20.02.2018

Od Pergilmesa do Kimesa

(Cześć, też mam imię po twoim ojcu)
Nie chciałem rozmawiać z rodzeństwem. Ani z nikim, tak właściwie. Najchętniej leżałbym po prostu z zamkniętymi oczami, przytulony do ciepłej, bezwonnej poduszki. Nie chciałem zasypiać, chociaż oczywiście specjalnie nad tym nie panowałem. W snach siedziałem w piwnicy. Nie chciałem tam wracać, nigdy, przenigdy, nawet we własnej głowie. Moment, gdy musiałem skonfrontować się z moją rodziną przyszedł szybciej niż chciałem, ale czego się spodziewałem, w szpitalnej nie ma specjalnie wielu kryjówek, zwłaszcza, jeśli jest się przykutym do łóżka. Lekarze dali mi trochę spokoju i zgodzili się nie wołać rodziny. A ja głupi im uwierzyłem. Przymknąłem powieki, ale mój organizm zbuntował się, przeciwko pragnieniom głowy i zmęczenie wygrało z rozsądkiem. Obudziłem się przestraszony, czując na sobie łapy Abingtona. Jasność, ale bezruch. Co jest? Czemu? Ciężko, czemu jest mi ciężko, co się dzieje?
- Gil! – zesztywniałem, gdy para łap sztywno mnie owinęła się wokół mnie. Zacząłem szybciej oddychać. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Kurtyny, łóżko, szpitalna i… kurwa. Ojciec, jego oczy wpatrzone prosto we mnie, chyba z ulgą, ale nie byłem pewny. Kostek próbował mnie udusić. ABC, który leżał po mojej lewej stronie, podniósł łeb, ale się nie ruszył. Tony wręcz przeciwnie, wcześniej wepchnął się na prawą część łóżka, a teraz jeszcze zaczął mnie zgniatać, to spółki z Freśką i Piernisiem.
- Dusicie mnie kur… - super, jeszcze jeden się dołączył, nawet nie wiedziałem kto.
- Gdzie ty byłeś, bracie? – zapytał Tony, odsuwając się kawałek.
- Nie mogę oddychać – powiedziałem im. – Odsuńcie się, odsuńcie się, odsuńcie się – powtarzałem, aż wreszcie dali mi trochę przestrzeni. Pies zaczął hałasować w swojej klatce, a mieli go niby dobrze wychować.
- Co się stało? – zapytał Kostek. – Uciekłeś? Bo wiesz, gdyby tata pozwolił mi cię szukać, to na pewno bym cię znalazł, ale on stwierdził, że byliśmy za młodzi.
- Byliście – wciął się ojciec, ale wciąż nic do mnie nie powiedział, a moje ostatnie słowa wisiały między nami.
- Były poszukiwania – poinformowała mnie Gienia. – Nie mogli cię odnaleźć. Nie było żadnych śladów.
- Porwał cię gang – bardziej stwierdził Ollie, niż zapytał.
- Jesteś idiotą – mruknąłem, opierając łeb o poduszkę. –I weźcie zejdźcie z mojego łóżka – powiedziałem. Zajmowali za dużo miejsca, zdecydowanie. Nie mogłem ruszać porządnie łapami, a to przypominało mi niezbyt przyjemne rzeczy. Posłuchali, przynajmniej raz ktoś mnie posłuchał.
- Masz siły, żeby rozmawiać? – zapytał ojciec. Brzmiał tak… rzeczowo. Byłem pewien, że Vergil właśnie mu coś powiedział, bo pysk mu się wykrzywił.
- Tak, tak, czuję się dobrze – powiedziałem. Byłem w zamku, bezpiecznym zamku, tu mnie nikt nie może dorwać. Czego więcej mi potrzeba, oprócz odrobiny jedzenia.
 - Uciekłeś? – zapytał Luke, bezpośredni jest. I coś więcej się uśmiechał.
- Nie, znaczy tak… - łatwiej patrzyło mi się w oczy Psa, niż psów, ale nie mogłem tchórzyć przez wlepione we mnie źrenice. – Tak, na początku uciekłem z zamku, nie jakoś specjalnie daleko. Znalazł mnie pies, Jason. Wpadłem chyba na niego jakoś wcześniej. On… – przełknąłem ślinę i zamrugałem parokrotnie. – Walnął mnie w głowę, nie mam pojęcia gdzie dokładnie mnie zaprowadził, potrzebowałbym mapy, żeby się połapać. To była chata, drewniana. Trudno mi powiedzieć co było w środku, widziałem tylko kawałek korytarz i piwnicę – poczułem, jak głos zawahał mi się przy ostatnim słowie. – Nie mam pojęcia ile tam byłem, długo. Jak uciekałem to pobiegłem jakoś w stronę północnego zachodu, trudno określić. Do nowego roku… Spamiętasz się? – zawróciłem się w stronę ojca. – Wolałbym wszystkiego znowu nie powtarzać.
- I tak będziesz musiał, trzeba będzie spisać i spróbować odnaleźć te trupy.
- Mogłeś mi wcześniej powiedzieć – mruknąłem.
- Czemu trupy? – zapytał Kostek.
- Bo twój tatuś się na nich wkurzył i to tylko kwestia czasu, aż skończą w grobach – powiedział to przesadnie słodko, aż się wzdrygnąłem, a Pies zaczął ćwierkać, widząc moją reakcje. – Mów dalej – dodał ojciec, patrząc na mnie.
- Znalazły mnie psy, szedłem w nieokreślonym kierunku, wydaje mi się, że ciągle północny wschód. Nie byli to żadni sprzymierzeńcy sfory, tam byłem na nowy rok. Potem szedłem… trzy dni chyba, tak trzy, do gór. Tamte ziemie kojarzyłem, graniczyły z naszymi sprzymierzeńcami. Potem kolejne cztery do miasta i trzy do sfory – skończyłem mówić i moim skraju sali szpitalnej nastała cisza.
- Ile to jest kilometrów? – zapytał Pierniś.
- Nie wiem – odpowiedziałem. – Chodziłem dość szybko i długo, bo spać i tak nie mogłem – patrzyłem się w podłogę, pod młodszym bratem. Znowu cisza, nawet Pies nie ćwierkał, teraz nagle mu się odechciało.
- Trochę sobie pochodziłeś, bracie – powiedział w końcu Tony z uśmiechem, klepiąc mnie w łapę. Kiwnąłem łbem, we łbie mówiąc do siebie „Dwadzieścia dwa”. Jakoś nagle ta liczba wydała mi się wielka. Łaziłem we tą i we tamtą dwadzieścia dwa dni, czternaście siedziałem w przeklętej chacie. Mrugnąłem oczami i na moment za moim oczami pojawiły się  te ściany.
- Owszem – odpowiedziałem. – Dobra, nie chcę być niegrzeczny…
- Ty? Nie chcesz? – zdziwił się Oliver.
- Dobra, chcę. Idźcie sobie – warknąłem na niego. – Dajcie mi spać – położyłem się na poduszce – zobaczyłem, że ojciec się wahał, ale ostatecznie pokręcił łbem. I tak będziemy musieli w końcu porozmawiać, ale jeśli to ma być innego dnia, nie miałem nic przeciwko.
- Dlaczego nie umarłeś – odezwała się Eau po raz pierwszy, od kiedy otworzyłem oczy .
- Próbowałem – odpowiedziałem automatycznie, podczas gdy ojciec warknął na moją siostrę.
