18.09.2017

Od Eamesa cd. Svietlany

Strasznie się kręcił ten Lakon pod moimi łapami, a przecież nie miał żadnych szans. Krew wylewała się z jego pyska, a on próbował jeszcze chwile oddychać. Coś tam jeszcze szurał kończynami i próbował na nich stanąć, ale niewiele mu to dało, bo ledwo postawił jedną, to zaczynała się trząść i bum, znowu leżał na pysku. Fajnie się to obserwowało, ale mógłby w końcu wykitować, bo nie mogłem stać tam wiecznie, miałem jeszcze parę osób na liście. Chwyciłem w zęby rączkę od klapy śmietnika i uderzyłem go w łeb raz, drugi i trzeci, dopóki nie przestał wierzgać. Odrzuciłem broń i skopałem ciało w kąt, żeby nikt się o nie nie potknął, gdy będzie przechodzić. Jeden zaliczony, jeszcze trzech.
Jakiś czas temu miałem niezbyt przyjemne przeżycie w mieście. Jedne trup więcej niż miał być, jeden bardzo, bardzo mały trup… Taaak  trochę nie wyszło jak miało i zlecenie dla mnie zakończyło się pochówkiem małej, nienazwanej istotki. Wyglądał jak mały Snow, ale sierść ciemniejsza i nie miał takich niebieskich oczek. Grabarze pewnie się dziwili, bo przychodzą do roboty rano, a tam grób, ale nikt się do mnie o to nie mógł rzucać, więc było dobrze. W miarę dobrze, bo szef całego tego gangu mógł leżeć sobie w magazynie martwy, ale jego kumple zostali w mieście, które było nie tak strasznie daleko od sfory i niektórzy zbliżali się niebezpiecznie do naszych granic. Cała ta hierarchia gadała i gadała, robiła spotkania z dowódcami i wszystko oczywiście tajne, żeby nie denerwować sforzan, ale gdy miałeś w swoim pokoju co noc wyższego szczeblem mordercę, to można się sporo dowiedzieć. Na przykład, że rozpoczęły się częstsze wizyty grup zwiadowców i szpiegów w mieście. Resztę informacji musiałem niestety zdobyć sam, ale to nie było takie trudne. Najpierw poszedłem do mojej kochanej wnusi i zacząłem z nią gadać o bzdurach, ale okazało się, że jej jeszcze nie wysłali na misje, więc mi nie pomogła. Dlatego musiałem trochę bardziej się postarać i znaleźć kogoś innego. Wtedy trafił mi się jakiś Sintesu. Nie mam pojęcia kim jest, ale pracuje z Des i usłyszałem, że ostatnio sporo przebywał poza sforą, więc jednego wieczora spotkałem się z nim w karczmie. Wszystko było pięknie i fajnie, chociaż trochę mnie wkurzał, to pewnie moglibyśmy się w innych sytuacjach dogadać. A ponieważ nie był dupkiem, a ja zgrywałem trochę bardziej pijanego niż naprawdę byłem, postanowił odprowadzić mnie do komnaty. Podałem mu fałszywy numer i gdy drzwi się za nami zamknęły, przycisnąłem go do ściany z pyskiem przekręconym w lewą stronę. No co? Przez cały wieczór próbowałem od niego wyłudzić, a on milczał, a potem proszę. Wystarczy parę gróźb i opis wycinania przyrodzenia, by zmiękł i powiedział co wiedział. Zostawiłem go, wróciłem do siebie i zacząłem wymyślać alibi, chociaż i tak nie było potrzebne, bo o nic mnie nie oskarżył. Pewnie to przemyślał i stwierdził, że go zrzucę ze schodów i zdepcze, jak komuś zgłosi naszą rozmowę. Pewnie bym to zrobił, jeżeli nikogo nie byłoby w pobliżu.
Dostałem cztery imiona: Hiakinta, Tukidydes, Agetor, Lakon. Nie wiem czy sami je sobie wybierali, czy rodzice postanowili go skrzywdzić, ale hej, dobrze jest, mam dane. Powiedział mi jak wyglądały te psy, więc to już był jakiś fajny konkret.
Parę dni później wstałem z samego rana i cicho wyszedłem, starając się nie budzić Kimcioka. Co nie wyszło, więc skłamałem, że jestem głodny i biegnę do kuchni. Nawet się nie zdziwił, bo to się często działo, więc po prostu poszedł dalej spać. Nie mogłem mu przecież powiedzieć „Hej, idę zabijać psy, o których dowiedziałem się dzięki szantażowaniu takiego jednego samca”. Pewnie próbowałby mnie powstrzymać, ja bym go nie posłuchał i wyszłoby głupio. Zostawiłem wcześniej napisany liścik, żeby się nie martwił i tak dalej. Pewnie nie zadziałało, ale trudno.
Dość szybko udało mi się wytropić Lakona, był prawie łysy, brzydki jak noc, więc wszyscy go znali. Do południa udało mi się go załatwić, a potem już nic. Chodziłem jak głupi, przedstawiając się jako James (oryginalne) i mówiąc, że poszukuję siostry, brata, kochanki, wroga – dla każdego coś innego, żeby się nie powtarzać. Tylko wszyscy poszukiwani zniknęli, przepadli jak kamień w wodzie.
Powoli przestawałem ogarniać gdzie się znajduje, ale przynajmniej znalazłem smaczny obiad, czyli stek wywalony przez jakiegoś człowieka z restauracji, bo spadł na ziemię czy coś. Trochę mało, ale w mieście nie zawsze można liczyć na sycący posiłek. Zbliżał się powoli wieczór, a ja nie załatwiłem nawet połowy swoich spraw. Musiałem zacząć powoli szukać miejsca na sen, bo powrót do sfory, był pomysłem głupim, a ja przez większość czasu głupi nie byłem, więc zacząłem iść w kierunku przedmieść, gdzie nie było szalonych hycli, którzy próbowaliby mnie złapać i porwać do psiego więzienia. Wtedy dopiero by się Kimi i dzieciaki zdziwili, gdyby zobaczyli mnie kiedyś za kratami. Chociaż, pewnie tam moje miejsce, ale jeśli mogłem wybierać, wolałem te w naszych lochach, a nie ludzkie.
Paliły się latarnie, nieliczni ludzie przechodzili chodnikiem obok mnie. Część próbowała jakoś zareagować na samotnego psa, ale wymykałem się z ich rąk. Skręciłem w ciemną uliczkę, bo to zawsze był świetny pomysł. Założyłem, że może uda mi się nią przejść między blokami, ale była cała zawalona przez śmieci, więc zawróciłem. I wtedy do mojego radosnego kącika wpadła suczka. Szybkie przestawienie trybików we łbie, żeby rozpracować skąd ją znam i dobra, miałem jasność.
– Niezłe przedstawienie urządziłaś dziś rano – odwróciła się zaskoczona, ale nie wyglądała na szczególnie zadowoloną z mojego widoku. Chociaż nie próbowała mnie zagryźć, więc dobrze. – Eames jestem – powiedziałem, ale nie wyciągnąłem łapy na powitanie, bo to zawsze było odrobinę niezręczne, gdy musiałem siadać na tyłku, żeby się z kimś przywitać.
- Svietlana – odpowiedziała i obejrzała mnie od kończyn do łba obojętnym spojrzeniem. Próbowałem wyczytać, czy moje imię coś jej mówi, ale nie, zimny głaz zamiast wyrazu pyska.
- Co tu robisz Sviet, zwiedzasz? – zażartowałem, żeby rozluźnić atmosferę. Ładna była, ale bałbym się ją dotknąć, bo jeszcze ugryzie.
- Nie, uciekłam ze schroniska – powiedziała. Liczyłem na jakiś ciąg dalszy i co? Nico. Mogłem tylko odpowiedzieć „Aha”, bo na nic lepszego nie wpadłem.
- A wiesz może, jak dojść do sfory? – zapytałem, a ona pokręciła łbem. – Świetnie, ja też nie, ale we dwójkę jest większa szansa na przeżycie. Muszę jeszcze spotkać się z paroma psami, więc jeśli mi pomożesz je jutro znaleźć, to możemy wrócić wspólnie. Hmm, Sviet? Zgoda? Odmówisz współsforzanowi?
(Sviet?)

Od Svetlany cd. Airo

Akurat przechodziłam przez zamkowy dziedziniec, który o tej porze był zadziwiająco pusty, gdy dostrzegłam niedaleko dwa psy, najwyraźniej rozmawiające ze sobą. Przystanęłam na chwilę, obojętnie przyglądając się rozmówcom, a w tym czasie gdzieś w tyle głowy nękała mnie myśl, że o czymś zapomniałam. Zamyśliłam się, intensywnie myśląc nad tym, co to mogło być. Mała burza mózgów, a raczej mózgu, nie odświeżyła mi pamięci. W międzyczasie jednak dwójka psów zakończyła tę raczej krótką rozmowę. Jeden z nich, łaciaty kundel którego nie kojarzyłam, zrobił w tył zwrot i odszedł w innym kierunku, z kolei drugi, szary wilczak saarlosa zaczął iść w moim kierunku. Uniosłam brew, cierpliwie czekając, aż się do mnie doczłapie. Chyba był zmęczony, bo jego chód był naprawdę powolny. Gdy w końcu do mnie dotarł, zaczął się przedstawiać:
– Cześć, jestem Airo.
Hm, a więc suczka. No cóż.
– Svetlana – odparłam. – Co cię do mnie sprowadza?
– Właściwie, to chciałam się z tobą zapoznać... – powiedziała wolno.
Przewróciłam oczami.
– W takim razie mnie poznałaś – rzekłam nieco zgryźliwie, po czym westchnęłam. – Zależy, o jakie poznanie się ci chodzi. Chcesz wpaść na herbatkę czy raczej pokonać wspólnie potwora o dziewięciu głowach?

(Airo?)

Od Samanty do Svetlany

Nienawidzę kiedy akurat pada, a ja muszę wyjść z ciepłej komnaty na trening. Po prostu nienawidzę i to całym sercem. Na nieszczęście według dowódcy "lekka mżawka" nie jest żadnym problemem; nawet jeśli ogranicza widoczność na tyle, że my nie widzimy go, a on nas. Największy plus w tej sytuacji to, że po skończonych ćwiczeniach zwykle udajemy się całą grupą do stołówki, gdzie dzięki życzliwości kucharek możemy spróbować ich jakiegoś nowego i co najważniejsze - ciepłego, popisu kulinarnego. Niedawno jeśli się nie mylę była to jakąś strucla miodowa czy coś w tym rodzaju, nie znam się, więc w sumie to nie potrafię tego dokładnie określić... No dobrze, a więc dzisiejszy poranek nie zapowiadał się zbyt ciekawie - padało jak z cebra i ledwo co widziałam kontury pobliskich drzew. Niechętnie wyszłam ze swojej komnaty i z miną skazańca idącego na egzekucję ruszyłam w stronę poligonu. 
 - Asz, niby tak kocham wodę, ale jedynie kiedy się na takowej żegluje... - mruknęłam do siebie, podczas gdy przestępowałam przez bramę zamkową. Nie minęła sekunda i już moje futro smagane wiatrem i strugami deszczu przemokło zupełnie, pozbawiając mnie ochrony przed zimnem. Pochyliłam nisko głowę i starając się ignorować fakt, że żywioły są temu przeciwne, ruszyłam na trening.
~*~
Zadowoleni zadarliśmy do góry głowy, wierzcie lub nie, ale się rozpogodziło, to znaczy w sumie wciąż kapały na nas jakieś zagubione krople, ale na pewno nie można by tego porównać do wcześniejszego bombardowania.
 - Jak widzicie tym razem się wam poszczęściło. - uśmiechnął się Avalon spoglądając na nas i sprawdzając czy wszyscy byliśmy obecni. Po czym z zadowoleniem zauważając, że nasza frekwencja jest na dobrym poziomie krzyknął coś w stronę najbliższych drzew. Zaciekawiona przyjrzałam się jak wojownicy w dosyć luźnym szyku idą w naszą stronę. Mimo tego, że razem byliśmy w wojsku, to wbrew pozorom dosyć rzadko mieliśmy okazję, aby się sobie przyjrzeć.
 - Jak pewnie wiecie, w wojsku trzeba ze sobą współpracować, w końcu walczymy po tej samej stronie... Zwykle jesteśmy podzieleni na grupy, przykładowo wojowników i szpiegów, ale czasem zdarza się, że aby uzyskać skuteczność trzeba połączyć umiejętności dwóch albo więcej drużyn, więc dziś to przetestujemy - każdy z was dostanie partnera z innej ekipy i podczas najbliższych treningów, będziecie w tym składzie wykonywać przydzielone zadania. Będą mogły być one zupełnie różne - od ochrony danego punktu, po zaatakowanie innej pary. Potem podliczymy punkty i pierwsze miejsca dostaną pewną nagrodę. Dobrze, a więc koniec gadania - czas na działanie...
Zaciekawiona nadstawiłam uszy czekając aż zostanę do kogoś przydzielona, pierwsze duety już były ustalone, więc moja niecierpliwość sięgała prawie zenitu...
 - Svetlana i Samanta. - w końcu usłyszałam swoje imię i zadowolona podeszłam do czarno-białej suczki z którą jak to wcześniej Avalon mówił - mam współpracować.

Svetlana?

Od Samanty - Quest #11

Postacie wymyślone na potrzeby opowiadania.
- Na pewno wolisz nie otwierać drzwi? - Ikar przechylił pytająco głowę, odkąd zupełnie wyzdrowiał stał się nie do zniesienia.
 - Ostatnim razem otworzyłam i co? Omal nie zginąłeś i byłeś sparaliżowany przez jakiś tydzień. - przewróciłam oczami mówiąc to. - Ale cóż, skoro chcesz to powtórzyć, to nie ma problemu, ale mnie w to nie mieszaj. - mimo swoich słów, zeszłam z posłania i uchyliłam lekko drzwi, do których właśnie ktoś zapukał. Miałam szczerą nadzieję, że nie będzie to jakiś pies z rozkazem od dowódcy i solidną dozą niebezpieczeństwa. Ufff... Mam szczęście... chyba - za drzwiami stała jakaś starsza ode mnie suczka, która nic ze sobą nie niosła, nie kojarzyłam jej też z wojska, w sumie to w ogóle jej nie kojarzyłam.
 - Witam, mogę wejść? - uśmiechnęła się, a ja z lekkim ukłonem odsłoniłam wejście. Samica weszła niepewnie, a ja w tym czasie zdążyłam zauważyć, że miejscami jej futro było już wyblakłe.
 - Zapraszam. - wskazałam na jeden z foteli znajdujących się w komnacie, po czym sama usiadłam na drugim, jednocześnie bezgłośnie nakazałam Ikarowi, aby ten zaparzył szybko herbatę.
 - Jestem tutaj w pewnej sprawie... - zaczęła, a ja na chwilę przestałam oddychać, czyżby nowa misja? - ... chodzi tu dokładniej o to, że razem z mężem musimy wyjechać na dwa dni... - odetchnęłam cicho, nie zapowiadało się na nic nieprzyjemnego. - ... i nie mam co zrobić z moimi słodkimi aniołkami, a jako że ostatnio nie mogę natrafić na opiekunki, to zapytałam się kto mógłby się nimi zaopiekować i polecono mi ciebie... Samanta?
 - Tak. - uśmiechnęłam się, po czym bez zastanowienia powiedziałam. - Oczywiście, że mogę je przypilnować przez ten czas. A tak w ogóle, to z kim mam zaszczyt rozmawiać?
 - Ach, przepraszam, że się wcześniej nie przedstawiłam, nazywam się Armandea, a szczeniaki to Walerian, Antonin i Coco. - szczerze? Zastanawiam się, jak można pokrzywdzić swoje dzieci takimi imionami, ale to nie moja sprawa. - Przyjdę tu z nimi za godzinę i wytłumaczę co i jak. - uśmiechnęła się suczka, po czym zeszła z fotela i zniknęła w drzwiach, a ja po upewnieniu się chwilę potem, że nikt nie podsłuchuje przytuliłam mocno Ikara niosącego herbatę i zaczęłam lamentować.
 - Nieeee, czeeemu ja się zgoodziłam...!
 - Nie wiem, zostaw mnie, bo wylejesz! - odpowiedział z wyrzutem gryf, kładąc na stoliku kubki, korzystając z mojej chwilowej nieuwagi. - Spokojnie, szczyle nie mogą być gorsze od watahy wilków!
 - Ale ja częściej widzę wilki niż dzieci...
 - Przesadzasz... Chociaż... czy ty kiedykolwiek opiekowałaś się jakimś młodym?
 - Niezbyt.
~*~
Dokładną godzinę później już mogłam się przyglądać jak roczniaki bawią się ze sobą, Armandea właśnie wyszła zostawiając mi na noc i następny dzień swoje pociechy oraz kartkę z rzeczami które muszę zrobić.
 - Co chcecie robić? - zapytałam się z uśmiechem, przyglądając się jak Antonin bawi się swoją zabawką - pluszowym liskiem z wielką puchatą kitką na ogonie.
 - Aaaa... Kotek! - tak dokładnie brzmiała odpowiedź białej puszystej samiczki o imieniu Coco, która właśnie zauważyła bacznie przyglądającego się jej z półki Ikara. Nie minęła sekunda i już wszystkie szczeny błagalnie skakały próbując się do niego dostać. Zaśmiałam się, myślałam, że to będą małe diabełki, a nie jak to powiedziała ich matka - aniołki.
Oczywiście się myliłam, a dokładniej zauważyłam to, kiedy Walerian niczym jakaś małpa wdrapał się bezproblemowo na regał na którym siedział gryf, który chyba też właśnie myślał o nich, jako o małych sympatycznych stworzonek, jednak nie zdolności szczeniaka były naszym powodem do zmiany zdania, tylko to, że młody złapał w zęby ogon mojego towarzysza i skoczył na moje posłanie, a za nim oczywiście protestujący samiec. Już w następnej sekundzie został otoczony przez bandę i przy okrzykach "Kicia!" był miotany po kątach. 
 - Stop! To jest żywe stworzenie, nie wolno tak! - krzyknęłam w pewnym momencie, a Ikar dodał zdecydowanie.
 - Nie wiem czy w obecnej sytuacji, na pewno jestem żywy, ale uznajmy, że tak.
 - Kotek mówi! - wrzasnęły chórem szczyle i wróciły do swojej zabawy, a poczułam, że to będą naprawdę ciężkie dni.
~*~
 - Nie wytrzymam z nimi. - warknęłam cicho do Ikara, który został na chwilę wypuszczony i zabawką aktualnie stały się nogi fotela, po prostu idealna rzecz do gryzienia. - Popilnujesz ich na chwilę? Muszę pójść po coś do jedzenia dla siebie i dla nich, nie chcę się z nimi pokazywać w stołówce... 
 - Błagam, nie odchodź na długo... - jęknął  gryf przyglądając się swojej łapie na której aż się roiło od śladów małych ząbków.
 - Dobrze, spokojnie... - powiedziałam, po czym wyszłam ze swojej komnaty i ruszyłam do stołówki. Nie spodziewałam się co zobaczę po powrocie. Dokładnie to wyglądało tak - wracam z pożyczoną od kucharek tacką na której znajdowały się miski z gorącą owsianką, popchnęłam wcześniej niezamknięte drzwi, a tam... pierwsze co mi się rzuciło w oczy to związany i zakneblowany towarzysz, który z wystraszonym wzrokiem przygląda się masakrze dziejącej się w komnacie. Pominę tu opis przewróconych mebli i przedmiotów zepchniętych na podłogę, nawet to nie było takie straszne jak chyba jeden z najokropniejszych widoków jakie zdarzyło mi się zobaczyć - powieść z prywatnych zbiorów, w której właśnie miał nastąpić moment kulminacyjny była... rozdarta na kawałeczki.
 - NIEEE!!! - krzyknęłam padając na kolana *powiedzmy, że jest to możliwe*, a w moich oczach zapalił się ogień furii. - USPOKÓJCIE SIĘ BO INACZEJ BĘDZIE ŹLE. 
 - Nie. - odpowiedziały spokojnie młode diabły, po czym dodały. - Nie masz dzieci, więc nie masz pewności co możemy, a co nie.
Ta odpowiedź mnie zniszczyła na dwie sekundy, ale mój umysł szybko sobie poradził z tą sytuacją.
 - Naprawdę nie poznaliście jeszcze... Arnolda? - zapytałam się udając zdziwienie.
 - Arnolda? - szczyle przekręciły słodko główki, a ja zaczęłam się zastanawiać czy przez mój pomysł nie będą musiały pójść do psychologa, cóż wiadome jest to, że albo ja albo one... 
 - Tak, mojego syna... Musicie go poznać! - krzyknęłam uradowana, po czym uwolniłam Ikara, który miał tak głupią minę, że gdyby nie moja złość, to już dawno turlałabym się ze śmiechu. Szczeniaki, były teraz zbyt zajęte rozmową, więc nie usłyszały mojego krótkiego przekazu...
 - Na pewno? Przecież wiesz, że nie wypada się mścić...
 - One rozerwały moją książkę, a ciebie związały jak jakiegoś małego kociaka. - wysyczałam, po czym otworzyłam drzwi, aby wypuścić gryfa.
~*~
 - O! Już jest! - zwróciłam się do szczeniaków, słysząc jak charakterystycznie puka do drzwi.
 - Chcemy go poznać! - wokół mnie utworzył się skaczący wianuszek, aż nawet mi się gdzieś w głębi serca smutno zrobiło na myśl co się zaraz stanie, ale ta emocja została szybko wyparta przez myśl, która przypomniała mi o biednej pokiereszowanej i co gorsza niedokończonej książce, której resztki aktualnie zostały ułożone na stole. 
 - Proszę! - krzyknęłam w stronę drzwi i już w następnej chwili do komnaty wszedł poważnym krokiem mój towarzysz niosąc w przednich łapach coś co zwróciło szybko uwagę szczyli.
 - Nie wiedzę go... - Coco przechyliła głowę, widząc jak zamykam szybko wejście do pomieszczenia.
 - Co to jest to, co kotek trzyma w łapach? - sunia natychmiast została przekrzyczana, przez swoich braci. Dobrze, teraz moja kolej.
 - Poznajcie, mojego kochanego syna Arnolda, który duszą wciąż jest z nami... - powiedziałam grobowym tonem, a akurat za oknem strzelił piorun, szczerze brakowało mi w tej chwili tej rozpoznawalnej gry na organach. - Bardzo go kochałam, ale pewnego dnia przestał mnie słuchać i zaczął rozrywać na strzępy moje książki, więc... - nie dokończyłam zdania, a Ikar pokazał młodym z bliska szarą urnę na której pisało ( na nieszczęście mazakiem, ale chyba diabły tego nie zauważyły) wyraźnie Arnold, na zawsze w naszej pamięci. W sumie to nawet byłam dosyć dumna z gryfa, że tak szybko uwinął się z tym wszystkim. Wiecie, grabarze nie za często udostępniają cinerarium, aby mogło zostać wypełnione piaskiem i zostać zaprezentowane szczeniakom.
~*~
Reszta wieczoru oraz następny dzień minęły bardzo spokojnie i młode nawet same się ofiarowały w pomocy podczas sprzątania. Akurat w momencie w którym właśnie zakończyliśmy pracę, czyli podczas pory obiadowej wróciła ich matka i zdziwiona czystością oraz tym, że jeszcze nie musiałam pójść do psychologa dała mi nagrodę w postaci dwunastu złotych monet. 
Jeśli kogoś ciekawi, to postanowiłam zostawić urnę w szafie, wiecie... może jeszcze kiedyś będę się opiekować szczenami? 
 - Powinnaś kandydować jako najlepsza niania roku... - Ikar podsumował ostatnie dni.
Akceptacja!

twój quest został zaakceptowany
+12 monet +12 doświadczenia

Od Waltera - Quest#1

Minęło już parę dni odkąd mogłem pochwalić się mianem "dorosłego". Cieszyłem się, że od tej pory mogłem sam o sobie decydować, a moje słowa wreszcie nie będą bajdurzeniem jakiegoś lekkomyślnego szczeniaka, ale z drugiej zaś strony nie byłem jeszcze gotowy na zderzenie z rzeczywistością. Starsi za dużo od nas - dwulatków - wymagają. Żyjesz sobie w przekonaniu, że wszystko na Ciebie czeka, świat jest kolorowy, a tu nagle przychodzą do Ciebie znikąd, jakieś obce, lub mniej, twarze i każą wybierać stanowisko, rangę czy co tam... potem budzisz się w obcej komnacie i "radź sobie sam". Na szczęście nie miałem problemów z wyborem zajęcia; zdecydowałem się na budowlańca, choć wiem, że będę już tylko wykonawcą czyichś projektów, a nie twórcą. Zanim obejmę ważniejsze stanowisko w tej branży czeka mnie jeszcze długa droga pełna licznych sprawdzianów i kartkówek.
Idąc przez leśną ścieżkę, prowadząc przy tym wewnętrzny monolog, kątem ucha usłyszałem czyiś przeraźliwy wrzask. Głos wydawał się nieco znajomy, toteż powoli zaczynałem nabierać podejrzeń, że to ktoś ze sfory. Nie mogłem przejść obojętnie ze świadomością, że jakiś jegomość prawdopodobnie walczy o życie, dlatego zatrzymałem się, nadstawiłem uszu i cierpliwie poczekałem, aż dźwięk się powtórzy. Znowu. Tym razem jęk jest poprzedzony wołaniem o pomoc. Podbiegłem bliżej - moim oczom ukazała się sylwetka nieco zbliżona do mojej. Pies, wilk, nie wiem - w samej sforze można znaleźć psa, którego wcześniej śmiało posądziłbym o bycie wilkiem.
-Co się stało? - spytałem, ale chyba niepotrzebnie, bowiem doskonale wiedziałem, że wilk wplątał się we wnyki. Ledwo oddychał, a ja rzuciłem chyba najgłupszym z możliwych pytań.
"Pomóż mi" powiedział, a ja nie pytając nawet o jego imię, o cokolwiek, nie bacząc nawet na fakt, że mógłby być którymś ze szpiegów łaknących co raz większej ilości informacji, zacząłem powoli pomagać mu w wydostaniu się z potrzasku. Kiedy cała akcja dobiegła końca wilk uśmiechnął się do mnie lekko, ale zaczynałem nabierać wątpliwości - nawet mały, zupełnie nic nieznaczący gest wydawał mi się podejrzany.
-Kim jesteś? - spytałem patrząc mu prosto w oczy, jakbym chciał, żeby choć przez chwilę zastanowił się czy nie jestem jedną z tych dziwacznych, odrealnionych postaci, które cieszą się nabytą funkcją czytania w myślach.
-Nie ważne. - skwitował w taki sposób, że przez chwilę poczułem się jak powietrze, zanim na dobre uświadomiłem sobie, że przecież istnieję, a on w najprostszy sposób mnie ignoruje. - Nie pytaj mnie o nic, dobrze Ci radzę.
-Pomogłem Ci, jesteś mi coś winien. - oznajmiłem robiąc kilka kroków w jego stronę. - Równie dobrze mógłbym zawiadomić o tym fakcie dowódców, a tego byś raczej nie chciał.
Nieznajomy odwrócił łeb w moją stronę i zmarszczył nos, jakby moje słowa poważnie go rozzłościły. Na jego pysku wyraźnie uwydatniał się zarys niezadowolenia, a ja miałem już powiedzieć coś w stylu "nie no, tylko żartowałem, już mnie nie ma", acz na marne, bo postać wcale nie miała zamiaru mnie atakować.
-Kundlu, nie wiesz, że informacje, które w tej chwili mógłbym Ci sprzedać byłyby dla Ciebie, hehe, wilczym biletem? - zaśmiał się, jakbym był naiwnym, nieznającym życia, szczeniorem, i było w tym trochę racji. Pochwalenie się "Ej głupku, ja to już jestem pełnoletni od kilku dni" mogłoby być odebrane jak "No masz rację, faktycznie jestem niedouczonym, lekkomyślnym małolatem, który myśli, że coś znaczy w oczach dużo starszego i silniejszego wilka". - Dzięki bracie za pomoc, a swoich przyjaciół nawet nie fatyguj, nie mają z nami szans. Po za tym, ja nie przyszedłem tutaj w złym celu.
-Yyy, powiedzmy, że tak zrobię. - wycofałem się widząc jak po jego srebrzystej sierści strużkami płyną krople krwi. - Może mam Ci pomóc? - zaproponowałem.
Wilk rzucił tylko zwykłym "Nie, dzięki" i wkrótce potem zniknął gdzieś w leśnej gęstwinie. Jeszcze przez jakąś chwilę stałem tam bezruchu usiłując poukładać sobie w głowie niektóre fakty, co wbrew pozorom wcale nie było łatwe. Niektóre szczenięce cechy jeszcze mi pozostały, ale powoli staram się pamiętać wysłuchaną wiele razy teorie "rozdzielaj poprawnie dobro od zła" niczym "białko od żółtka" w przepisach na moje pierwsze w życiu samodzielnie upieczone ciastka (i tu właśnie padła głupia metafora). Czy zrobiłem dobrze? Nie wiem.

Akceptacja!

twój quest został zaakceptowany
+10 monet +10 doświadczenia

Walter dorasta!

IMIĘ: Możecie sobie wyobrazić, jak to jest obudzić się nagle w innym świecie, pamiętać wyłącznie to, że żyje się w kłamstwie i zostać zapytanym o własne imię. To było przeznaczenie, słowo Walter nagle pojawiło się w jego głowie, jakby resztki wspomnień uporczywie nie dawały o sobie zapomnieć.
MOTTO: Nie kieruje się mottami, bo jak sam to kiedyś ujął, żadne nie jest w stanie go zmotywować. Gdyby jednak kiedykolwiek się zdecydował, to pewnie brzmiałoby w następujący sposób "Uczynić niemożliwe możliwym".
PŁEĆ: Pies.
WIEK: 2 lata
RANGA: Praktykant (Budowlaniec)
APARYCJA:
  • rasa - Już nie jest tym samym, naiwnym szczeniakiem, któremu można nawinąć makaron na uszy. Co raz częściej dostrzega w swoim wyglądzie cechy, które kategorycznie stanowią przepaść między rodzicami. Próbuje jednak oszukiwać sam siebie i ślepo wierzyć w fakt, że wygląd być może odziedziczył po dziadku Avalonie, który jest owczarkiem niemieckim. Mieszaniec. 
  • wzrost - 65cm
  • waga - 38kg
  • wygląd zewnętrzny - Walter wraz z rosnącym wiekiem wszedł w posiadanie nieco rudawej, lisiej szaty, która w zderzeniu z promieniami słonecznymi wydaje się wręcz pomarańczowa. Co do sierści; ta jest wyjątkowo gęsta i długa, jak u owczarka, a ogon porównywalny do nieco obfitszej lisiej kity. Uszy postawione ku górze, głowa natomiast smukła i proporcjonalna do tułowia, ozdobiona w błękitne oczy i brązowy nos. 
  • głos - Dawid Podsiadło - Pastempomat
  • budowa ciała - Walter jest mieszanką kilku ras - po swoich krewnych odziedziczył różne cechy i zdolności. Gęsta sierść, silne łapy, smukła sylwetka. Rasą która góruje nad innymi w wyglądzie ów psa jest owczarek; to właśnie po nim Walter odziedziczył wzrost czy budowę ciała. Pod warstwą grubej sierści kryje się smukła sylwetka, gdzieniegdzie pojawia się niewielki zarys mięśni, łapy natomiast idealnie przystosowane do wysiłku fizycznego czynią go wytrzymałym i odpornym na wszelakiej maści urazy. 
  • znaki szczególne - Nigdy tak naprawdę nie zastanawiał się bardziej nad tym czy w ogóle je posiada. Z resztą nawet jeśli, to pewnie nigdy nie zwróci na nie większej uwagi biorąc pod uwagę obfitą sierść i mniejszą zdolność do zwracania uwagi na drobne szczegóły nie mające w swoim składzie słowa "budowa" czy "projekt". 
OSOBOWOŚĆ: Ciężko stwierdzić czy zaszły jakiekolwiek zmiany w zachowaniu Waltera, nie umyka to jednak niczyjej uwadze, że niektóre cechy zdążyły się u niego wykształcić na dobre. Ciężko pisać o kimś kto całymi dniami przesiaduje w warsztacie, a jego największa pasja powoli staje się jego największym uzależnieniem. Zacznijmy od tego, że jest sympatyczny i zawsze służy pomocą, po dłuższej analizie z trudem można nazwać go towarzyskim, choć życie na uboczu wcale nie wchodzi w rachubę. Ma dosyć dziwne poczucie humoru, co oczywiście nie zmienia faktu, że nie spocznie, aż nie rozśmieszy kogoś, kto stawia opory jego chwilami głupim żartom. No i coś, co chyba wie każdy, kto poświęcił mu choć trochę uwagi - ma ogromną wyobraźnię, którą przekłada w czyn dążąc do realizacji projektów. Jest umysłem ścisłym, dlatego ubieranie w słowo swoich postępów nie jest jego najmocniejszą stroną. Dobrze... mam nadzieję, że wasze odczucia na temat ów bohatera są pozytywne, ba, może zanudziłam was na tyle, że nie będziecie mieli nawet siły, żeby zaglądać do tej części. Ogłaszam więc wszem i wobec listę skarg i zażaleń!
Mimo wszystko, przez wzgląd na burzliwy wiek, Waltera łatwo można zirytować. Posiada bowiem czułe punkty o których mało kto wie, bo rzadko kiedy zaufa komuś na tyle, żeby się z nich spowiadać. Pierwszym z nich jest jego historia przybycia do sfory. Lepiej żebyś mu w tej kwestii przytakiwał jeśli stwierdzi, że się tu urodził, wtedy skradniesz jego serce. Jest przeciwny bójkom i mało kiedy zdenerwuje się na tyle żeby kogoś uszkodzić, choć nie jest typem ofiary i nie pozwoli się obrażać.
RODZINA: przyszywana: Dla Waltera to wrażliwy temat - mimo że jest z nią bardzo zżyty, nauczony przez liczne życiowe lekcje, woli się nią nie chwalić. Za każdym razem kiedy wspomina o swoich rodzicach napędza machinę do rozsiewania plotek, a przecież więzy krwi, to nie tylko wygląd dziedziczony po rodzicach. Jeśli nadużyjesz jego zaufania w tym temacie możesz być pewny, że jesteś na straconej pozycji.
  • Matka - Crystal; kochana mama, która uratowała go przed sprzątaczką i zawsze potrafiła wysłuchać. Walter bardzo się z nią zżył i nie wyobraża sobie, że kiedyś może jej zabraknąć. 
  • Ojciec - Adi, niepodważalny autorytet i idol. Walter uwielbiał go słuchać, przedrzeźniać i mimo, że czasem bywał zbyt poważny, doceniał go za cierpliwość oraz troskę. 
  • Siostra - Moon,
  • Siostra - Lee (nie żyje),
  • Brat - Koda (zaginął),
  • Brat - Jake (zaginął),
  • Chrzestna - Cheyenne,
  • Chrzestny - Kimmimaro,
  • Dziadek - Avalon
  • Babcia - Cloé
  • Ciotki - Ellen, Elaine, Sophie, Phoebe, Diana, Emma,
  • Wujkowie - Kenneth, Arthur, Kai, Samuel, Cole, Duncan.
  • Wujek - Tones; ulubiony wujek. Walter chciałby być kiedyś taki jak on, tworzyć świetne wynalazki i projektować obiekty służące wszystkim w sforze. 
PARTNER: Brak.
POTOMSTWO: Brak.
HISTORIA: Jeśli spytasz Waltera o jego historię, to pewnie odpowie, że pochodzi z Royal Dogs bo tak naprawdę tylko tyle pamięta. Od czasu do czasu jakieś nieznaczne urywki wspomnień pojawią się w jego głowie, ale to wciąż za mało, żeby poznać prawdę. Urodził się na wsi, a oprócz niego na świat przyszła jeszcze czwórka jego rodzeństwa. Jego biologiczna matka była zmuszona oddać szczenięta swojemu przyjacielowi, który z racji tego, iż pracuje na kolei, jest w ciągłej podróży i posiada ogrom kontaktów, obiecał, że znajdzie im dom. W taki właśnie sposób Walter pojawił się w sforze. Jako szczeniak nie rozumiał wielu rzeczy, dlatego jego głowa szybko wyparła z siebie myśli o poprzednim życiu. Krótko po tym jak znalazł się przy jednym z gabinetów odnalazł go Adi, który wspólnie z Crystal, przejął pieczę nad jego wychowaniem.
TOWARZYSZ: Maszyny, śrubokręt, plan budowy, coś jeszcze? Brak.
DOŚWIADCZENIE: 0
MONETY: 5
KONTAKT: dogie1

