24.11.2017

Od Destiny cd. Patricii

Akcja (dalej) toczy się za czasów kiedy bohaterowie byli szczeniętami.
Z naburmuszoną miną starałam się znaleźć odpowiednią kryjówkę. Czas się kończył, a ja w dalszym ciągu nie wymyśliłam, gdzie się schowam. Czułam, jak emocje górują nade mną. Miałam ochotę rzucić się na podłogę i wrzasnąć, co by mnie w pewnym stopniu ostudziło. 19, 20, 21... Szłam wzdłuż pustego korytarza, na którym byłam podana jak na tacy. W pewnym momencie, kiedy wzrok miałam wbity przed siebie, w okno, zauważyłam jak firanka poruszyła się. I na pewno nie była to wina wiatru. Wiodłam spojrzeniem od połowy zasłony, aż do podłogi, przy której nie trudno było zauważyć łapy Patricii. Zasłonki chyba już na zawsze zostaną jej znakiem rozpoznawczym. 22, 23, 24... Popędziłam naprzód, o mało nie wbiegając prosto w przykrytą suczkę. Odsłoniłam łapą firanę.
- Zmieszczę się? - Uśmiechnęłam się blado. Przysunęłam się bliżej Patricii, nie czekając na jej odpowiedź. Czas się kończył, a nie chciałam odpaść jako pierwsza. 25, 26, 27... Kiedy rówieśniczka chciała dodać komentarz, zasłoniłam jej pyszczek łapkami. Nie wiedzieliśmy czy jej brat gra fair. Mógł równie dobrze zacząć nas szukać przed czasem. Po korytarzu przemieszczało się więcej niż jeden pies, przez co trudno było nam w razie czego wykryć zbliżającego się szukającego. 28, 29, 30... Szukam. Obie wstrzymałyśmy na chwilę oddech, aby firanka wyglądała jak najbardziej naturalnie, bez podejrzeń, że kryją się za nią dwie istoty. Stałyśmy tam dłużej niż oczekiwała tego norma. Na pewno już kogo znalazł, a to znaczyło, że nie musiałyśmy aż tak przejmować się siedzeniem w jednym miejscu. Mogłybyśmy zarówno go śledzić i mieć z tego dwa razy większy ubaw, jak nieświadomy całej sytuacji stawał się jej niewinną ofiarą.
Patricia od razu poparła moją propozycję, nie dając się namawiać. Wyszłyśmy za kotary równocześnie. Jedna z jednej strony, druga z drugiej. Spojrzałyśmy na siebie pewnym wzrokiem i przylepione do ściany ostrożnie stawiałyśmy kroki. Przed zakrętem na schody zaryzykowałam i dyskretnie wychyliłam się bliżej, by sprawdzić, czy aby na pewno zejście piętro niżej będzie bezpieczne.

Patricia?
Również. Możesz już ich dorosnąć.

Od Patricii - Quest #2

Wiedziałam, że kolejna wycieczka do ludzkiej wioski przyniesie jakieś nieszczęścia, po prostu to czułam. Ale pokusa była zbyt silna i w końcu wybrałam się tam, aby coś pozwiedzać. Cała droga minęła mi bardzo przyjemnie, bez żadnych trudności, przez co przestałam wierzyć przeczuciu twierdzącemu, że stanie mi się coś złego. Szłam sobie wesoło główną ulicą miasteczka, czy też wsi, rozglądając się dookoła siebie, zadowolona, że udało mi się dojść dalej niż ostatnio, zanim mnie porwano. Po chwili spostrzegłam bardzo ładną, kamienną dróżkę, po obu stronach obsadzoną kwiatkami we wszystkich kolorach. Nie byłabym sobą, gdybym nie zdecydowała się przejść nią chociaż kawałka drogi. Szybko skręciłam z zamiarem kontynuowania podróży, jednak już kilka kroków dalej zatrzymałam się, aby obejrzeć i powąchać roślinki. Zerwałam sobie trzy z nich i ruszyłam w dalszą drogę, niosąc je w pysku. Okazało się, że ścieżynka prowadziła do wielkiego parku, pełnego drzew, krzewów i kwiatów. Zwiedzałam i zwiedzałam, a po obejrzeniu całego parku, co zajęło mi kilka dobrych godzin, postanowiłam trochę odpocząć. Znalazłam ławkę i położyłam się na niej. I chociaż tego nie planowałam, udało mi się zdrzemnąć na chwilę. Spałabym pewnie jeszcze dłużej, gdyby nie hycel, który mnie obudził. Zanim zorientowałam się, co się stało, już miałam na szyi to dziwne kółko zakończone patykiem. Wysoki, brodaty człowiek zaciągnął mnie do samochodu i wepchnął do środka. Opierałam się ile sił w łapkach, ciągnęłam go za nogawki jeansów i kłapałam zębami, niestety na nic. Był ode mnie silniejszy. Po zamknięciu tylnych drzwi auta wsiadł na miejsce kierowcy i odpalił wóz. Nie jechaliśmy zbyt długo - zaledwie kilka minut, lecz gdy wysiadłam, a raczej zostałam wyciągnięta, krajobraz zmienił się całkowicie. Drzewa i roślinność zastąpiły budynki i mnóstwo samochodów, mniejszych i większych, powietrze również było zupełnie inne niż to w parku. I zmieniło się na jeszcze gorsze tuż po wejściu do budynku schroniska. Pachniało tam... Dymem, choć nic się nie paliło. Nie miałam jednak czasu na szukanie źródła tego dziwnego dymu, ponieważ wielki hycel od razu zabrał mnie do pomieszczenia, w którym znajdowały się psy i wsadził do klatki. Byłam bardzo zaskoczona, gdy obok siebie poczułam sierść jakiegoś innego psa. Błyskawicznie się odwróciłam i uśmiechnęłam na widok uroczego, bielutkiego szczeniaczka.
- Cześć, jestem Patricia - schyliłam łebek, aby złapać kontakt wzrokowy z nowym towarzyszem niewoli. Stałam tak przez parę sekund w bezruchu, czekając na reakcję szczenięcia. Jedynym ruchem, jaki wykonało, było cofnięcie się, aż do ściany klatki. Zawstydziłam się nieco, że na samym starcie udało mi się wystraszyć malucha i również się odsunęłam. Taką bezpieczną odległość utrzymywaliśmy przez całą resztę dnia, podczas gdy ja grzebałam przy zamku, próbując się wydostać. Kompletnie nie wiedziałam, jak to się robi, więc tylko na przemian gryzłam, pchałam i ciągnęłam, oczywiście bez rezultatów.
- Chcesz? - było pierwszym (i ostatnim) słowem, które usłyszałam od białego malca, co uważałam za duży progres. Przysunął w moim kierunku miskę, najwidoczniej nie mając zamiaru więcej jeść.
- Och, dziękuję - wyszczerzyłam ząbki i tuż po skończeniu swojej porcji zabrałam się za opróżnianie miski towarzysza. Po jedzeniu nadszedł czas na krótką przechadzkę, załatwienie swoich potrzeb i tak dalej, po czym zostawiono nas samych, co znaczyło, że mogę wracać do prób otwarcia naszego małego więzienia. Hycle powoli zaczynali opuszczać swoje miejsce pracy, światła w poszczególnych pomieszczeniach po kolej gasły, aż zostało tylko jedno, i to nie w pokoju z psami - o, nie, o odrobinę światła dla nas nikt nie dbał, dlatego mimo umieszczonego na ścianie przycisku musieliśmy siedzieć w ciemnościach. Nagle coś strzyknęło w zamku.
- Udało się, udało! - pisnęłam, w jednej chwili podrywając się do pozycji stojącej. Aby się upewnić, pchnęłam łapą przednią część klatki, po czym wydałam z siebie kolejny okrzyk radości. W tym samym momencie przypomniałam sobie o białasku, z którym dzieliłam "celę". - Ej, może chciałbyś pójść ze mną? Mieszkam w wielkim zamku, razem z całą sforą. Tam z pewnością ktoś się tobą zaopiekuje.
Piesek pokręcił łebkiem i zrobił niepewny kroczek w tył.
- Na pewno? Tam jest na prawdę wspaniale, uwierz mi - przekonywałam dalej, wciąż mając nadzieję, że uda mi się go namówić na wspólną podróż do Royal Dogs, jednak ponownie odpowiedział mi tym samym ruchem łebka. - Ach, rozumiem. Pewnie czekasz na kogoś, kto cię adoptuje? - tym razem otrzymałam odpowiedź potwierdzającą moje słowa.
- Na pewno ktoś taki się znajdzie - rzuciłam na odchodne, po czym uśmiechnęłam się przyjaźnie. Usłyszałam ludzkie kroki, więc należało natychmiast ruszyć do wyjścia i rozpocząć ucieczkę. Planu jako takiego nie miałam, jeśli już ktoś koniecznie chciałby go znać, to brzmiał: "Uciec stąd i wrócić do sfory".

Od Petera Juniora C.D. Jessie/Mavis

- Mama?! - uniosłem łeb i zobaczyłem w drzwiach kogoś, kogo z pewnością nie chciałem teraz tu widzieć, a mianowicie Jessie, która stała nieruchomo i przyglądała się nam. W końcu udało jej się odezwać. - Junior, co Ty robisz w moim... I dlaczego jesteś z Mavis?
Gdy dotarło do niej, co tak właściwie się stało, otworzyła szerzej pysk i wzięła głęboki wdech.
 - Nie, nie, nie, nie. NIE! - krzyknęła, podchodząc odrobinę bliżej. - Cały zamek macie do dyspozycji, a pieprzyliście się w moim pokoju? W MOIM ŁÓŻKU?! Jak mogliście... Wy! Mój syn! Ten dojrzały i roztropny pies! I Ty! Ty! Zaufałam ci, dałam Kronikę, a ty...! Nigdy więcej nie dostaniesz jej do łap. NIGDY!!
- Mamo – zacząłem cicho, spokojnie, ale Jessie natychmiast mi przerwała.
- Zamilcz! Po tym, co zrobiliście, nie macie prawa głosu! Ile się znacie?! Ile wypiliście?! - nadal mówiła podniesionym głosem, byłem prawie pewny, że jeśli sąsiedzi są w komnatach, to mogą bez problemu posłuchać, co się tu odbywa. Mama przerwała na chwilę, aby zaczerpnąć powietrza, po czym zwróciła się do Mavis: - Powiedz mi, że dziś nie są twoje dni płodne.
- Ja... Ja nie wiem. Nie prowadzę kalendarzyka – szepnęła zawstydzona i odwróciła łebek, aby nie widzieć reakcji rozmówczyni. W tym momencie dotarło do mnie, jak głupio i nierozważnie postąpiliśmy. Zacząłem zastanawiać się, czy Mavis rzeczywiście zajdzie w ciążę, czy może akurat się nam upiecze.
- Świetnie! Wybitnie wręcz! - znów usłyszałem głos zdenerwowanej Jess, która zrobiła niewielkie kółeczko na środku pokoju, po czym podeszła do nas z bardzo niezadowolonym wyrazem twarzy.
- Peterze Juniorze, Mavis. Zawiodłam się na was obojgu. A teraz wybaczcie, ale muszę zmienić pościel – zakończyłam z goryczą, po czym morderczym spojrzeniem zmusiła nas do opuszczenia komnaty. Szybko wyczołgałem się z łóżka i pociągnąłem przestraszoną Mavis za sobą. Zanim wyszliśmy, suczka szepnęła jeszcze w stronę Jessie ciche "Przepraszamy".

(Mavis? Przepraszam, że wyszło takie nieciekawe, ale średnio jestem wtajemniczona w wątek i nie wiem, co mogłoby być dalej)

Od Cassie do Delilah

Zostałam mianowana na chrzestną jakiejś psiny, której imienia póki co nie znam. Ech. Autumn kazała mi wspólnie ją wychowywać, gdyby ona, jej przybrana matka nie miała czasu. Dziecko to odpowiedzialność, a ktoś, kto sam się tak zachowuje nie może spełniać tego obowiązku. Jednak jara mnie to, że sfora mi ufa, i przynajmniej spróbuję. Myśl, że nie znasz imienia kogoś z rodziny (i co z tego, że nie prawdziwego!), jest nie do pomyślenia. Fakt, to coś na "D", ale ciągle nie mogę sobie przypomnieć.
  Zapukałam do matki szczeniaka. Jej komnata była o wiele większa, a także widocznie bogatsza od mojej. W końcu, tak ważna osobistość nie może żyć w rozwalającej się stajni.
  Drzwi otworzyła znana mi już Pedigree. Uśmiechnęła się lekko, a po wyjaśnieniu mojego przyjścia zaprosiła do środka. Niezbyt uważnie przyglądałam się jej wnętrzu, gdyż głównie chodziło mi o małą.
- Witaj, Cassie - odparła oczekiwana ode mnie gamma.
- Dzień dobry, ja przyszłam zobaczyć... - i w tej chwili koło moich łap plątał się jakiś mały szkrab. Mała wesoło szczekała do mnie, i próbowała "powiesić" mi się na uchu.
- Delilah, jak wiesz, Cassie jest twoją ciocią - zwróciła się do małej. I wreszcie poznałam jej imię. Zawsze narzekam na swoje, gdyż każdy chciałby mieć na imię inaczej. Tak to już jest. Osobiście zazdroszczę imienia wszystkim psom że sfory, gdyż uważam, że moje jest zbyt proste i znane. Bo takie jak np. Vainqueur trudno wymówić.
- Tak, tak - uśmiechnęłam się do małej.

~**~

  Następnego dnia obudziło mnie głośne pukanie do drzwi. W połowę nieprzytomna i nieogarnięta otworzyłam drzwi, i zastałam gammę.
- Cass, dzisiaj mam naprawdę niewiele czasu... Może chciałabyś zająć się Delilah?
- Tak, tsk - odpowiedziałam.
- Dzięki! - wykrzyczała i wyszła, podsuwając psinkę pod drzwi.
- Hej, hej, hej! - powiedziała, i zaczęła buszować po mojej komnacie - jak tu faajnie!
- Tak. Ładnie. Ale możesz się uspokoić? - wrzasnęłam, lekko podnosząc głos.
  Mała nie reagowała. Jak widać, trzeba mieć dobre nerwy, żeby ją zaczarować i uspokoić. Mała jest złośliwa, ale może zabiorę ją do kina. Może zrobi się grzeczniejsza.
  W drodze do kina, mała spacerowała wesoło, ale w pewnym momencie zaczęło się dziać.
- Ciocia, kup mi loda - powiedziała, nieco władczo.
- Nie, jest za zimno, kochana - powiedziałam.
- ALE JA CHCĘ-Ę-Ę! - wydarła się.
- Trudno. Nie chcę, żebyś była chora.
- GŁUPIA CASSIE! NIE LUBIĘ CIĘ!
- Spoko - nie zwracałam uwagi na jej darcie.
  Gdy dotarliśmy do celu, poszłam na byle jaki film dla dzieci, przy którym usnęłam. Ale przynajmniej mała dobrze się bawiła. Chciała iść drugi raz, ale bym tam umarła. Powiedziałam stanowcze "nie" i wróciliśmy do domu. Mam nadzieję, że odwoła "głupią Cassie" i nie rozwali mi pokoju. Wiedziałam! Nie umiem być nianią.

Delilah? ;>

Od Destiny cd. Chrissy

Szłam przez las. Czułam dziwną przyjemność, stawiając kolejne kroki na błotnistej ścieżce, słysząc poranną, leśną muzykę i czując na skórze przyjemny, wbrew pozorom, listopadowy chłód. Zatrzymałam się na chwilę, wypuszczając z pyska kłębek białej pary, i rozejrzałam się. W pewnym momencie za kępą krzaków dostrzegłam znajome sylwetki, odcinające się na tle zamglonych drzew. Chrissy rozmawiała przyciszonym głosem z nieznajomym wilkiem. Po chwili rozmowa skończyła się, a nietutejszy odwrócił się i odbiegł w las.
Ze zmarszczonymi brwiami przeszłam przez chaszcze, aby dołączyć do Chrissy. Nie starałam się iść specjalnie cicho, ale przyzwyczajenie kazało mi stawiać kroki ostrożnie, przez co nie zostałam zauważona przez sukę, która rozglądała się, jakby w obawie zostania dostrzeżonym. Kiedy w końcu moja łapa natrafiła na suchą gałązkę, która pękła z trzaskiem, samica drgnęła i błyskawicznie odwróciła się w moją stronę.
- Co tutaj robisz? - Zapytałam tonem ostrzejszym niż początkowo zamierzałam.
- Spaceruję... - padła niepewna odpowiedź. Przynajmniej się nie zająknęła.
- Widziałam, że miałaś przyjemne... towarzystwo.
- To nie tak jak myślisz - nadal mówiła spokojnie i zdecydowanie, ale ton stał się łagodniejszy.
- Więc jak jest? Co robiłaś tutaj z tym... wrogiem? - Ostatnie słowo wyplułam z ust z lekceważeniem.
- On... był ranny. Chciałam mu pomóc, opatrzyć czy coś, ale odmówił.
- I dobrze - parsknęłam. - Wrogom się nie pomaga. Niech zdychają. Niech krwawią i kwiczą z bólu - odwróciłam się, żeby odejść, ale poczułam na ramieniu delikatny dotyk.
Chrissy próbowała mnie zatrzymać, jednak ostrym ruchem uwolniłam się od jej łapy i zdecydowanym krokiem ruszyłam przed siebie, mrucząc pod nosem nieszczere przeprosiny za brak czasu.
Powałęsałam się jeszcze chwilę po lesie, uważnie wypatrując ówczesnego nieproszonego gościa, jednak nikogo więcej nie dostrzegłam. Skończywszy obchód, ruszyłam w stronę zamku, chcąc odwiedzić Awru. Uznałam, że dobrym pomysłem byłoby opowiedzenie jej o dzisiejszych porannych wrażeniach.

