15.01.2018

Od Hekate cd. Mount Everest - Q#13

 Everest chwilami dziwnie się zachowywała. Tak... nienaturalnie. Miałam wrażenie, że za wszelką cenę chciała mi się przypodobać, jakbym była dla niej nie wiadomo jaką osobą, przy której trzeba się tak zachowywać. Raz chciała wyglądać na pewną siebie, raz chciała udawać fajną, raz po prostu się popisywała... Jej zachowanie było trochę dziwne, ale postanowiłam jej nie oceniać. W końcu dopiero co się poznałyśmy, a ja nie jestem osobą, która patrzy na wszystkich spode łba i ocenia innych, dobrze ich nie znając. Pomimo jej zachowania dało się z nią w sumie normalnie pogadać, czasem nawet się pośmiać, a to już coś.
 Gdy doszłyśmy do miasta, rozdzieliłyśmy się - Mount Everest wybrała się do pobliskiego miejskiego parku, a ja bardziej w głąb miasta. Ustaliłyśmy, że spotkamy się w parku za godzinę i powrócimy razem do sfory. W końcu razem zawsze raźniej. Lepiej wracać z kimś niż samotnie.
 Do miasta przede wszystkim wybrałam się, aby znaleźć jakieś nuty. No... ewentualnie ukraść z jakiegoś sklepu czy coś. Nauczyłam się już grać na pianinie wszystkie utwory, które wcześniej udało mi się zdobyć. Nuty potrzebne mi były do... inspiracji, której ostatnio było mi brak.
 Truchtem omijałam przechodniów, których starałam się ignorować, przede wszystkim ich wzrok na sobie. Pewnie zastanawiali się, skąd rasowy pies znalazł się na ulicy. Miałam nadzieję, że żaden z nich nie zawiadomi schronisko. Nawet nie chciałam myśleć o tym, co by było, gdybym znowu tam trafiła. Błądziłam między budynkami i szukałam wzrokiem jakiegoś muzycznego sklepu. Po chwili doszłam do wniosku, że dla człowieka pewnie byłby to zabawny widok - pies, który ukradł książkę ze strunami.
 Szukałam dość długo i nie znalazłam żadnego muzycznego sklepu. Byłam wkurzona. Przeszłam już chyba całe miasto i nic. Wydawało mi się to dość dziwne. Czyżby nie było tu muzycznego sklepu? Najwidoczniej to było za małe miasto, aby znajdował się w nim taki sklep. Miasto było skromne i niewielkie. Następnym razem muszę pamiętać, aby nie przychodzić do tego miasta. Będę musiała chodzić do jakiś innych, które są bardziej oddalone od terenów sfory.
 Postanowiłam poszukać jakichś kartek z nutami w śmietnikach, które znajdowały za blokami. Szanse były nikłe, ale kto wie? Może dzisiaj mi się poszczęści? Gdy dotarłam na miejsce, moim oczom ukazała się banda jakichś psów znęcających się nad jakimś rudym kotem. Stałam kilka metrów od nich. Mówi się, że rude jest wredne, ale ja tam tak nie myślę. Czy to powód, aby od razu znęcać się nad zwierzętami, który mają taki odcień sierści? Niedorzeczne i podłe zarazem. Próbował uciec, ale na darmo. Zrobiło mi się go szkoda. Może i nie przepadam z kotami, ale ani jednego nie krzywdzę. Przynajmniej nie z byle powodu.
 Dostrzegł mnie między psami i krzyknął w moją stronę.
- Błagam! - starał się przekrzyczeć warczenie, jak i złowrogie śmiechy psów. - Pomóż mi! Mam partnerkę i dzieci! Proszę!
 Patrzyłam chwilę na niego. W jego oczach dostrzegłam rozpacz, strach. Nie mogłam patrzeć, jak cierpi, jak te psy się nad nim znęcają. Nie musiał mnie więcej przekonywać.
- Ej wy! - warknęłam na tyle głośno, aby grupa psów mnie usłyszała. Momentalnie ucichli i spojrzeli w moją stronę. Wcześniej nawet nie zwrócili na mnie uwagi, tak bardzo byli zajęci kotem. Moim oczom ukazały się pyski psów, których w ogóle nie znałam, nawet nie kojarzyłam. Najwidoczniej nie byli ze sfory, za to są zwykłe uliczne psy. Będzie trudniej ich okiełznać, ale już trudno. Patrzyłam na nich złowrogo, tym samym wyglądając pewnie siebie. - Zostawcie go!
 Bezczelnie się zaśmiali, a ja nawet nie drgnęłam. Nadal patrzyłam na nich spode łba.
- Lepiej uciekaj kochanie, zanim pojawisz się na jego miejscu. Nie marnuj takiego ciałka. - mruknął największy z nich. Miałam wrażenie, że to szef tej bandy kretynów.
 Jak gdyby nigdy nic odwrócili się znów w stronę kota. Zignorowali mnie, a to wystarczyło, abym się wkurzyła. Nie wiedzą, z kim zadzierają.
 Rzuciłam się w ich stronę biegiem. Skoczyłam na najmniejszego z nich. Na oko było o jakieś dziesięć centymetrów mniejszy ode mnie. Powaliłam go, a zanim zdążył zareagować, złapałam go za kark i rzuciłam nim niczym piłką w stronę psa, który miał zamiar mnie zaatakować. Upadli i nie wstali. Dobrze, tych mam z głowy. Zobaczyłam, jak jakiś samiec rzuca się z zębami w moją stronę. Zacisnęłam zęby na jego klatce piersiowej, a następnie przycisnęłam go z całej siły do ściany. Uderzył łbem o ścianę i upad z łoskotem. Opadł z sił. Zauważyłam, że ktoś chciał na mnie skoczyć z tyłu. W ostatnim momencie się schyliłam, a pies wleciał w ścianę. Spojrzałam w stronę pozostałych psów. Uciekli, ale szef został. Co za cieniasy. Myślałam, że się trochę zabawię, a tu proszę jaka niespodzianka.
- Wracajcie gamonie! - wrzasnął do uciekających, a ja w tym czasie powaliłam go na ziemię i zacisnęłam zęby na jego gardle. Tuż po wbiciu się zębami w jego szyję, poczułam krew na swoich wargach. Pies próbował się wyrwać, ale byłam od niego silniejsza.
- Lepiej uciekaj kochanie - naśladowałam jego słowa z zaciśniętymi zębami na jego krtani. - Zanim pojawisz się na ich miejscu. Nie marnuj takiego ciałka. - pies spojrzał na mnie przerażony. Puściłam go, schodząc z niego.
 Przez chwilę miałam wrażenie, że się na mnie rzuci, ale ten wstał, chwiejąc się na nogach i uciekł w ślad za jego gangiem.
- Pfff. - prychnęłam. - Żenujące.
 Splunęłam i odwróciłam się w stronę wstających psów. Ukazałam im kły i uniosłam ogon do góry. Samce podkuliły ogon i uciekły tuż za swoim szefem.
 Przeniosłam wzrok na kota, któremu prawdopodobnie uratowałam życie. Patrzył na mnie z zachwytem.
- Wow, pokazałaś im, kto tu rządzi. - zeskoczył ze śmietnika i podszedł do mnie, lekko utykając na lewą przednią łapę. - Dziękuję ci za pomoc. Gdyby nie ty to pewnie by mnie rozszarpali. - na tę myśl, kot się wzdrygnął.
- Nie ma za co. Po prostu pokazałam tym gówniarzom, że nie można znęcać się nad innymi. Kretyni i tyle. - wzruszyłam łopatkami. - Nie rozumiem, co psy mają do kotów.
- Czyli nie jestem jedyny. - uśmiechnął się, a ja odwzajemniłam gest.
- Chodź, odprowadzę cię do twojej partnerki i dzieci, zanim jakiś pies znowu cię zaczepi. - zaproponowałam.
- Dobra. - kot nawet nie zaprotestował. - Mieszkamy w miejskim parku, to niedaleko.
 Zaczęliśmy iść, ale zauważyłam, że przy każdym kroku kot odczuwał ból.
- Słuchaj, nie chcesz iść do jakiegoś lekarza? Może weterynarza? Musieli cię nieźle pokiereszować, skoro nie możesz chodzić.
- Co? Weterynarza? - zatrzymał się, a ja uczyniłam to samo, patrząc na niego. - W życiu! - syknął. - Nienawidzę ludzi, w życiu nie zwrócę się do nich o pomoc. Jak dojdziemy do mojego domu, to Lusia, moja partnerka się mną zajmie. Ona zna się na takich rzeczach.
- Rozumiem. - nie zdziwiłam się reakcją kota. Dobrze wiedziałam, czemu nie lubi ludzi. Sama ich nie lubię. - Może cię zaniosę? W takim tempie w życiu nie dojdziemy.
 Kot przyglądał mi się chwilę, jakby się czegoś obawiał.
- No dobra...
 Podeszłam do niego i schyliłam łeb. Delikatnie złapałam go pyskiem i położyłam na swoim grzbiecie.
- No to w drogę.