Od Svetlany do Awur - Quest #1

Dzisiejszej nocy niezbyt mogłam spać, dlatego z samego rana, gdy ledwo zaczęło świtać, wybrałam się na przechadzkę do lasu. Poranek był rześki, a dzięki świeżemu powietrzu dobrze dotleniłam swój organizm. Przy okazji udało mi się upolować królika i później go zjeść, więc śniadanie miałam za sobą. Później skierowałam się z powrotem w stronę zamku, pamiętając, że za godzinę mam trening i wypadałoby się do niego przygotować. Czasem jednak, zwłaszcza w tych ważniejszych momentach naszego  życia, na drodze staje nam pewna przeszkoda, która spowalnia nas lub całkiem zatrzymuje. W moim przypadku było to czyjeś wołanie, a właściwie wykrzykiwanie jednego słowa: Pomocy.
   Uznawszy, że nie będę taka i pomogę, skierowałam się szybkim krokiem w stronę owego głosu, który wydawał mi się dziwnie znajomy. Chwilę później prawie biegłam, bo wołania nasiliły się. Gdy znalazłam się w odpowiednim miejscu, moim oczom ukazał się wilk, który teraz już nie wołał, tylko wpatrywał się we mnie intensywnie. Był to młody, wychudzony basior o rdzawym kolorze sierści. Jego tylna łapa, która obecnie była niemalże całkiem zmiażdżona i zakrwawiona, została przytrzaśnięta potrzaskiem na niedźwiedzie.
– Znam cię – powiedziałam nagle. W owym wilku rozpoznałam Caesara, wilka, który pomógł uciec mi z wilczej niewoli. Co prawda nadal nie byłam pewna, czy to wszystko nie było jakimś podstępem, ale tak czy siak, z powrotem znalazłam się wtedy w zamku. Z obrażeniami, ale jednak.
– Pomóż... mi... – niemalże wyskomlał wilk. Widziałam ból w jego oczach.
– Co ty tu robisz? – przysiadłam, ignorując jego błagania.
– Szukałem zwierzyny – wysapał. – W naszej okolicy już jej nie ma.
– Nie wiem, czy ci wierzyć, ale tak jakby pomogłeś mi ostatnio uciec. Odwdzięczę się. Czekaj tu – oznajmiłam krótko, robiąc szybki w tył zwrot. Zdążyłam dostrzec tylko, jak Caesar z ulgą kiwa głową, pozwalając mi działać po mojemu.
   Uznałam, że potrzebuję czyjejś pomocy. W pojedynkę nie dałabym sobie rady z pułapką, dlatego jak najszybciej pobiegłam w stronę zamku. Pierwszą żywą istotę będącą psem spotkałam już kilka minut później. Gwałtownie przed nią wyhamowałam. Była to sunia malinoisa, którą spotkałam na swojej drodze nie po raz pierwszy.
– Potrzebuję pomocy – rzekłam do niej bez zbędnych ceregieli. – Mój znajomy utknął w potrzasku na niedźwiedzie, sama go nie wyciągnę.

(Awur?)
Akceptacja!

Twój quest został zaakceptowany
+10 doświadczenia, +10 monet

17.09.2017

Od Svetlany cd. Urani

Dzisiejszego dnia postanowiłam udać się do biblioteki. Miałam ochotę spędzić popołudnie na czytaniu jakiejś ciekawej książki, czego nie robiłam od wieków, głównie z powodu... cóż, bez powodu. Ale jako że teraz miałam czas wolny, udałam się do wyżej wspomnianego miejsca.
   Biblioteka w naszym zamku była ogromna. Gdy znalazłam się w niej po raz pierwszy, nie bardzo wiedziałam, w którym kierunku powinnam udać się najpierw. Teraz nie miałam już takich problemów, ponieważ w ciągu tych kilku wizyt zdążyłam wszystko ogarnąć, czyli między innymi zapamiętałam rozkład całej sali, i wiedziałam, gdzie co można znaleźć. 
   Przekroczyłam próg biblioteki i rozpoczęłam wędrówkę między regałami, szukając interesujących mnie pozycji. Gdy przeglądałam jedną książkę w dziale historycznym, usłyszałam dziwne odgłosy dobiegające z sąsiedniej alejki. Odłożyłam książkę na jej miejsce, po czym ruszyłam w kierunku dziwnych dźwięków. Przeszłam zaledwie kilka metrów, po czym moim oczom ukazał się poniekąd osobliwy widok – mały piesek, z wielkim skupieniem wymalowanym na pysku wspinał się powoli po regałach. Przystanęłam, przyglądając się, jak przechodzi z książki na książkę, a potem z półki na półkę, niczym jakiś spiderman, ninja czy inne nie wiadomo co. Podeszłam bliżej, stając centralnie pod półką, oczekując, jak maluch zareaguje na mój widok. Najwyraźniej mnie jednak nie zauważył, bo kontynuował swoją wędrówkę. Chwilę później dostrzegłam, jak jego noga obsuwa się po jednym z tomów, a piesek spadł centralnie w dół. Nim zdążyłam się odsunąć, poczułam jak niewielkie, lekkie psie ciałko spada na mój grzbiet. Przysiadłam na tylnych łapach, a piesek zsunął się po mnie jak po zjeżdżalni, spadając na ziemię. Szybko wstałam.
– Nieźle ci poszło – poinformowałam nieznajomego nieco kąśliwym tonem, czekając, aż pozbiera się on z ziemi.

(Urani?)

Od Svetlany do Kimesa - Quest #8

Biorąc pod uwagę późniejsze wydarzenia, zarówno początek tego dnia, jak i popołudnie wydawało się być bardzo spokojne. A nawet zbyt spokojne. Nic nie zapowiadało tego, że wkrótce może ulec to zmianie. W każdym razie, wieczorem, gdy zaczynało się już ściemniać, znajdowałam się dosyć daleko od zamku. Nie spieszyłam się do niego jakoś szczególnie, a wizja przechadzki po ciemku nie przeszkadzała mi. To mógłby być zwykły wieczór, gdyby nie mój pech. Gdy usłyszałam w pobliżu wilcze wycie, pierwszą myślą w mojej głowie było to, że jak zwykle coś takiego musi przytrafić się akurat mi. Nie chcąc zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi, zaczęłam powoli się wycofywać, stawiając ostrożne kroki i uważając, by nie nadepnąć na żadną gałązkę. Ta technika jednak nie przyniosła oczekiwanego efektu. Na polanę wybiegło co najmniej osiem wilków. Zaczęły biec w moją stronę. Spięłam się w sobie i również zaczęłam uciekać. Biegłam tak, jak chyba jeszcze nigdy w życiu, ale wilki były zbyt szybkie. Dopadły mnie i powaliły na ziemię. Próbowałam się bronić, ale walka była na tyle nierówna, że nic nie mogłam poradzić. Po mocnym ciosie w głowę straciłam przytomność.

~***~

   Powoli otworzyłam oczy, czując wręcz niewyobrażalny ból w czaszce. Mój mózg przetwarzał różne obrazy, a ja uświadomiwszy sobie, co właśnie się wydarzyło, gwałtownie poderwałam się na równe łapy, po czym zachwiałam się i ponownie upadłam.
– Nie radziłbym – odezwał się ktoś z boku. Nadal leżąc, obróciłam głowę w stronę, z której dobiegał ten głos. Dostrzegłam młodego basiora o rdzawej sierści.
– Kim jesteś? I co ja tu robię? – zapytałam wyważonym tonem, ponownie wstając, tym razem wolniej, dzięki czemu uniknęłam następnego upadku.
– Nazywam się Caesar. Ty natomiast jesteś więźniem. Konkretniej mówiąc, zakładnikiem. A ja mam cię pilnować – oznajmił równie beznamiętnym tonem, co ja. Prychnęłam.
– A to niby dlaczego?
– Nie mam nic do was, psów, ale taka moja praca, skarbie. Mam cię pilnować. Oni chcą zemsty. Możliwe, że będą chcieli ponownie zaatakować. Nie byliby zadowoleni, gdybyś uciekła.
– Kto?
– Góra. A teraz siedź cicho. Nie wolno nam rozmawiać – warknął, słysząc jakieś odgłosy w pobliżu. Odszedł od krat klatki, zostawiając mnie w niej samą.