Koniec.

Od Chocolate cd. Arthura

Zastanawiałam się trochę, bo nie wiedziałam o czym mówi pan prawie alfa, nie umiem wyciągać wniosków z tych całych lekcji, a w szkole szło mi dobrze, zaskakujące, prawda?
- To ten proszę pana... - zacięłam się - żebym... eeee... nie ruszała cudzych rzeczy i nie uciekała panu Peterowi?
Ten uśmiechnął się szeroko i ponownie poklepał mnie po łebku. Wrócił do lektury, a ja spojrzałam się na niego ciekawsko. Tak bardzo interesowało mnie to, co tam było! Ciekawe, o czym piszą w tej książce, czy jak to nazywają, kronika chyba! Ale ja tak chciałam zabłysnąąąąć! Ja taka mądra, a inni nawet by nie wiedzieli o czym mówię, znałabym tajemnice Royal Dogs, gdy tamci bawiliby się w lesie w chowanego. Taka wizja skłoniła mnie do zbliżenia się o parę kroków do prawie alfy Arthura. Nie zauważył mnie chyba. Kolejny krok, a za nim kolejny. Stałam niecałe pół metra od psa, a ten jak zaczarowany czytał tą swoją kronikę.
- A kto ją napisał? - zapytałam.
- Jessie.
- Pani delta i ta sławna kronikarka!? - wykrzyczałam niemal.
- Tak, nasza delta i kronikarka. - jakby powtórzył moje słowa potwierdzając je skinieniem - Nie powinnaś iść do domu? Peter będzie się martwił.
- Ale... ale ja nie chcę wracać do domu... - wyjąkałam.
- Czemu Chocolate?
- Bo ja nie chcę mieszkać z Nadeen, mogę z każdym, ale nie z nią...
- Uch... - westchnął - idź do Petera, słyszałem jak pogwizdywał na korytarzu, to na pewno on.
Opuściłam głowę i zniknęłam za progiem. Ano faktycznie, starszy sznaucer, dowódca morderców i nasz szlachetny pan beta wesoło pogwizdywał i kierował się przed siebie.
- Wujaszek Peter... - powiedziałam drętwo - wujek wybaczy, ja się zgubiłam, ale poszłam za panem Arthurem i byłam u niego, ale on powiedział, że wujka słyszy, więc ja poszłam do wujaszka.
Roześmiał się i wykonał podobny do dziedzica tronu gest, poklepał mnie.
- Idę, do widzenia! - poinformował samiec i odszedł.
Czyli ja zostałam sama na korytarzu. Svet dam spokój, do Nadeen nie mam ochoty iść, Peter poszedł, a tamten czyta kronikę. Smutne jest życie szczeniaka...
Szlajałam się to tu, to tam, a życie nie chciało mi kogokolwiek zesłać, byłam zmuszona samotnie wędrować wszędzie. Oj szkoda, szkoda, zjadłabym coś, jak zwykle, ale jestem sama, a sama nie lubię jeść. W towarzystwie smakuje o niebo lepiej. Wtem zza schodów wyłonił się... pan prawie alfa Arthur! Skoczyłam na niego radośnie. A taki odruch.

Arthur?

Od Chocolate cd. Vainqueur

*Time skip parę godzin*
Zostaw mnie! Takie słowa wypiszczałam do niejakiej Vainequeur gdy tuptałam zamkowym korytarzem w stronę komnaty znienawidzonej opiekunki. Denerwująca jest, nie ukrywam, a jak się skurczybyk wywyższała! Niech sobie zachowa tą ''małą'' dla siebie, kreatura jedna! Toż to istna obelga płynąca w moją stronę, proszę państwa, jak tak można! Przecież ledwie mnie poznała, a już wymyśla! Niech się odczepi, bo pożałuje! Poczułam jak ktoś, zgadnijcie kto klepie mnie po boku. Obróciłam głowę na prawo niezbyt zainteresowana nowo przybyłą młodą suką, która utrudniała mi to i tak trudne życie, panie z nieba, co ja z nimi wszystkimi mam! Nadeen, teraz ta cała Vaiqueur, kogo mi jeszcze ześlecie? Czułam, jak kipi coś we mnie, normalnie takie bąbelki! Ale takie bardzo niefajne, gorące jak diabli. W końcu tupnęłam z całej siły i wykrzyczałam Czego ty ode mnie chcesz?! Ta zaczęła się śmiać jak psychopata, a jak się uspokoiła, zabrała głos.
- Jaka ty jesteś głupiutka, myślisz, że ktoś jak ja chciałby zaprzyjaźnić się z tobą? Żartujesz chyba!
Prychnęłam z całej siły, wręcz naplułam tej suce w pysk, żeby pożarł ją mój jad! Tak, teraz miałam ochotę plunąć jej tak porządnie w ten mały pysk przepełniony boską ironią i niewyparzonym językiem, który zapewne przeszkadzał jej w kontaktach między...psowych? Dobra, ptaszek jak to się nazywa, wiadomo o co chodzi. A jeśli nie to po prostu olać moją nędzną gadaninę. Przyfasoliłabym jej również, ale za coś takiego pewnie wysłaliby mnie do lochów, a tam jest brzydko, zimno, brudno, dużo pająków i w ogóle okropnie, więc nikt nie powinien tam trafić, no chyba, że zabiłby kogoś, ale i tak powinni naprawić tamtejsze warunki, poza tym nic do zamku nie mam jest, niemal idealny, i dużo psów się ze mną zgodzi. Ojejku, zbaczam z tematu jak zepsuty pociąg z torów, a ja się chyba zepsułam i wyszłam z nawiasów.
- Idź sobie, nie truj mi tyłka! - wykrzyczałam.
Znów rozbrzmiał diabelski śmiech, a ja ciężko westchnęłam. To to głupie czy udaje? Uniosła wysoko łeb w geście ukazania wyższości oraz zasłoniła nim okno, więc stałam w jej cieniu. Zawarczałam głośno, zdarzyło to mi się chyba pierwszy raz, rzadko kiedy warczę na innych, więc wyjątkiem jest ta Vein.
- Odsuń się - mruknęłam.
Ignoruje mnie.
- Taka gruba jesteś, że zasłaniasz słońce? Widzę właśnie.

Vain? To jest Chocolate, jej słabe teksty i moje słabe pisanie. Krótko, ale przepraszam najmocniej.

Od Chocolate cd. Svetlany

Akcja dzieje się, gdy Choco była jeszcze szczeniakiem
*Time skip, parę dni po Halloween*
Spojrzałam wymownie na stojącą obok Svetlanę, dając jej do zrozumienia, że to czas na... obiad. Nie miałam ochoty spędzać dzisiejszego dnia samotnie, a z Nadeen delikatnie się posprzeczałyśmy, co wywołało jedynie kolejną falę niechęci co do suki. Chciałam się od niej wyprowadzić, a nie bezczynnie gnić w jej komnatce, podczas gdy ta czyta te swoje poradniki. Co za kreatura! Pewnie domyślacie się, dlaczego ciągle chodzę za Svet? Tak, powodem jest moja opiekunka, ugh, na samą myśl o niej robi mi się bardzo niedobrze.
Wspólnie zawitałyśmy na stołówkę. Widziałam, że jedynym powodem, dla którego suka zdecydowała się pójść ze mną, był głód. Pewnie by nie poszła, już trochę ją znam. Jedzenie na stołówce przygotowywane przez kuchareczki było niebem w gębie... chwila, chwila, już kiedyś o tym wspominałam, więc nie będę się powtarzać, bo pewnie i tak nikt, zupełnie nikt nie będzie chciał słuchać moich wywodów na temat jedzenia serwowanego w zamkowej stołówce. Małomówna jak zwykle sunia dostała zlepkę warzyw i mięsa owiniętego w inne mięso, ale bardziej czerwone. Ja nienawidzę warzyw, więc grzecznie odmówiłam, co zezłościło niebywale jedną z kucharek. Ale ja oczywiście się tym tak przejęłam, jak w ogóle i zabrałam się za jedzenie w ciszy. Co rusz spoglądałam na znacznie starszą znajomą, milczącą znajomą.
Jeśli miałabym wybrać teraz marzenie, które miałoby się spełnić, to dorosnąć nareszcie i wyprowadzić się od tej Nadeen, okropieństwo! Dorosłość, czyli nieograniczona wolność, radość z życia, korzystanie z niego na sto jeden procent, albo nawet sto dwa! Będę mogła chodzić gdzie chcę i nikomu nie mówić, będę mogła chodzić z kim chcę i nie muszę nikomu opowiadać, będę mogła robić co chcę i nikomu nie tłumaczyć, co mnie dziś spotkało! Pragnęłam wolności i uwolnienia się od niej.
- Svetlano... bo ja mam takie pytanie... - zaczęłam niepewnie.
- Mhm-zamruczała.
- Kim chciałaś być, gdy byłaś jeszcze mała?

Svetlana? Wybacz za ''długość'', bo naprawdę nie wiem co pisać.

23.11.2017

Od Sapuna cd. Norah (do Gingera)