- Tyle to widzę – powiedziała i ja naprawdę tęskniłem za tą całą zgrają. Jeszcze parę dni temu oddałbym wszystko, żeby móc usiąść w tym cholernym zamku, nawet z nimi chuchającymi mi na kark. Uśmiechałem się, kurwa, uśmiechałem się, gdy zobaczyłem Eau.
- Możesz się odpieprzyć ropucho? – powiedziałem najspokojniej jak potrafiłem, z uśmiechem. – Dziękuję – wpatrywałem się prosto w jej oczy, myśląc, żeby wyczytała ze mnie cały ten gniew.
- Dzieciaki – jęknął ojciec.
- Chciałam powiedzieć, że miło, że wróciłeś, ale ty jak zawsze jesteś dupkiem – warknąłem na nią, a nasz rodzic już stracił cierpliwość i wyciągnął całe moje rodzeństwo za kurtynę. Pies zaczął wyciągać szyje w moją stronę, przez pręty klatki, więc otworzyłem ją, żeby tam nie utknął. Ptak polatał trochę nade mną, ale w końcu usiadł na zagłówku łóżka, przekrzywiając głowę.
- No co? – zapytałem. – Wkurzająca zd… - Pies zaćwierkał ostrzegawczo. – Suką, okey? Suką. A ja próbowałem – zwróciłem się do zwierzaka. – Naprawdę próbowałem – powtórzyłem ciszej, patrząc na pomiętą pościel. Odpowiedział mnie dotyk dzioba na czubku głowy. – Spadaj – wtuliłem łeb w posuchę. Kiedy następnym razem się obudziłem, było już ciemno. Cholera, ciemno. Spojrzałem już automatycznie na klatkę, którą ktoś zamknął z ptakiem w środku. Wszystkie światła były pogaszone, nie podobało mi się to. Bardzo. Za dużo ciemności w tych ostatnich dniach. Zignorowałem dziecięcą ochotę pozostania na łóżku, bo tam potwory mnie nie dosięgną. One mogą wleźć wszędzie, jeśli się tylko odrobinę postarają. Zszedłem z łóżka, po raz pierwszy od czterdziestu ośmiu godzin. Miałem przez chwile wrażenie, że moje nogi znowu są z waty. Stanąłem w miejscu. Upadnę czy nie upadnę? Dobrze jest. Krok za kroczkiem do przodu, krok za kroczkiem.
- Dam radę – powiedziałem pod nosem, ale najwyraźniej byłem głośniej, niż myślałem, bo jeden z psów, przewrócił się we śnie. Większość zasłon byłą odsłonięta, a łóżka puste. Nie byłem pewien, która jest godzina, trzecia? Czwarta? Coś koło tego. Zbliżyłem się do szafek, pociągnąłem za rączkę, ale nie chciały się otworzyć. Gdzie są jakieś świece, krzesiwo, ogień, światło. Czułem na sobie wzrok, chociaż wiedziałem, że nikt na mnie nie patrzył, nikt nie mógł. Nadal chciałem spać, oczy mi się same zamykały, ale szybko je otwierałem. Gdzie jest światło? Jakiekolwiek.
Zacząłem się trząść, trząść! To było gorsze niż piwnica. W niej wiedziałem, gdzie jestem, teraz, nie byłem pewny, czy nie wróciłem. Potrząsnąłem głową parokrotnie. Uspokój się Gil. Uspokój. Za dużo myślałem. Świece. Gdzieś muszą być świece, przecież ich nie zamykali na noc czy coś.
Zamykali. Zamykali cholerne świece, widziałem je przez szklaną szybę. Wpadło mi nawet do łba, by ją rozbić, ale narobiłbym za dużo hałasu. Wróciłem do łóżka i wsunąłem się pod kołdrę. Pies zaświergotał.
- Co? – wskazał łebkiem na okno. – Są chmury. Dobra, odsłonię, to i tak nic nie d… - chmury zniknęły, rozpłynęły się. W świetle księżyca widziałem drzewa na wzgórzach zamkowych. Wzgórza zamkowe. Kiedy przechodziłem przez teren, nie patrzyłem na boki, pod łapy i krok za krokiem, krok za krokiem. Niewiele się zmieniło, topiący się śnieg ukazał ciemną, błotnistą ziemię. Miałam przez chwile ochotę otworzyć okno i poczuć powietrze na pysku, ale w koncu tego też nie zrobiłem. Opanuj się Gil, idź w końcu spać. Widziałem swoje pazury, kraniec łóżka, kafelki. Może nie idealnie, ale jasno.
- Dzięki Pies – powiedziałem, a gil wyglądał na całkiem zadowolonego. Zacisnąłem powieki, już i tak przykryte łapą. Nie potrzebowałem wiele czasu, by pójść do krainy snów. Parę minut leżenia, zwiniętym w kulkę, z ogonem przyciśniętym do brzucha i zacząłem odpływać. Ostatnim co usłyszałem, były ciche sapnięcia śniącego Psa.
Znowu obudziłem się dość wcześnie. Kiedy już przespałem te trzy dni bez przerwy, wróciły problemy ze snem. Nie mogłem długo pozostawać bez przytomności, ale to się w końcu zmieni. Prawdopodobnie.
Sala medyczna zaczynała żyć. Jakiś pielęgniarz, który pewnie wcześniej już tu zaglądał, ale go nie zauważyłem, odsłonił wszystkie zasłony. W zamyśleniu pokręciłem łapami, lubiąc czuć je wolne od więzów. Zacząłem być głodny, chociaż nadal miałem gdzieś na języku resztki zwymiotowanej kuny, których nie umiałem się pozbyć. Mój towarzysz jeszcze spał, oparty lekko o ściankę klatki. Dziś pewnie przyjdzie ojciec pogadać, może wypuści Verga, pewnie ktoś jeszcze z rodziny przyjdzie, jakieś starsze rodzeństwo, ciotka Autumn, wieść, że wróciłem pewnie już dawno się rozeszła. Powinienem zacząć myśleć co zrobię, jak stąd wyjdę. Komnata, stanowisko, byłem dorosły, powinienem zdać egzaminy, ale szpiedzy przestali wydawać się propozycją dla mnie. Zbyt… wysportowani, poważani. Wyglądałem jak gówno, podobnie się czułem. I nadal nie pogadałem z ojcem. Musiałem to w końcu zrobić i…
- Hej, wyglądasz bardzo ponętnie – uniosłem brew, słysząc słowa stojącego przede mną samca.
- Mówisz to do mnie? – zapytałem, ciesząc się, że chociaż ten raz, mogłem na kogoś patrzeć z góry.
- Nie, do tej piękności – wskazał na szafkę.
- Jesteś pacjentem? – przyjrzałem mu się uważniej.
- Nie piękny, ja tu tylko trenuje, dopóki nie pójdę na większą zwierzynę, chociaż ty też jesteś niczego sobie – wyszczerzył się. Mój wyraz pyska mówił więcej niż słowa (bitch face). Podobny do samca  pielęgniarz podszedł bliżej i stanął po mojej prawej stronie, obaj patrzyliśmy na meblofila.
- Twoja uroda mnie powala, ale wznosi coś zupełnie innego.
- Debil – powiedzieliśmy jednocześnie i spojrzeliśmy na siebie.
- Kimes – przedstawił się samiec.
- Gilb… Gil – wyciągnąłbym nawet łapę na powitanie, ale było mi zbyt ciepło, by wyjmować cokolwiek spod kołdry. – A ty, mógłbyś przestać podrywać moją szafkę i pójść marnować życie gdzieś indziej?
(Kimes?)

Od Richonne

  Ikar podleciał zbyt blisko słońca i jego skrzydła stopiły się. Spadł do wody i tonął, tonął, tonął, zostawiając wszystko za sobą.
  Jeszcze nigdy nie czułam się tak obserwowana, jeszcze nigdy nie czułam się tak sparaliżowana strachem. To przyszło po prostu, nie było żadnego powodu. W jednym momencie do głowy przyszły same czarne myśli, nie wytrzymuję tego, ta presja jest zbyt ciężka. Czuję się pusta. Całkowicie. I nie mam siły nad tym zapanować. Nie mam siły na nic i choćbym próbowała, to nie działa. Nawet szczere uśmiechy Astarte, która swoją drogą i tak się ode mnie oddala. Nie ma jej. Zniknęła. Nie pomagają ciepłe słowa Aquillo ani Hannibala. Mimo że uśmiecham się i dziękuję im za ich wysiłek, tak naprawdę w środku nic się nie zmienia. Jednak chcę, aby się mną nie przejmowali. Chociaż, czy na pewno tak jest? To ja snuję się po korytarzach chwiejnym krokiem, to ja mówię że jestem beznadziejna, to ja mówię że się boję. Gdybym nie chciała pieprzonej atencji, siedziałabym cicho, nie sprawiała wrażenia żebrzącej o uwagę. Byłabym na boku w kącie, walcząc z tym sama. Po co ja to wszystko robię, może po prostu usunę się z drogi innym, odchodząc na dobre i nie męcząc ich swoją żałosnością. Nie jestem nikomu potrzebna. Nie pełnię tu żadnej ważnej funkcji. Aquillo da sobie beze mnie radę, ma w końcu Hannibala, poza którym świata nie widzi. To on jest jego słońcem. Jego skrzydłami. Astarte ma pracę i skalpele. Hannibalowi byłoby wszystko jedno. Pogodziliby się z moim odejściem po krótkim czasie.
  Jestem taka niepotrzebna. Bezsensowna. Nie na miejscu. Siedzę zwyczajnie w kącie drżąc z przerażenia. Przed czym? Nie wiem. Nie wiem. Cień przyszedł łypiąc na mnie okropnymi pustymi oczami, łapiąc za pierś. Wyciągnął ze mnie każdą kroplę dobra. Jednak teraz jest w porządku. Staram się powrócić do dawnej postawy. Pokazywać radość i smutek. Pomimo, że w środku już nic mnie to nie obchodzi.
  To mi wmawia że jestem zwyczajnym śmieciem. Że zasługuję na najgorsze. Nikt mnie nie docenia. Są ze mną tylko z przyzwyczajenia bądź litości. Mają mnie dość. Jestem dla nich za głupia.
  Czemu to przyszło? Czemu mnie męczy? Żyło mi się dobrze. To dlaczego to się stworzyło? Dlaczego? Dlaczego mój strach przed nieznanym albo i tak nieistniejącym się zwiększa? Dlaczego uśmiecham się mimo że nie chcę? Dlaczego? Bo już tak miałam? Kiedy to zniknie? Czy to w ogóle zniknie? A może to zniknie dopiero wtedy, kiedy ja?
  Nie. Nie zakończę tego tak przedwcześnie. Ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, że coś mnie złapie i wykończy. Nie starość. Coś innego. Nie wiem co. Ale się boję. Boję. Boję. Mam siebie dość. Jestem zerem. Okropnym zerem. Nie umiem tego dokładniej opisać. To kompletny chaos.
  Wpierw jestem sobą. Chcę biegać, polować, robić cokolwiek. A później to przychodzi. Mam ochotę leżeć i płakać, użalać się nad sobą, choć wiem, jakie to bezużyteczne. Niewarte. Nie chcę prosić o pomoc ani dawać znaków, ale co z tego, dwie minuty później potrafię o tym trąbić, żeby ktoś dał mi uwagę. Nie pomoc. Uwagę.
  A potem mówię, że jest okej.
  Nie wiem co się ze mną dzieje.
  Czekam aż to zniknie.
  A Ikar zbliża się do dna, przymykając powieki.

Od Grounda do Life

Powoli stawiałem kroki po mokrej ścieżce, nigdzie mi się nie śpieszyło nawet nie miało gdzie. Odwróciłem się i spojrzałem na wielkie miasto oświecane przez zachodzące słońce. Już trochę czasu minęło od opuszczenia rodzinnej wsi. Nie miałem żadnego planu gdzie teraz mogę się udać, jedyne o czym teraz myślałem to o znalezieniu bezpiecznego schronienia na najbliższą noc.
***
Otworzyłem oczy nawet nie pamiętałem kiedy zasnąłem, powoli wstałem po czym rozciągając się spojrzałem na ciemne niebo pokryte chmurami które zwiastowały deszcz. Idąc przez las usłyszałem jak ktoś chichocze. Podszedłem bliżej i zauważyłem dwie suczki, które z czegoś najwyraźniej się śmiały. Wyglądały identycznie, śniada długa sierść i długi, puchaty ogon. Jedna z nich w pysku coś trzymała, po dłuższym przyglądaniu zdałem sobie sprawę, że już to gdzieś widziałem. Były to babeczki. Suczki były tak zajęte rozmową, że nawet mnie nie zauważyły jak do nich podszedłem. Po dłuższej chwili jedna z nich skierowała na mnie swój wzrok.
- Hej, jestem Life a ty? - Zapytała z uśmiechem
- Ground. - Odpowiedziałem spoglądając na drugą z nich - To twoja siostra?
- Tak, jestem Give. - Powiedziała suczka a w tym samym momencie zobaczyłem niedaleko od nas błysk, a następnie usłyszałem grzmot. Chwile później poczułem jak deszcz przesiąka moje czarne futro.
- Powinniśmy już iść, idziesz z nami? - Zapytała się mnie jedna z bliźniaczek.
(Life?)

19.02.2018

Od Phoebe - CD. Crescendo - Quest #1

    Na bagnach znalazłam się zupełnie przypadkiem. Nigdy nie zapuszczałam się samotnie na te tereny, jako że przestrogi z lat dziecięcych wywierciły mi w głowie jasne przekonanie, że się nie powinno, że nie warto.
Snute za szczeniaka historie o śmiałkach, którzy własną lekkomyślnością i niewiedzą przypieczętowali swój los, pozostawiając tu po sobie tylko rozkładające się truchło, siały ferment w mojej głowie nie mniej niż te o potworach. Oczywiście teraz mogłam się jedynie śmiać ze wspomnień swego głupiego lęku, lecz niepokój w pobliżu tej dziwnej aury, jaką emanowały bagna, pozostał gdzieś na końcu głowy do dnia dzisiejszego. Było to jedno z nielicznych miejsc, którego nie znałam jak własnej kieszeni, w przeciwieństwie do pozostałych terenów. Nie dziwne więc jest, że gdy przechadzając się po jego pogranicznu usłyszałam czyjś krzyk o pomoc, to musiałam bić się z myślami, czy wskoczyć w błotniste ścieżki i na nią ruszyć, czy zostać w bezpiecznym miejscu i być głupią dzidą, która nie zareagowała. Szybko jednak ruszyłam szarymi komórkami, a do głowy przyszły mi wypowiedziane kiedyś przez mamę słowa, że jeżeli zapadniesz się w grząskim błocie, to tu, w opuszczonych niemalże rejonach sfory nawet wołając o pomoc, najpewniej nie nadejdzie ona na czas. Albo wcale...
    Przymknęłam powieki powtarzając kilkakrotnie w głowie, że się nie boję. Bo się przecież nie bałam. Czułam, że nie znalazłam się tu przypadkowo. Jestem chirurgiem, pracuję w medycynie, niosę pomoc tym, którzy jej potrzebują. A ktoś właśnie potrzebował, czy to zbieg okoliczności, że na mnie akuart trafił? Duncan pewnie zaprzeczyłby, mówiąc, że to zrządzenie Bogów. Ich, przewrotnego losu, czy kogokolwiek innego, zostawiłam za sobą wątpliwości i strach, kładąc pierwszą z łap na wyjątkowo podmokłej ziemii, słyszałam krzyk kogoś, kto potrzebował pomocy i nie zamierzałam tego zlekceważyć.
    Z początku błądziłam. Wciąż odnosiłam wrażenie, że mijam wciąż jedne i te same drzewa, że krzyki ciągle dobiegają z coraz to innej strony i jedynie brodzę w miejscu. Z tyłu uporczywa czerwona lampeczka przypominała, żeby ostrożnie stawiać nogi, aby nie zapaść się w gęstym mule. To był chyba lęk we własnej osobie, lęk, który początkowo wydawał mi się być całkiem pomocny. Tylko początkowo. Stopniowo zaczęłam zlewać te myśli, że to mi będzie trzeba przybyć na pomoc, kiedy zdawałam się być coraz bliżej osoby, która rzeczywiście jej potrzebowała. Nastawiłam wtedy uważnie uszy, wsłuchując się w najcichsze szmery i przyspieszyłam tempa zdając sobie sprawę, że moja zbytnia ostrożoność może kosztować kogoś życie. Głosy cichły, ich właściciel powoli tracił siły, jednak nie traciłam swoich wielkich pokładów nadziei, wierzyłam, że lada chwila dotrę na właściwe miejsce. I we właściwym czasie.
    W końcu dotarłam, być może wcale nie po aż tak długim czasie, słońce nie zmieniło swojego położenia, nadal górowało na błękitnym, zachmurzonym niebie. Pod jednym z drzew tkwił wilk, ranny wilk uwięziony w... potrzasku na niedźwiedzie najpewniej, nie byłam do końca pewna, gdyż pierwszy raz widziałam coś takiego na oczy. Poza tym, kto mógłby zastawić coś takiego na środku bagien? Odrzuciłam myślenie na bok zbliżając się do ofiary pułapki, która straciła swoją drogą sporo krwi, nie dziwne więc, że była wycieńczona. Na mój widok wilk uśmiechnął się ze spokojem, jakby czuł, że jego cierpienie tu się skończy. Przystąpiłam do otwarcia metalowego narzędzia, które szybko ustąpiło wyzwalając jedną z łap nieco większego, wilczastego kolegi.
    — Nie wiem jak mam Ci dziękować, panienko - wychrypiał osobnik, szary wilk w podeszłym już wieku o zielonych oczach, jeśli miałabym być drobiazgowa.
    — Oh, nie ma takiej potrzeby — odparłam, uśmiechając się promiennie — Niech pan jak najszybciej przyłoży do łapy trochę suchej ściółki, mchu, czegokolwiek, czego tu nie ma aby zatamować krawienie. Proszę także przemyć ranę wodą, inaczej może wdać się zakażenie. I bardzo pana proszę, niech pan na siebie uważa i odpocznie, mało by brakowało abym... W każdym bądź razie dobrze, że nie musiałam tego robić. — dorzuciłam, zerkając z zaniepokojeniem na ranę. — Może potrzebuje pan jeszcze jakiejś pomocy?
    — Nie, nie, dziękuję panienko, już i tak zbyt wiele dla mnie zrobiłaś. Fatygowanie się tu musiało być bardzo niebezpieczne, czyż nie? — zagadnął, lustrując mnie uważnie łagodnym spojrzeniem.
    — Troszkę. — przyznałam, wciąż delikatne się uśmiechając i już miałam pytać, jak tu trafił, lecz ugryzłam się w język i postanowiłam go nie zamęczać, musiał prędko uporać się z obmyciem rany.
    — Jeszcze raz dziękuję — powiedział, unosząc jedną z mych całkiem ubłoconych, wręcz czarnych łap i składając na niej delikatny pocałunek. Zaśmiałam się pod nosem.
    Na pytanie, czy potowarzyszyć mu dalej odparł, że nie ma takiej potrzeby i w taki właśnie sposób nasze drogi się rozeszły. Podążyłam w stronę tropu, który wyczułam. Nie był on wyraźny, gdyż wiele wonii nakładało się, a ja z trudem rozdzielałam je na czynniki składowe, jednak byłam prawie pewna, że czuję w okolicy psa. A gdzie pies tam droga do wyjścia z bagien!
    Nieprędko trafiłam po nitce do kłębka, jakim okazał się, nie powiem, całkiem urodziwy samiec imieniem Crescendo, jednak gdy to się stało i przestałam w końcu gubić się i błądzić, byłam wręcz uradowana, że natrafiłam na żywą, psią duszę. Propozycja samca dotycząca tego, abyśmy wspólnymi siłami spróbowali odnaleźć wyjście z tego labiryntu grząskiego błota i mgły wydała mi się słusznym rozwiązaniem. Początkowo skupienie się sprawiało trudności, lecz współpraca się nam opłaciła, już wkrótce budzące strach miejsce zostawiliśmy za sobą, witając się z widokiem Lawendowych Pól jesienią, nie tak pięknych jak na wiosnę, ale wciąż przykuwających moje rozmarzone spojrzenie. Prowadziliśmy z Crescendo luźną, niezobowiązującą rozmowę chłonąc ładne widoczki i kierując się do zamku.
    Rozstaliśmy się już na zamkowym korytarzu mówiąc sobie szybkie "Do następnego". Ja osobiście miałam nadzieję, że następny nastąpi. Bardzo dobrze prowadziło mi się z Cendo rozmowę, wydawał się być bardzo przyjacielskim i uprzejmym psem, po kilku zdaniach, które padły z jego pyska zyskał sympatię w moich oczach i duży tęczowy order z napisem "To jest osoba, z którą warto się zaprzyjaźnić". Lubiłam psy, które buchały poztywną energią, życie w ich towarzystwie było przyjemniejsze i weselsze, a jemu tej cechy nie brakowało.
~*~ ~*~ ~*~ ~*~ ~*~ ~*~ ~*~ ~*~ ~*~  ~*~
    Od spotkania na bagnach minęło trochę czasu, od których kilka razy miałam okazję wpaść na poznanego w nietypowych okolicznościach kolegę. Nie były to jakieś specjalnie długie rozmowy, głównie wymiany zdań podczas wyjść na obiad do stołówki w czasie przerw w pracy. Nie mieliśmy okazji złapać jakieś głębszej relacji, bo nie oszukując się, obecna była raczej płytka, ale wszystko mogło się zmienić, gdy pewnego walentynkowego poranka, rozweselony Crescendo zaczepił mnie na zatłoczonym korytarzu i wciągnął wgłąb sali balowej.
    — Obok mnie szła Pani Tucker. Chwyt jednej niewłaściwej łapy i i nie miałbyś czego szukać w tej sforze — zachichotałam, wprawiając w ruch ogon i dzieląc się z samcem równie szerokim uśmiechem, co ten znajdujący się na jego pysku.
    — Oj tam, oj tam — zbagatelizował sprawę, machając dodatkowo łapą.
    Rozejrzałam się po pomieszczeniu. W przeciwnieństwie do zamku tonącego w symbolach miłości, to miejsce było wyjątkowo wolne od serc i innych dekoracji. Popatrzyłam ciekawsko na dwa wielkie pudła w jednym z kątów, a potem znów na psa, przekrzywiając łebek na prawo.
    — Chcesz abym pomogła? Miejsce balu nie może być gorzej udekorowane niż reszta zamku! Odpal jakiś kawałek, nigdy nie byłam na Twojej imprezie, ale chętnie pobawię się ozdobami... Po twojemu. Zapuścisz coś? — puściłam mu oczko, zostawiając samego na środku sali i podchodząc do jednego z pudeł.
  
Cres?
Akceptacja!

Twój quest został zaakceptowany
+10 doświadczenia, +10 monet


Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+5 monet

Od Peachy Woman CD Kennetha

Szliśmy w stronę Psiej Skały. Panowała między nami cisza. Nie była ona ani ciężka, ani nie przyjemna. Mimo tego nie lubiłam milczeć w takich sytuacjach. Muszę przyznać, że, przy niektórych psach, widać ziarenko gadatliwości, skryte gdzieś w głębi mnie.
- Kenny, mam pytanie - odezwałam się niezbyt głośno, jednak na tyle wyraźnie, aby bez problemu przebić panującą między nami ciszę.
- Jakie? - pies obrócił głowę w moją stronę i skierował na mnie pełne zainteresowania spojrzenie.
Szczerze mówiąc nie wiedziałam jakie. Z jakimi kluskami lubisz rosół? Nie to nie pasuje. A może... Nie. Nawet nie zdążyłam wymyślić kolejnego pytania, a już byłam świadoma jego beznadziejności.
- Kiedy pierwszy raz byłam na tych terenach zauważyłam - zaczęłam. No dalej wymyśl coś - wilki - zakończyłam po chwili. - Nie ukrywam, że trochę psioczyli na całą sforę. I tak się zastanawiam czy one są tu legalnie? - wymyśliłam coś na szybko.
- Zależy gdzie je spotkałaś i co masz na myśli mówiąc "legalnie" - odpowiedział Kenneth. - Ale mówiąc ogólnie mój ojciec zdaje sobie sprawę z obecności wilków na tych terenach - powiedział trochę prościej niż poprzednio.
- A kim jest twój ojciec? - to pytanie przyszło mi do głowy od razu, po wypowiedzi Kennetha.
- Alfą - oznajmił, jak gdyby było to oczywiste.
- Czyli jesteś księciem? - zdałam kolejne pytanie, tym razem trochę bardziej oznajmującym tonem.
- Tak - przytaknął.
- Jak to jest być tak "wysoko", wasza wysokość? - zaśmiałam się.
<Kenneth? Wyszło okropnie, ale to cud, że napisałam dialog>

Od Lillian C.D. Tony'ego

*w opowiadaniu Tony i Lil występują jeszcze jako szczeniaki*
 
W ciszy przemknęłam pomiędzy regałami i od razu ruszyłam do działu, który najbardziej mnie interesował. Książki przygodowe. Były tak wciągające, w każdym rozdziale czekało na mnie kilka kolejnych, niesamowitych przygód. Do tego jeszcze te wszystkie niebezpieczeństwa, które zdają się nie robić na bohaterach żadnego wrażenia. Eh, chciałabym być chociaż w połowie tak odważna, jak oni. To chyba jednak niemożliwe, więc pozostaje mi tylko czytanie. Tak też zrobiłam, wzięłam z półki książkę i udałam się z nią kawałek dalej, do czytelni. Zajęłam miejsce przy stoliku i otworzyłam lekturę na pierwszej stronie. Prawie całą zajmował duży obrazek przedstawiający dżunglę. Rosły tam wysokie drzewa, z których zwisały liany, a po ziemi pełzały węże. Czyli wiadomo już, gdzie będzie się odbywała akcja opowieści. A tutaj, na następnej kartce na pewno napisali, kto jest głównym bohaterem. Zaczęłam powoli wodzić wzrokiem po dużych, przeznaczonych dla uczących się czytać szczeniaków literach, a następnie składać je w słowa oraz zdania. Po chwili jednak przestałam, ponieważ naprzeciw mnie usiadł jakiś nieznajomy pies. Dyskretnie przyglądałam się jemu oraz jego książce "Tysiąc dwieście kawałów i dowcipów". Cały czas czytając powstrzymywał się od śmiechu, przez co miał dość dziwny wyraz pyszczka. W pewnym momencie podniósł wzrok z nad lektury i spojrzał na mnie, na co ja szybko odwróciłam łebek. 
- Puk, puk - powiedział cicho, stukając w stół. Jeździłam spojrzeniem po jego pysku, szukając odpowiedzi na swoje pytanie, które brzmiało "Co powinnam teraz zrobić?".  Nowo poznany pies najwidoczniej nie miał zamiaru niczego mi wyjaśnić, wiec musiałam poradzić sobie sama. Zaczęłam szukać w pamięci jakiegoś momentu, w którym usłyszałam podobny zwrot... Gdy ktoś pukał do drzwi, tata Eames lub tata Kimi zawsze szedł otworzyć i pytał "Kto tam?", tylko że wtedy nikt nie mówił "Puk puk". Zresztą nie ważne, i tak już zbyt długo zwlekam z odpowiedzią. 
- Kto tam? - szepnęłam niepewnie i zakryłam się książką, gotowa na wszystko. 
- Mojżesz - odpowiedział szczeniak i wyszczerzył zęby w moim kierunku. A więc chyba było dobrze, brawo Lil. Tylko co dalej, ten dialog zdaje się nie mieć sensu. 
- Jaki Mojżesz? - zapytałam, lekko marszcząc nos. To była jakaś zagadka? O co mogło chodzić? 
- Mojżesz się ze mną przywitać? - odparł pies, a uśmiech na jego mordce znacznie urósł. Podniósł się i pochylił nad stołem, po czym wyciągnął do mnie łapę. To chyba był... Kawał. Bo Mojżesz i... Już rozumiem.
- Cześć, jestem Lillian - również wstałam i podałam mu łapę, równocześnie cicho chichocząc. Opowiedział mi żart (który zrozumiałam, brawa dla mnie!), więc powinnam się zaśmiać, ale jednak jesteśmy w bibliotece.
- A ja Tony - przedstawił się. Zabrałam swoją przednią kończynę i z powrotem usiadłam na krześle z zamiarem powrócenia do swojej książki. Przeszkodził mi w tym jednak Tony. Znów. 
- A ty, znasz jakieś kawały? - zapytał. Naprawdę nie zauważył, że dopiero przed chwilą odkryłam, na czym owy kawał polega. Ale to strasznie śmieszne, po powrocie do komnaty będę musiała opowiedzieć to tatusiom.
- Nie... - mruknęłam trochę zawstydzona. On miał ich przy sobie tysiąc dwieście, a ja ani jedngo. Nawet opcja wymyślenia na poczekaniu nie wchodziła w grę, nie miałam pojęcia jak takie coś działa. 