~***~

   Przebywałam w tym przeklętym miejscu już kilka dni. Ilekroć próbowałam odezwać się do mojego strażnika, ten subtelnie (lub też nie) mnie zbywał. Raz dziennie przynosił mi kawałek mięsa i odrobinę wody. Widać było, że chcą utrzymać mnie przy życiu. Byłam ciekawa, czy ktokolwiek ze sfory zainteresował się moim zniknięciem i czy ktoś mnie szuka. Mam nadzieję, że tak.
Trzeciego dnia mojej "odsiadki", wieczorem, Caesar podszedł do mojej klatki wyraźnie nerwowy. Uniosłam brwi, oczekując na jakiś jego ruch, bądź słowo. Całkiem nie przewidziałam jednak tego, co w rzeczywistości zrobił – kluczem, który miał zawieszony na szyi, otworzył drzwi od mojej klatki. Zamiast skorzystać z okazji i uciekać, skołowana zapytałam:
– Co...
– Nie dziękuj – przerwał mi ostro. – Idź.
Zachowanie wilka było na tyle nielogiczne, że instynkt podpowiadał mi, że to wszystko to po prostu pułapka. Ale właściwie, co gorszego niż siedzenie w wilczej niewoli mogłoby mnie jeszcze spotkać? Co mi szkodzi spróbować uciec? Wolno skinęłam basiorowi głową, po czym zaczęłam biec jak najszybciej mogłam. Wszystkie drzwi po kolei były pootwierane na szerokość. Chwilę później znajdowałam się już w nieznanym mi lesie...

~***~

   Po zaledwie kilkunastu minutach biegu, znalazłam się na bardziej otwartej przestrzeni. Biegłam tuż obok skalnej przepaści, co może nie było rozsądne, ale niezbyt w tej chwili się tym przejmowałam. Nagle wyczułam w pobliżu coś dziwnego.
Coś jest nie tak, uświadomiłam sobie nagle. Sekundę później coś zdecydowanie ciężkiego skoczyło na mnie. Impet, z jakim istota to zrobiła, zbił mnie z łap. Upadłam brzuchem na ziemię, jednocześnie czując, że nie mogę wciągnąć powietrza do płuc. Chwilę później ciężar ustąpił, lecz nim zdążyłam zareagować, poczułam, jak coś mocno pcha mnie do przodu. Byłam osłabiona po wcześniejszej walce, dlatego nie dałam rady zaprzeć się wystarczająco mocno. Wszystkie myśli wyparowały mi z głowy, a ja runęłam w przepaść.

~***~

Kolejna pobudka była jeszcze mniej przyjemna od każdej poprzedniej. Palił mnie dosłownie każdy nerw w ciele. Czułam się tak pogruchotana, że nie mogłam się poruszyć. Nim otworzyłam oczy, do moich nozdrzy dobiegła słaba woń innego psa.
– Co... mi się stało? – wychrypiałam ledwo słyszalnie.


(Kimes? To opowiadanie to jeden wielki szit pełen przeskoków w czasie, wiem xd)
Akceptacja!

Twój quest został zaakceptowany
+10 doświadczenia, +10 monet

Od Samanty - Quest #8

Piąty fragment (fugu) został zainspirowany książką "Młody Samuraj. Krąg Wiatru" Chrissa Bradforda 
Kubek gorącej herbaty, wygodne wyrko, genialna książka? Za oknem plucha, niektóre drzewa powoli szykują się do zabarwiania swoich liści? Tak... Idealnie. Nie potrzeba mi niczego więcej, chociaż... no tak, przecież mam pozwolenie od dowódcy wojsk na kilka dni wolnego, na zregenerowanie sił po mojej ostatniej misji. Ach... Z zadowoleniem przewróciłam stronę powieści, czułam, że rozwiązanie nurtującej mnie zagadki jest coraz bliżej, dopingowałam w myślach głównego bohatera, który już widocznie do tego doszedł, podczas gdy mi brakowało jeszcze tylko jednej chociaż najmniejszej wskazówki... Dawaj gościu, idź tym korytarzem! Wiem, że zaraz ktoś cie zaatakuje i podczas walki opowie tobie historię swojego życia, gdzie będzie wytłumaczenie ostatnich wydarzeń! Pochłaniałam łapczywie litery, kiedy nagle wszystko zostało przerwane - pukanie. Ktoś chyba miał jakąś sprawę do mnie... Niechętnie odłożyłam lekturę na bok, po czym otulając się szczelnie kocem ruszyłam w stronę drzwi. W sumie to niezbyt dbałam ostatnio o jakiś wizerunek postaci poważnej, więc trzy tysiące tęczowych esów-floresów nie powinno wystraszyć przybysza.
 - Tak? - zapytałam się otwierając drzwi i dbając o to, aby zimne powietrze nie dostało się pomiędzy mnie, a kocyk.
 - Samanta? - gościem okazał się pokaźnej postury pies, którego znałam z widzenia, jeśli się nie mylę, to należał do oddziału wojowników.
 Kiwnęłam twierdząco głową, a samiec wręczył mi jakąś kopertę, po czym bez słowa oddalił się. Co do jasnej...? Z zaciekawieniem spojrzałam się na papier, po czym zamknęłam drzwi i rzuciłam się w stronę legowiska, by na nim obejrzeć zawartość załączniku. Ostrożnie go otworzyłam i wyciągnęłam z niego lekko pomięty kawałek papieru. Rozkaz - widniało na nagłówku, a mój zapał ostygł, aby z każdym słowem zapalać się na nowo i rosnąć.

Spakuj wszystkie potrzebne rzeczy, które mogą się przydać podczas długiej wędrówki, przygotuj sobie nowy życiorys i odwołaj wszystkie spotkania. Nowe zadanie czeka - przyjdź do punktu Z o piętnastej po dokładniejsze instrukcje.