***

- To tutaj. - po kilku minutach doszliśmy do parku. - Widzisz to największe drzewo z dziuplą na środku parku? - skierowałam głowę na opisane przez niego drzewo i kiwnęłam głową. - To tam.
 Ruszyłam truchtem i nie minęła nawet minuta, a już znajdowaliśmy się pod drzewem. Z dziupli wystawiła głowę szaro biała kotka, najprawdopodobniej Lusia oraz trzy małe kociątka. Na początku ucieszyli się na widok kocura, ale w końcu dostrzegli, w jakim jest stanie, a z ich twarzy znikła radość. Zamiast jej pojawiło się zmartwienie, a nawet strach.
- Nic mi nie jest! - machnął w ich stronę kocur zdrową łapą i uśmiechnął się lekko.
- Słuchaj... Dasz radę tam wejść? - drzewo było wysokie, bałam się, że kot z licznymi ranami na ciele i niesprawną przednią łapą nie ma szans na dotarcie do dziupli.
- No jasne! - kot skoczył z mojego grzbietu na pień drzewa i wspiął się do dziupli. Z lekkim oporem, ale jednak dał radę. - Jeszcze raz dziękuję za pomoc! - zwrócił się do mnie.
- Drobnostka, polecam się na przyszłość. - kot, słysząc te słowa, uśmiechnął się i cała rodzina zniknęła w dziurze.
 Wzrokiem powędrowałam na miejski park, szukając Everest. Po chwili dojrzałam ją i skierowałam się w jej stronę.
- To co? Wracamy? - zapytałam.
- Czemu masz grzbiet we krwi? Coś się stało?
- Co? - spojrzałam na swój grzbiet. Kot zostawił po sobie ślad w postaci jego własnej krwi. No pięknie. Będę musiała się umyć. - A to? Długa historia. - mruknęłam lekceważąco.

Everest? >
(opowiadanie zawiera ponad 1000 słów, a dokładnie to 1416)
Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+5 monet



Akceptacja!

Twój quest został zaakceptowany
+10 doświadczenia, +10 monet

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz