałaś, ale starałam się jak najlepiej, by dobrze wyszło. Uwielbiam ich, Dżamanta to skarb.