(Tony?)

Od Patricii do Give

Lubię zakupy. A nawet nie same zakupy, tylko spacerowanie wśród kramów, zagadywanie handlarzy i oglądanie towarów. W tym miejscu, gdzie stoją kramy zawsze jest kolorowo, głównie przez te wszystkie przedmioty, ale też przez wygląd samych stoisk, które najczęściej były ozdobione tak, aby przyciągać wzrok kupujących. Przychodziłam tu za często, aby nie zauważyć pewnej zmiany. Pojawiło się nowe stoisko! Kierowana ciekawością ruszyłam w tamtym kierunku, wymijając wszystkie inne kramy, aż dotarłam na miejsce. Piękny, słodki zapach babeczek unosił się dookoła. Mamy w sforze babeczkarnię, jak świetnie! Tylko ciekawe, kto tu pracuje, bo za ladą nikogo nie ma...
Podeszłam bliżej i zajrzałam za szybę, gdzie było jeszcze więcej słodkości. Babeczki o różnych kolorach, kształtach i wielkościach szybko sprawiły, że zgłodniałam. Zajrzałam do sakiewki z monetami. Raczej wystarczy na jedną, tylko którą wybrać? Wszystkie wyglądają bardzo smakowicie.
- Witaj, chcesz coś kupić? - usłyszałam nagle podekscytowany damski głos. Oderwałam wzrok od jedzenia i spojrzałam na biało-rudego owczarka szwajcarskiego, który uśmiechał się do mnie przyjaźnie. - Może... babeczkę?
- Chętnie - odparłam i odwzajemniłam uśmiech.
- To wybieraj, która ci się najbardziej podoba? Tak w ogóle, to jesteś jedną z naszych pierwszych klientek, jesteśmy tutaj dopiero od wczoraj - powiedziała.
- Jesteście? - powtórzyłam. Byłam ciekawa, z kim owa sunia tutaj przybyła. - A, i poproszę tę z kolorową posypką - przytknęłam łapę do szyby, wskazując jeden ze słodyczy. Sprzedawczyni wzięła ją i podała mi.
- Tak, prowadzę babeczkarnię razem z moją siostrą bliźniaczką, Life - wyjaśniła. - A ja nazywam się Give.
- Jestem Patricia - również się przedstawiłam i uścisnęłam łapkę suni, a następnie zabrałam się za jedzenie babeczki. - No włąśnie, byłabym zapomniała, ile płacę?
- Trzy monety - odparła Give i wyciągnęła otwartą łapkę w moim kierunku. Wygrzebałam z sakiewki należną kwotę i ułożyłam na jej łapie. Sunia schowała pieniądze, po czym wskazała przed siebie.
- Smakuje? - nagle za moimi plecami pojawiła się druga z bliźniaczek. Zajrzała przez moje ramię, żeby zobaczyć, co jem, a następnie podeszła do siostry.
- Pewnie, jest naprawdę dobra - odpowiedziałam i wyszczerzyłam zęby w uśmiechu.

(Give? Odpis będzie lepszy, obiecuję)