  Minęło już dużo czasu od pojawienia się w sforze osobnika o rudym futrze, identyfikowanego jako Norah. Piastowała stanowisko kucharki, krzątając się w tym pełnym ciekawych zapachów pomieszczenia, tym samym znikając na długo podczas obiadowych pór. Wiele razy zdążyłem wymienić z nią krótkie "witaj", gdy mijaliśmy się na korytarzu, choć do żadnych większych rozmów nie doszło. Z moich skąpych zaobserwowań wynikło, że zdążyła się u nas zaaklimatyzować się, a wokół niej panowała przyjazna, wesoła aura świadcząca o jej szczęściu z powodu znalezionego, nowego miejsca, które mogła nazwać domem. Nawiązała dobry kontakt z psami, z jakimi udało się jej spotkać, widziałem ją również na cukierkowych łowach wraz z małą grupką. Nasza znajomość nie pogłębiała się, wręcz nikła w oczach, co dla mnie nie było szczególnym ciosem. Norah też niezbyt to przeszkadzało, toteż nie zaistniał tu żaden problem. Zajęliśmy się własnymi sprawami, ona swoimi przygodami, ja natomiast ciągłym treningiem i patrzeniem na rozwijającą skrzydła w kontaktach towarzyskich Mjehurić, która z przejęciem coraz częściej spotykała się z białą, puchatą istotą, od której biło dziecięcą radością, jakby przypatrzeć się mocniej, wokół niej wręcz wirowały złote iskierki. Poczułem się dość niepewnie w tych sprawach, zwłaszcza, że miały nawet wspólne "zajęcia", o których bliżej mi wiadomo nie było, a nie chciałem się w to zagłębiać. Zostawmy ten temat na odpowiedniejszy moment, nie pora na niego.
  Poranek był niezwykle mglisty. Przez szarość przebijała się różowa barwa nieba, wskazująca na późniejsze mocniejsze porywy wiatru. Podłoże wilgotne, zero śpiewu ptaków, zero wszystkiego. Panowała niezmącona przez nic cisza, doskonała dla moich uszu. Obrzędem już stało się wczesne przesiadywanie na parapecie oraz wpatrywanie się w krajobraz przede mną, zapisując sobie gdzieś z tyłu głowy, jak dużo się zmienia, przemija. Ile liści straciło już to ogromne, stare drzewo, rosnące nieopodal. Ile zajmie jeszcze tej czerwonawej plamie zniknięcie z ostrego pniaka, która była pozostałością po przegranej walce wilka z psim bratem. Ile zajmie mi zebranie się do kupy i pogodzenie z faktem, że świat siostry nie opiera się wyłącznie na mnie. To okropne uczucie, którego nie jestem w stanie się wyzbyć ani zatuszować. Moja istota polegała na kompletnym oddaniu się jej. Czas opierał się na niej, tylko na niej. Przywiązanie do niej było też głównym powodem, dlaczego zaniechałem dalszego komunikowania się z Norah, ponieważ po co mi ktokolwiek inny, skoro nie jest tą śliczną, niebieskooką sunią z jasnym futrem. Nie potrzeba mi nikogo, zajmuję się sobą, zajmując nią, to kompletnie nie ma sensu, lecz dla mnie ma znaczenie. Gdy Mjehurka zanika, automatycznie niknę również i ja. A przyjdzie moment, gdy nasze drogi całkowicie się rozejdą. Ale wierzę, że przecież to się nie stanie, zawsze będziemy razem, razem, jak zawsze, od dzieciństwa, razem będziemy polować na ptaki, razem będziemy pielęgnować nasze wady i dać się rozrastać chorym talentom, razem będziemy kolekcjonować czaszki zwierząt, razem będziemy krytykować ten chory świat, a uczucie nigdy nie wygaśnie, jesteśmy najbliżej, jestem dla niej najlepszy, jedyny, kto ją rozumie, ona też nie musi mieć kogokolwiek innego. Damy sobie radę. Mamy wspólną przyszłość, wspólne życie, plany, dzielimy się wszystkim co możliwe, po co to zmieniać i szukać sobie jednostek mających zastąpić drugą osobę, kiedy jesteśmy na wyciągnięcie łapy? Przecież to nie będzie możliwe, aby polubiła tę Valeyne, Mjecia nie może, przecież ja stoję obok, czuję zazdrość i ból rodzący się w klatce piersiowej, tygrysi uśmiech przeradza się w piątkę, ogromną, przepełnioną złością piątkę. Żeby szlag ją trafił. Ale Sapun, przecież nie można tak mówić o innych istotach żywych, jest po prostu zwykłą rówieśniczką chcącą poznać nowych, a twoja bliźniaczka zaczyna to odwzajemniać. Och, co ty pieprzysz, jestem mordercą, robię gorsze rzeczy od czegoś takiego, poza tym ona nie umie adorować nikogo innego prócz mnie i rodziców. Wzbudza się nienawiść do białej, puchatej samicy, spowodowana wyłącznie zabraniem mi jej w niewielkiej ilości. Nie ma prawa odbierać mi tego, co najbardziej kocham. Już wystarczy mi tego, że Mjehurić niszczy się od środka swoim zamiłowaniem do krojenia, oraz próbą samobójczą naszej matki, Mavis. Nie obyło się bez wizyt u niej i doglądaniu jej stanu psychicznego, które runęło z hukiem na ziemię. Mimo to, pojawił się ktoś, kto cegiełka po cegiełce odbudowywał je, Mav czuła się przy nim dobrze. Wendigo był tym, który na nowo odrestauruje mamę, miała szansę na wspaniały żywot u jego boku, choć Miećka nie była tym szczególnie zadowolona. Przeszkadzał jej. Tak, jak Valyene mi. Mama miała Miecię, ona mogła ją naprawić, tak samo ja mogę być przy Mieci i robić z nią cokolwiek co tylko będzie chciała. Chcę dać jej co mogę, umiem, dostrzega to. Co mi po tym, jak wybierze tamtą żeńską przedstawicielkę białych mieszańców? Będę sam, zostawi mnie, na pewno mnie zostawi, nie będzie nikogo, kto wymieni się ze mną F szesnaście, nie będzie nikogo kto wysłucha raportów na temat wieczorów, które już upłynęły.
  Łeb stuknął o szybę, ustalając własny rytm, głuchy dźwięk rozległ się po komnacie. Z szeroko otwartymi oczami patrzyłem się na własne kończyny. Głosy w głowie narastały, wypominając, jak okropnym rodzeństwem jestem, bo oddalam się od Mjehurić. To moja wina, moja, dawałem jej zbyt mało atencji. Moja wina, ponieważ skupiłem się na swoim dobrze, a nie na jej. Moja wina, bo dopuściłem obcą formę do naszego kręgu, mogłem go wyeliminować. To nie wina Val, ani nikogo, tylko twoja, Sapun, Valyene nie ma tu nic do rzeczy. Jest kimś, kto zbiera przyjaciół, jest takim typem, ma prawo podejść do Mjeci. Ale nie zabierać mi jej całkowicie, nie, nie nie nie nie NIE!
  Zaśmiałem się krótko, drwiąc z Sapuna, słysząc, jak jego pusty łeb obija się o szkło w oknie. Jeszcze trochę, rozbije go, poleci krew, cudownie pachnąca krew, zdechnie szybko i bezboleśnie, z poczuciem winy. Menda bez życia, wyżywająca się na biednej suce, bidulek, bo rozmawiał ze swoją pokręconą siostrunią przez czterdzieści jeden godzin, zamiast czterdzieści trzy. Ma powód do zamordowania jej. I to solidny, ba. Widać z daleka, jak bardzo chory na umysł jest, normalny pies nie tak się nie zachowuje. Przecież dozwolone jest, aby członek rodziny mógł swobodnie dobierać sobie znajomych, nie ma się nikogo na wyłączność, więc dlaczego tak strasznie dramatyzuje? Mógłbym mu zaproponować pójście do psychologa, lecz obawiam się, że odmówi pomocy, w pospiesznym tempie utylizując moje truchło po tym, jak pozbawi mnie ostatniego tchnienia. Nie jest to bezpieczne, zwłaszcza teraz, kiedy do reszty odejmuje mu resztki zdrowego rozumu. Przesiaduję z nim w jednym pomieszczeniu, a boję się, iż zaraz postanowi coś mi zrobić.
  Nie cierpię go, zjawia się, irytuje, i nie chce zniknąć. Nie znoszę śladu jego wzroku na sobie, brzydzę się nim, w sumie z wzajemnością. Otrzepałem się, drgając. Lekko pobolewała mnie skroń, co było nic nieznaczącym szczegółem. Zwlokłem się z zimnej, niewygodnej powierzchni, szukając spojrzeniem tamtego. Nie było go, zniknął, ogarnęła mnie ulga. Wziąłem głęboki wdech, kierując się do drzwi. Pora na trening, trening jest dobrym rozwiązaniem by wyzbyć się negatywnych emocji. Pociągnąłem za klamkę, natychmiast skanując teren dookoła. Na korytarzu przebywał mały obiekt o rudawym umaszczeniu. Zauważył również i moją osobę, odwracając się. Ujrzałem w jego ciemnych tęczówkach coś, przez co serce na sekundę się zatrzymało. Dobrze znane mi szaleństwo. Bogowie, szczenię?

[Ginger? Sapun mówi cześć]

Od Delilah do Petera

*akcja toczy się kilka dni po przybyciu Delilah do sfory
Pet, jeśli nie chcesz czytać wszystkiego, dopiero na samym dole jest dialog Deli z Peterem*

Chociaż jestem pełna wielkiej nadziei i ufam większości, no dobra, każdemu, to chcę ten raz powiedzieć "nie wierzę". Tak, nie wierzę. Nie wierzę w to, że tu jestem. Że mogę być przy stworzeniach pełnych miłości, jaką mnie obdarowują. Przy nich ogarnia mnie radość, euforia, duma. Dlaczego duma? Bo zadowala mnie fakt, iż od początku mam przy sobie takie istoty. Chwila, czemu mówię w liczbie mnogiej? Przecież to tylko Autumn cały czas mnie nie opuszcza... no bardziej ja ją, ale pomińmy. Jest jedyną osobą, do której czuję coś innego, niż do pozostałych. Przecież tam, na łące równie dobrze mogła mnie zignorować, natomiast tego nie zrobiła. Tak, wiem, zbyt szybko oceniam, znam ją zaledwie kilka dni, jednak czuję, jakby były to lata. A co, jeśli zajęła się mną jedynie z litości? Co, jeśli po moim dorośnięciu mnie opuści? Nie, nie może tego zrobić... ah, kurza twarz, ogarnij się, Delilah. Powróćmy do tego, dlaczego mówiłam w liczbie mnogiej. Otóż, mimo to, iż jestem tu niedługo, udało mi się również poznać innego psa. Niby nie pala do mnie sympatią, ale ja wspaniale wiem, że on tylko ukrywa swoje uczucia za wieloma maskami. Przecież każdy ma w sobie chociaż odrobinę dobra. Nie ma złych, są tylko uparcie próbujący takimi zostać. Za dużo mądrości, kontynuujmy. Był to pan Peter, którego zaczęłam nazywać wujkiem, gdyż nim w jakimś sensie się stał. Jak go poznałam, zaraz opowiem.
Stało się to pewnego, niezbyt pogodnego dnia, zaczynającego się niepozornie. Tak, jak od moich początków w sforze, budziłam się znacznie wcześniej niż Autumn i jej mąż. Co robiłam? A co miałam robić? Nic bardziej mylnego, wpatrywałam się w chmury! Przecież one są takie fascynujące. Niby zwykłe, białe, czasami ciemniejące, a kryją tyle ciekawych cech! Na przykład, tworzą różne zjawiska. To właściwie od nich zależy, jaka jest pogoda. Raz jest ich mało, raz zachmurzone całe niebo. Raz czyściutkie, raz brudziutkie. Czasami są smutne i płaczą deszczem. Kiedy indziej rozgniewane i walą piorunami. Najlepiej jest jednak, gdy umilają czas innym, odsłaniając świecące słoneczko! Co najbardziej interesujące, potrafią szybko zmieniać swój kształt. Kwiatki, gwiazdki, piórka, kokardki... jejku, Deli, znowu odbiegasz od ważnego tematu! Dobra, a więc siedziałam sobie na parapecie i wpatrywałam w poranne niebo. Właśnie wschodziło słońce, którego promienie przebijały się przez korony drzew. Ptaki latały, w sumie, to wyglądały, jakby bawiły się w berka. Nagle między szerokimi, dębowymi pniami zauważyłam skaczącą, rudą wiewiórkę. Była bardzo podobna do tej, uciekającej przede mną! Gdy chciałam do niej wyskoczyć, zorientowałam się, że dzieli nad jeszcze szyba. Gruba, nieco zabrudzona szyba. Z grymasem na mordce opuściłam moje tymczasowe legowisko i podreptałam do łoża moich opiekunów. Bo chyba tak ich mogę nazwać, prawda? Usiadłam przed nimi i zaczęłam wpatrywać się w zamknięte oczęta tych członków sfory. Wreszcie mi się to znudziło i wymyśliłam sobie inne zajęcie. Wdrapałam się pomiędzy nich i spróbowałam zasnąć, bo to powinno się o tej godzinie robić, tym bardziej takie dzieci, jak ja. Próbowałam, próbowałam, próbowałam... wszystko niestety na nic. Miałam za dużo energii, by właśnie się zdrzemnąć. Gdyby nie to, że komntata jest zupełnie pusta, bo oprócz łoża i kilku starych mebli nie ma nic, to oczywiście bym się bawiła, nawet sama. Tak to nic nie można zrobić, oprócz wgapiania się w chmury. Jednak obraziłam się na okno i na parapet już nie wejdę. Nie.
Po dłuższej chwili namysłu, stwierdziłam, iż nie pozostaje nic innego, jak obudzenie Autumn i jej męża. Zaczęłam wydawać z siebie różne dźwięki. Raz jakieś wycie, raz muczenie, jeszcze innym razem dziwne piszczenie. Najwidoczniej nie byłam na tyle głośna, by zbudzić ze snu dorosłych właścicieli komnaty. Nie chciałam jednak unosić głosu, gdyż przy okazji sąsiedzi mieliby do mnie pretensje. Dobra, to pozostaje jedno. Zeskoczyłam z łóżka i stanęłam po prawej jego stronie, czyli bliżej suczki. Pociągnęłam za biały materiał, na którym ci się wylegiwali. Niesetu nie miałam tyle siły, by zrzucić ich z góry. Kurczę pieczone, ja nigdy tego nie zrobię! Naburmuszona ponownie weszłam na legowisko opiekunów i położyłam przednie łapki na grzbiecie samicy.
- Autumn! Autumn! - wymawiałam jej imię, specjalnie przeciągając czwartą literkę, czyli "u". - Ja nie chcę się nudzić! - wymamrotałam nieco głośniej. Nagle za mną ruszył się mąż suni, przez co wzdrygnęłam z przerażenia i przez przypadek wbiłam pazurki w jej skórę.
- Auć! - pisknęła, budząc się nagle. Odwróciła się się moją stronę, marszcząc czoło. - Delilah, co się dzieje? - zapytała po chwili, ukrywając swoim sympatycznym głosem lekkie zdenerwowanie, jakie było trochę po niej widać.
- J-ja... ja się nudzę, Autumn. I ja nie chcę się nudzić. Chodźcie gdzieś ze mną, proszę. - mówiłam, tym razem przeciągając literkę "o" w ostatnim słowie mojej wypowiedzi.
- Oj, skarbie, niestety na to nie mamy czasu. - powiedziała cicho, wstając z łóżka. - Metrum ma wiele pracy, a ja muszę wykonać ważny projekt architektoniczny. - mówiła z powagą w głosie. Ja taką powagę próbowałam utrzymać na twarzy, ale kompletnie nie wiedziałam, o czym ona gada. - Niestety, będziesz się nudzić cały dzień. - dodała po chwili, wpatrując się we mnie z delikatnym uśmiechem.
- Jejku, nie ma innego wyjścia? - zapytałam smutna. Ja tak nie wytrzymam! Muszę wyjść na dwór, muszę pobiegać, muszę się pobawić, chociaż trochę! Sama nie mogę, a nikt nie ma na to czasu, jednak muszę coś wymyślić.
- No ewentualnie ktoś inny zaopiekuje się tobą przez ten czas. - stwierdziła, kiwając głową i budząc swojego partnera.
- Kto na przykład? - rzekłam, podążając za nią.
- Hm... - mruknęła, stając na chwilę. - Chyba Peter ostatnio ma trochę wolnego czasu, muszę się dopytać. - powiedziała, idąc w kierunku drzwi. - Chodź, jak potwierdzi moje przypuszczenia, to od razu u niego zostaniesz. - uśmiechnęła się szerzej, po czym otworzyła wrota. Podskoczyłam ze szczęścia, a następnie pobiegłam za Autumn. Wiedziałam, że jest inne wyjście! Oby ten cały Peter był fajny... na pewno będzie fajny!
Po niedługiej chwili dotarłyśmy przed komnatę znajomego suczki. Z podekscytowania zapomniałam, jak miał na imię. No cóż, tak czy inaczej, będzie musiał mi się przedstawić! Zapukałam radośnie do drzwi, w których po kilku sekundach stanął on - niewiele wyższy ode mnie sznaucer. Niby kordupel, a wyglądał na niezwykle dojrzałego, poważnego i inteligentnego samca. No nie wiem, czy uda mi się z nim zagrać w chowanego lub berka. Natomiast nie tracę nadziei, zawsze pozostaje opcja przekupienia!
- Witaj, Peterze. - przywitała się Autumn, unosząc kąciki ust na widok przyjaciela.
- Dzień dobry. - odwzajemnił uśmiech, spoglądając to na sunię, to na mnie. - Co Was tu sprowadza, o tej porze? - zapytał po chwili, przymróżając delikatnie wciąż zaspane oczy. Naprawdę? Tylko ja w tym zamku wstaję przed wschodem słońca?
- Ah, za godzinę odwiedzin przepraszam, ale mam do Ciebie małą prośbę. Jak wiesz, wraz z Metrum mamy wiele pracy, a mamy pod opieką tę istotkę, Delilah. Czy mógłbyś się nią dzisiaj zająć? Bardzo Cię proszę, robisz to dla mnie, jak i dla niej, bo to ona mnie tak nalegała, by znaleźć jej dzisiaj jakieś zajęcia. - rzekła ciepłym głosem. Na jej ostatnie słowa skinęłam głową, wyraźnie pokazując, iż jest to prawda. Samiec wpatrywał się we mnie przez krótko czas, po czym jego wzrok padł na Autumn.
- No, dobrze. Mam nadzieję, że nie rozniesiesz mi od razu komnaty. - zaśmiał się, przez co mogłam stwierdzić, iż żartował. Także ten, zdziwisz się kolego.
- Dziękuję! Na pewno Ci kiedyś to wynagrodzę. - pisknęła radośnie i pocałowała mnie w czoło. - Bądź grzeczna, dobrze? - ponownie skinęłam łebkiem. - Więc do zobaczenia! - pożegnała się, po czym odeszła. Oh, mam nadzieję że przeżyję do końca dnia, jeśli... znowu zapomniałam imienia. Okej, jeśli ten gość okaże się być straszliwie nudny.  Spokojne, Deli, wytrzymasz, ewentualnie "rozniesiesz mu dom".
- Wejdź, dziecino. - powiedział cicho, beznamiętnie. Tak jak nakazał, tak weszłam do jego komnaty. Była obszerna, ale zapchana wieloma, no dobra, większą ilością mebli, niż u Autumn. Usiadłam na starym fotelu, stojącego naprzeciwko okna, z którego widać było przepiękne góry, a nad nimi nic innego, jak chmurki. Były jakieś dziwne. Takie niechmurowate. Jakby fale na morzu, ale podczas sztormu. - Słyszysz? - z wnętrza pomieszczenia usłyszałam męski głos, oczywiście gospodarza. Gwałtownie się odwróciłam w jego stronę, nie wiedząc, co posiedzieć. - Chcesz coś do picia? Wodę, sok? - zapytałpo chwili, wciąż nie okazując swoim głosem, jak i mimiką twarzy żadnych uczuć. Pokręciłam głową, pokazując, iż nie mam ochoty na żaden napój. Samiec wszedł do jakiegoś osobnego pokoiku, ja natomiast znowu zaczęłam patrzeć w chmury. Zapowiada się ciekawie, bardzo, nieciekawie.

Peter? Jeśli zepsułam w jakiś sposób jego charakter, wybacz i napisz do mnie, bym poprawiła ;/ (+1000 słów)