Podpisał się Avalon. 
Ech... Spojrzałam się na książkę, cóż zagadka musi poczekać... Dopiłam resztkę ostygłej herbaty, po czy zdjęłam z siebie koc, ponieważ uznałam, że będzie przeszkadzał mi podczas przygotowania się na dłuższą podróż. Rozejrzałam się po komnacie, niestety dowódca nie napisał zbyt wiele o warunkach w jakich będę przebywała czy jak dokładniej będzie wyglądało moje zadanie, więc przygotowanie się nie jest takie łatwe... Hmm... Niedoświadczona zielarka o imieniu Jaga? Tak, na razie tyle starczy, kiedy dowiem się co i jak, to to rozbuduję. Już miałam zamiar wyjąć pożyczoną i lekko podrasowaną torbę od jakiegoś człowieka, który nie domknął dokładnie drzwi, kiedy niespodziewanie natknęłam się na Ikara.
 - Idziesz gdzieś? - zapytał się głupio przekrzywiając głowę.
 - Tak, nie będzie mnie przez jakiś czas... - powiedziałam krótko przeszukując szafę w której panował piękny artystyczny nieład, którego przynajmniej połowa musiała leżeć w Narnii, ponieważ inaczej nie mógłby się cały zmieścić.
 - Wyruszyć z tobą? -dodał, a na jego pysku (dziobie?) pojawił się nawet dosyć sympatyczny uśmiech.
 - W sumie, to możesz... - odpowiedziałam po dokładniejszym zastanowieniu się, w końcu gryf miał umiejętności które mogłyby mi pomóc. - ... ale pamiętaj, że masz się mnie słuchać! 
 - Dobrze, dobrze... - Ikar lekceważąco machnął łapą, a ja westchnęłam głośno, mogę mieć przez niego kłopoty...
~*~
Ruszyłam do punktu Z, czyli do opuszczonego kościoła pomiędzy ruinami. Było to idealne miejsce na przekazanie szczegółów misji; nikomu nie chciałoby się tu przychodzić w taką pogodę, a nawet jeśli, to pewne jest, że nie odważyłby się wejść na wieżę z ciekawości, głównie z powodu odpychających zniszczonych zębem czasu wież, które jak się wydawało - bacznie śledziły na każdy twój ruch, ale oczywiście jak wiadomo wszelkie informacje zachowują dla siebie, więc nie są problemem. 
 - Już jestem... - przywitałam się z alfą, kiedy weszłam już po krzywych schodach.
 - Kto to? - powiedział widząc kroczącego u mojego boku Ikara w postaci kota.
 - Towarzysz, zaufany. - odpowiedziałam pewnie i w tym samym momencie usłyszałam zdziwione miauknięcie, które zignorowałam.
 - Rozumiem, dobrze teraz instrukcje: nasze źródła powiadomiły nas, że około w odległości pięciu dni marszu od zachodnich granic sfory, kilka niedobitków wilków z którymi toczyliśmy swego czasu wojnę dołączyło do cieszącej się złą sławą watahy, która znana jest z tego, że ma kilka konfliktów jednocześnie między różnymi nacjami - psami, innymi wilkami oraz ku naszemu zdziwieniu z jakimś kocim klanem. Najświeższe współrzędne ich pobytu to *coścoścoś*. Twoim zadaniem, będzie dowiedzenie się jak najdokładniejszych danych na temat tych wojen, ich planów, zaopatrzenia oraz atmosfery tam panującej. Nie masz wyznaczonego konkretnego sposobu, ale miło by było gdybyś nie zdradziła przypadkiem naszej sfory... Zrozumiałaś?
 - Tak... - powiedziałam po chwili, zapamiętując całą treść rozkazu.
 - To dobrze. Masz już przygotowane "karty"? 
 - Zastanawiam się czy niedoświadczona zielarka Jaga, pochodząca z koczowniczego stada jest dobrym pomysłem... 
 - Nie jest zły, no dobrze... Powodzenia! 
~*~
 - Wiesz co? Nie mam ochoty iść na piechotę...  - zagadnęłam swojego towarzysza podczas przechodzenia przez Miasteczko, w którym zdążyłam już odwiedzić Adama i podkraść mu odrobinę żarcia z lodówki.
 - Hmm? 
 - Widzisz, tacy ludzie sobie jeżdżą tramwajami, samochodami czy autobusami... To co nam zabrania wejść na gapę do jakiegoś busa?
 - Wywalą nas.
 - A jak wejdziemy do tego pojemnego bagażnika nad nadwoziem? - dokładne w tej samej chwili naszym oczom ukazał się jakiś dworzec, obok którego stała masa oblepionych reklamami potencjalnych środków transportu. - Widzisz? Ten jedzie do jakiegoś miasta na zachodzie, które leży zaledwie niecałe sto kilometrów od naszego punktu docelowego?
 - Tylko sto... - mruknął Ikar, ale nie sprzeciwił się mojemu pomysłowi, tylko popędził do wskazanego pojazdu, gdzie ludzie zaczęli już się zbierać.
~*~
Już po mnie...
... i po moim kochanym towarzyszu, który raczył wsadzić swój dziób w nieswoje sprawy. Szczególnie po nim, ponieważ nawet jeśli oni go nie zabiją, to przynajmniej wiadome jest, że zrobię to ja, rozrywając Ikara kawałek po kawałeczku. Aż mnie łapy świerzbią!
 - Wypadałoby chociaż przeprosić, nieprawdaż? - syknęłam, takim tonem, że normalnie nie pomyślałabym, że potrafię tak jadowicie się do kogoś odezwać.
Namiastka gryfa spuściła wzrok, ale nie odważyła się choćby wybąkać tego jednego słowa. Po co ja go ze sobą brałam?! Przez niego misja jest zagrożona!
Sam... Uspokój się, szpieg nie może zbyt łatwo oddawać się emocją...
Spokój...
Ech, przecież to jedynie twój towarzysz postanowił wyjść z krzaków w nieodpowiednim momencie, czyli tuż pod łapami wilczego garnizonu, który po złapaniu go, postanowił przeszukać listowie i jakoś tak przypadkowo wyszło, że byłam tam ja. Cóż, teraz już jest pewne, że będę musiała trochę pogłówkować i użyć przemocy... Jeny, jak ja nie lubię tego drugiego, ale... W następnej chwili gwałtownym ruchem rzuciłam się w bok, nacierając na najbliższego przeciwnika, którym był dosyć młody szary basior z kilkoma brązowymi łatami na piersi, widocznie niezbyt się spodziewał, że jeniec który z pozoru wyglądał na strachliwą suczkę, rzuci mu się do gardła. Uderzyłam w niego i wyćwiczonym na treningach ruchem moje szczeki rozwarły się, aby już w następnej chwili móc zacisnąć się... na kryzie sierści. We złością zdałam sobie sprawę, że zapomniałam o wcześniejszym ocenieniu czy zabicie celu w ten sposób jest możliwe... Na nieszczęście, nie miałam drugiej szansy, ponieważ już w następnej chwili leżałam rozciągnięta na ziemi, trzymana przez kilkanaście wilków. Opór nie miał sensu. Zawiedziona dałam sobie związać łapy i niczym jakieś stworzenie łowne zostałam zaniesiona do ich obozu, czyli polany na której stały dziesiątki szałasów z patyków i słomy, kątem oka zauważyłam, że niektórzy członkowie tej watahy zamiast spać pod osłoną chroniącej od wiatru konstrukcji, leżą po prostu na ziemi. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że wilków jest znacznie więcej niż lokum. Nawet byłoby mi ich szkoda, gdyby nie to, że kilka z nich właśnie gdzieś mnie wlecze.
 - Kim oni są? - z ciągu myśli wyrwało mnie donośne warknięcie dochodzące sprzed czoła kolumny.
 - Jeńcy, jakaś suka i kot, jak podejrzewamy pochodzący z sąsiedniego klanu.
 - Dajcie mi spojrzeć... - powiedziała postać, a wilki z drżeniem rozstąpiły się błyskawicznie, tak aby ten ktoś mógł bezproblemowo do nas podejść. - Mam zaszczyt poznać...? - jak się okazało był to czarny, miejscami już siwy basior niosący na sobie ślady licznych walk i potyczek, z jego bursztynowych ślepi bez żadnego przesadzania - zionęło złem i okrucieństwem. Jeśli dobrze zauważyłam to posiadał skruszony kieł, a przynajmniej połowa jego ogona musiała zostać poświęcona podczas jakiejś zażartej batalii.
 - Jaga... z-ziela-rka,  z da-dalek-a - postanowiłam wykorzystać wcześniej przygotowaną scenkę.
 - Jak sądzicie, czy to prawda? - wilk zwrócił się do współbraci, a ci schylili pokornie głowy i podobnie jak wcześniej Ikar nie odezwali się, chociaż...
 - Według mnie tak... - samiec którego wcześniej omal nie zabiłam wystąpił naprzód. - ...gdy ją tutaj wlekliśmy, to mnie zaatakowała, ale jak widać żyję, więc nie może być jakąś morderczynią... tato... to znaczy alfo! - podczas jego ostatnich słów jego głos się dziwnie załamał, a dowódca warknął przeciągle, po czym odwrócił się do mojego gryfa.
 - A ty kociaku?
 - J-ja? Jestem włóczęgą, który przeszedł kiedyś Jadze przez drogę... - w głębi duszy prychnęłam śmiechem i mój żal do Ikara nagle zniknął, no tak! Czarny kot i czarownica-zielarka Baba Jaga! Jeśli przeżyję, to oto będzie mój kryptonim podczas misji!
 - Mhm... Do celi z nimi, pamiętajcie, swoi do swoich! A ty Borgan rozkazuję pilnować więźniów do odwołania!  - krzyknął, po czym całkiem zgrabnym ruchem zawrócił i bez oglądania zniknął w pobliskiej gęstwinie. Przez dłuższą chwilę nikt się nie ruszał, ale w końcu garnizon zaczął mnie prowadzić do miejsca gdzie miało się znajdować więzienie. Szczerze mówiąc nie miałam siły się im postawić, byłam zmęczona fizycznie i psychicznie...
 - To tutaj. - wilki wprowadziły nas do jakiejś niewidocznej z dala pieczary, gdzie wydrążono kilka karcerów. Całość była oświetlona zaledwie jedną pochodnią, a wydrążone cele były ku mojemu zdziwieniu zabezpieczone przez ucieczką metalowymi kratami. Wbrew pozorom jednak nie to spowodowało mój strach jaki chwilę później poczułam, tylko widok zebranych w oddzielnych sektorach więźniów - tu dwa brunatne psy, które od śmierci głodowej dzieli chyba jedynie dzień, tam za tymi gęściej rozłożonym okratowaniem... kilka kotów. Dreszcz mi przebiegł po plecach, a wilki korzystając z tego wrzuciły mnie do jednej z cel, a Ikar wylądował wśród mruczków, które przywitały go smutnym spojrzeniem.
 - Pilnuj ich dobrze, wiesz, że jeszcze jedno potknięcie, a twój ojciec rozkaże cię obedrzeć ze skóry... - mruknął jeden z wilków, po czym wszyscy zawrócili i wyszli. To znaczy wszyscy oprócz jeńców i Borgana, który położył się i schował pysk między łapy. Jakoś dziwnie mi się zrobiło na ten widok...
~*~
 - Witamy szanowne państwo. - dwa dni później po moim schwytaniu, do pieczary weszła raźnym krokiem grupa wilków innych niż nasz strażnik. Jednego z nich rozpoznałam od razu - alfę, który ozdobił swój pysk wrednym uśmiechem, tożsamość pozostałych postaci była mi zupełnie nie znana, ale miała taki sam wyraz, który nie zwiastował niczego dobrego. - Może jeszcze nie wiecie, ale w ostatnim czasie odwiedził nas stary dobry znajomy z odległych krain, wierzcie lub nie, ale przyniósł nam w prezencie niezwykły podarunek, a dokładniej zdradzę, że jest to rzadko spotykany przysmak, a teraz zapraszam czterech szczęśliwców, który będą mogli go spróbować! 
W pomieszczeniu zapadła nieprzyjemna dla uszu cisza, po czym grupa zaczęła spoglądać do klatek.
 - Oj, jesteś głodny? - jakaś wadera z udawaną troską zwróciła się do jednego z chorobliwie wychudzonych brunatnych psów, nawet nie zdążył odpowiedzieć, ponieważ już w następnej chwili wyciągnięto go z celi i rozkazano mu siedzieć w samym środku pieczary. Chwilę później dołączyły do niego jakieś dwa kocury i o zgrozo, Ikar!
Miałam ochotę rzucić się na kraty, ale Borgan niezauważalnie dał mi znak, abym się nie ruszała, w jego oczach dominował smutek oraz... strach.
 - Nasz uzdolniony kucharz, postanowił go wpierw przygotować, ale przypadkiem wyszło, że tylko trzy części są jadalne... Poznajcie smakołyk zwany fugu! - zauważyłam jak mój gryf, na ostatnie słowo rozwarł oczy z przerażenia, zza pleców alfy wyszły cztery młode samice i zgrabnym ruchem rozłożyły przed każdym z więźniów półmisek z posiłkiem. Na jednym z nich musiała czekać śmierć... Lecz o dziwo wszystkie kawałki wyglądały zupełnie identycznie. Nikt nie chciał pierwszy dokonać wyboru.
 - Musisz spróbować... - wcześniej wspomniana wadera nachyliła się do Ikara, po czym złapała go za kark. - ...albo zginiesz.
Mój towarzysz nie miał wyboru, obejrzał dokładnie kawałki, po czym wybrał kawałek leżący najdalej. Wziął głęboki oddech, po czym z drżącymi łapami położył go sobie na języku. Potem zamknął oczy i niepewnie zaczął żuć. Dokładnie w tym samym czasie Borgan podszedł do mnie i szeptem mi wytłumaczył.
 - Fugu, to silnie trująca ryba, zwana u was rozdymką... Można ją jeść, ale jedynie jeśli ta jest dobrze przyrządzona...
 - Połknij wszystko... - nacisnął alfa, spoglądając na Ikara, który był bliski do wybuchnięcia płaczem. Gdy wilk upewnił się, że ryba zniknęła co do kęsa, zbliżył się do następnej ofiary - brunatnego psa. Który próbował się odczołgać, rozpaczliwie chcąc uniknąć posiłku, dowódca chwycił go jednak i przywlókł go z powrotem. Siłą odgiął mu głowę i przytrzymał szczęki otwarte. Wadera ostrożnie podniosła część fugu, po czym wrzuciła psu do gardła, a alfa zacisnął mu pysk. Pies dławiąc się, połknął w końcu rybę w całości i jednocześnie został puszczony. Pogodzony z losem jeden z kocurów sięgnął po kawałek leżący najbliżej i świadomy, że to może być jego ostatni posiłek, rozkoszował się każdym kęsem.
Trzy kawałki już zniknęły...
  - Nie ma sensu czekać... - zaśmiał się jeden z basiorów i zaczął brutalnie poganiać ostatnią ofiarę. Drugi kot połknął swoją ostatnią porcję, po czym rozejrzał się po pomieszczeniu jakby to była ostatnia rzecz jaką zobaczy. Czterej więźniowie zaczęli przypatrywać się sobie nawzajem. Gdy chora gra się przeciągała, wilki zaczęły zakładać się o wynik.
 - Daję dziesięć motet, że umrze pies. - oświadczyła wadera stawiając przed sobą walutę.
 - Piętnaście za czarnego kota. - rzucił jeden z basiorów.
Padały kolejne propozycje, gdy wilki zgromadziły się wokół na upiorne przedstawienie. Czterej więźniowie drżeli ze strachu. Trucizna w ich żołądkach wolno przenikała do krwi, a wszystko dla rozrywki alfy i jego gromady.
 - W-wargi mi cierpną... - powiedział Ikar, zwracając się do mnie z przerażeniem. Na tą nowinę licytacje sięgnęły zenitu.
 - To normalne... - szepnął Borgan. - Dlatego niektórzy jedzą fugu...
 - Koniec zakładów. - oznajmił w końcu alfa, a wilki zaczęły z niecierpliwością czekać na wynik.
Kocur który zjadł ze spokojem swoją porcję, podłubał w zębach, odsłaniając krwawiące dziąsła, budząc podniecenie wśród gromady, ale ja byłam pewna, że był to jedynie skutek niedożywienia niż trucizny.
Napięcie rosło.
 - Patrzcie, mój wygrywa! - krzyknął ktoś z watahy wskazując na psa na nosie którego pojawiła się czerwona plama. Uświadamiając sobie, że wzrok wszystkich jest skierowany na niego, wybraniec dotknął łapą szyi.
 - Wody! - jęknął. - Gardło mi płonie...
Spróbował wstać, ale nogi ugięły się pod nim i osunął się na podłogę Jego ciałem zaczęły wstrząsać konwulsje; stracił nad nim kontrolę.
 - Pr... ooooszę... po... móż... cie... mi. - jego słowa zamieniły się w bełkot. Gdy konał na ich oczach rozległ się okrzyk triumfu.
 - Mój wygrał! - krzyknął jeden z wilków, po czym zaczął świętować, podczas gdy gromada zaczęła się rozchodzić, przeklinając głośno swego pecha. Targały mną mieszane uczucia - z jednej strony Ikar przeżył, lecz z drugiej - nikt nie powinien tak cierpieć jak tamten nieznany mi z imienia pies. Po skończonym przedstawieniu więźniowie zaczęli być wpychani do klatki, gryf już był w środku, a kocury zaczęły biegać po pieczarze, umykając przed kłami zdenerwowanej watahy. Nagle jednak wszystko ucichło.
 - Ojojoj... - mruknął alfa z udawaną troską. - Zdaje się, że kucharz nie przyrządził jak należy ani jednego kawałka.
Wybuchnął głośnym śmiechem, widząc jak pyski kotów przybierają wyraz przerażenia. Po czym razem z resztą gromady wyszedł z pieczary. Straszna prawda powoli zaczęła do mnie docierać.
 - Nie... NIE... NIE!!! - krzyknęłam, widząc jak koty już tracą kontrolę nad sobą.
 - Przynieś węgiel! - usłyszałam krzyk jakiejś kotki z klatki w której znajdował się gryf, a Borgan mimo tego, że był wilkiem wybiegł, po czym wrócił z czarną tabliczką. - Pogryź to. - poleciła kicia, a ja wystraszona stanem swojego przyjaciela zaczęłam rzucać się na kraty.
 - T-to jest okr-okropne... - wyjąkałam, a basior przybliżył się do krat. Mimo tego, że podczas pierwszego dnia zachowywał się nieufnie, to teraz stał się dla więźniów miły, ale tak naturalnie. Wiedziałam, że chciał nas wypuścić, ale jednak on sam był pilnowany, przez inne wilki...
 - Czyli widzisz w jakim świecie ja żyję, widziałaś tamtą waderę? To była moja matka, jakiego ja musiałem mieć pecha, aby urodziła mnie taka istota! Jeszcze te przygotowania do następnej wojny...
 - Z kim? - ze strachem usłyszałam jak w sąsiedniej celi Ikarem wstrząsają torsje.
  - Royal Dogs... Kojarzysz? - zapytał się, a ja właśnie w tej chwili postanowiłam wyjawić kim jestem. Wiecie co? Nie wyglądał na zdziwionego...
 - Takie rzeczy tutaj nie są czymś niezwykłym... - uśmiechnął się krzywo, po czym z zewnątrz rozległo się bicie dzwonu, które oznaczało obiad. Miałam kilka nadziei: że Ikar przeżyje, misja się powiedzie, że Borgan mnie nie wyda i może przyniesie coś do jedzenia.
~*~
Już mija czwarty dzień niewoli. Ikar jak mówi tamta kotka żyje, ale zjedzenie fugu sparaliżowało go na najbliższe dni czy nawet tygodnie... 
Zrezygnowana skuliłam się w kącie celi i nawet przestałam ponawiać próby ucieczki. Te kraty były dla mnie niezniszczalne... Jeśli się nie myliłam, właśnie zbliżał się wieczór, a Borgan aktualnie jadł kolacje razem z innymi... Chociaż... Ej, co to za dziwne krzyki z zewnątrz? Podniosłam głowę i nadstawiłam uszu... Coś się działo... Jakaś... walka? Chwilę potem do pieczary wparował zakrwawiony znany mi strażnik. 
 - Co się dzieje? Co ci się stało? - krzyknęłam stając na równe łapy.
 - Zaatakowano nas... w-wilki z obcej watahy, uciekajcie! - mówiąc to zaczął otwierać wszystkie cele. Pies i większość kotów od razu się ruszyła i zniknęła w otworze wyjściowym. Został tutaj jedynie Ikar, kotka, Borgan i ja.
 - Co z wami? - zapytałam się nie wierząc w to co się dzieje.
 - Ja idę z nim. - powiedziała pewnie kicia wskazując na gryfa.
 - A ja z tobą... Czy sądzisz, że mógłbym zamieszkać w jakimś lesie niedaleko sfory? Nie wytrzymam już więcej ze swoją watahą.
 - Dobrze, chodźmy! - krzyknęłam łapiąc sparaliżowanego towarzysza za kark, a kotka wskoczyła na grzbiet wilka.
~*~
Ludzie musieli być zaskoczeni kiedy zobaczyli jak pomiędzy ich bagażami siedzi pies, wilk i para kotów. 
Udało mi się wykonać misję - Borgan, na szczęście z zadowoleniem odpowiedział na wszystkie zadane przeze mnie pytania, a i tak już na końcówkę powiem, że w sumie to przygoda dobrze się skończyła - Ikar wyzdrowiał u sforowych medyków, oświadczył się później kotce, która po prostu nazywała się Kotka, ta przyjęła je, ale nie zgodziła się zostać moją towarzyszką, tylko... wilka, który teraz biega z nią po okolicznych lasach. Przyznajcie, że w sumie takie przygody zwykle nie zdarzają się codziennie... Chociaż, co ja mówię! W końcu należę do Royals Dogs!

Mam nadzieję, że miło się czytało, to chyba było moje pierwsze opowiadanie, które było wcześniej przemyślane c:
Akceptacja!

Twój quest został zaakceptowany
+10 doświadczenia, +10 monet


Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+5 monet