Od Elary CD. Charliego

Spojrzałam podejrzliwie na psa po czym lekko uniosłam kąciki 'ust', starając się zrobić przyjazną minę. Nie miałam najmniejszego zamiaru wystraszyć go, lub pozwolić aby wypuścił plotkę na temat wrogo nastawionej Elary. Ja po prostu troszczę się o bezpieczeństwo sforzan. Jako, że wyjątkowo miałam dzisiaj zastępstwo, mogłam pozwolić sobie na spacer w towarzystwie psa, który chwilę temu zaniepokoił mnie swoją obecnością na zapleczach zamku. Poza tym dobrze byłoby kogoś wreszcie poznać, bo od czasów szczenięcych trudno mi zawierać nowe znajomości.
- Niech będzie – powiedziałam minimalnie mrużąc oczy – za dziesięć minut spotkajmy się przy wejściu do zamku. Z tamtej strony.
Charlie kiwnął głową i odszedł. Spacer. Zwiedza zadupie sfory. To mogło oznaczać dwie rzeczy. Albo jest szpiegiem i chce wiedzieć jak najłatwiej dostać się do zamku, albo jest nowy. Istnieje oczywiście opcja, że jest po prostu totalnym pojebem, aczkolwiek wolę jednak dwie pierwsze opcje. Nie chcę mieć zbyt dużo do czynienia z wariatami.
    Po upływie dziesięciu minut, zamieniłam się swoją pracą z jedną z gwardzistek i udałam się przed zamek. Pies o kolorowych oczach już tam był. Czekał oparty o murek.
- Przepraszam, jeżeli musiałeś czekać. To pierwszy raz, kiedy oddaję komuś swoje zamkowe zadupie. Raczej zawsze ja tam siedzę – westchnęłam – mam nadzieję, że rozumiesz.
- Czyli, pracujesz tam codziennie, cały czas?
- Noo, mniej więcej. W ciągu dnia nie ma jeszcze takiego problemu, bo gwardziści często chodzą dookoła zamku, ale nocne zmiany są całkowicie dla mnie. Wiesz, od tyłu najłatwiej się dostać do zamku niezauważonym, dlatego nie chcę nikomu powierzyć mojego miejsca na warcie. Boję się, że ktoś może być źle przygotowany i wpuści przypadkowo wroga. Ja uczyłam się bronić od mistrza <oklaski dla Petera> już kiedy byłam szczeniakiem. W zasadzie od początku mojego życia przygotowywałam się do zostania gwardzistką. Poza tym już przywykłam i znam to miejsce na pamięć – uśmiechnęłam się.
Pies otworzył pysk, aby coś powiedzieć, ale ja zabrałam głos po raz kolejny.
- Przepraszam, jesteś nowy w sforze? Nie przypominam sobie ciebie – zaczęłam szukać w moich wspomnieniach owczarka.
- Dołączyłem dopiero jakiś czas temu, możesz mnie nie kojarzyć.
- Masz jakiś plan? Gdzie chcesz iść?
- Nie. Po prostu chodźmy – powiedział i ruszył przed siebie.
    Przeszliśmy przez las, łąkę, mostek nad wodą i tak jakoś wyszło, że po pewnym czasie usłyszałam szum jadących samochodów. O ile w ogóle tak można nazwać traktory. Dotarliśmy do miasteczka. Całkiem ciekawie się złożyło. W tym miejscu dużo można zrobić, zobaczyć, przeżyć i stracić. Właściwie nie miałam najmniejszego zamiaru tutaj przychodzić. To miejsce źle mi się kojarzyło. Raz zostałam złapana przez hycla z miasta i potem ciocia Kendrick musiała mnie ratować. Ciarki przeszły mnie na samą myśl. Jak mogłam być taka głupia i bezbronna żeby dać się złapać jakiemuś człowiekowi? Mamusiu, co ze mną było nie tak?
- Gdzie jesteśmy? - zapytał mój towarzysz.
- Wioska – powiedziałam sucho (Suho bez takich Mari, bez takich) – tutaj mieszkają ludzie. Są przyzwyczajeni, że czasami krzątają się tutaj psy, aleee... trzeba uważać. Widzisz tamten dom? Jego właścicielka bardzo nie lubi psów, więc kiedy jakiegoś widzi, zabije go i zrobi sobie płaszczyk, albo zadzwoni do schroniska. Hycle w tej części raczej nie patrolują, co innego po drugiej stronie.
Zauważyłam, że wyjątkowo się rozgadałam. Zazwyczaj nie odzywam się do psów, zwłaszcza jak ich dobrze nie znam. W tym wypadku było inaczej. Poczułam się strasznie dziwnie. Może to dlatego, że po prostu dawno z nikim nie nawiązywałam kontaktu?

<Charlie?>

18.02.2018

Żegnamy

Z dzisiejszą datą odchodzi od nas Sevilianna.
Żegnamy. Pamiętaj, że zawsze możesz do nas wrócić.

Od Saova cd. Effy

*po dorośnięciu, tak bardzo szitowe, ale nie miałam pomysłu*
- Effy maasz ziółka na na nudę? - spytałem się siostry. Dzień był wyjątkowo nudny, nie toć, że Konopia obudziła mnie o trzeciej rano, to jeszcze nic się nie działo. Nakarmiłem ją, jak codziennie, pogadałem... I była dopiero trzecia piętnaście. Tak, czas leciał mi wyjątkowo wolno, ale jakoś się ogarnęłam i zacząłem czytać. Igrzyska śmierci. Książka wciągająca, bo spędziłem nad nią cztery godziny, a trzy czwarte  książki miałem już za sobą. Westchnęłam i odłożyłam książkę. Stwierdziłem, że skoro jest siódma rano, to moja siostra nie śpi, dlatego postanowiłem ją odwiedzić. I tak jestem tutaj.
- Niestety nie Saov - ziewnęła wyczołgując się z łóżka. Tak, nieumyślnie obudziłem siostrę. Zrobiło mi się jej żal, w końcu przeze mnie straciła kilka godzin snu i to jest przykre, że specjalnie dla mnie musi wstać.  - Ale mam herbatki, dodam mięty i pogadamy, co ty na to? - spytała podchodząc do stoliczka na którym trzymała czajnik elektroniczny. Oj siostra, skąd ty go wzięłaś co?
- Chętnie Effy. - powiedziałem. Suczka nalała wody z butelki do czajnika i ruszyła do dużego pokoju. Wiecie ile ona ma tam ziółek? Dobra, nie dużo, ale ma je tak w pojemniczkach. Zresztą dla mnie to wszystko tak samo wygląda, mięta, pokrzywa, mniszek, co za różnica. A mniszek to w ogóle zioło? Nie wiem. Po chwili suczka wróciła z czterema listkami mięty oraz dwoma kubkami oraz również dwoma torebkami herbaty, trzymała jeszcze w pysku dwie saszetki z cukrem. Podszedłem do niej i chwyciłem od niej kubki i odstawiłem je na stoliczek z czajnikiem. Zaraz potem Effy odstawiła resztę. Wlała wody do kubków i włożyła saszetki, potem wsypała cukier. Wiedziała ile słodzę. Chwyciłem herbatę, a zaraz po mnie zrobiła to również Effy, zaprowadziła mnie do dużego pokoju, gdzie usiedliśmy na kanapie.

<Rozkręcisz Effy?>