12.01.2018

Od Invaerne do Aurory

Znowu plucha. Znowu dzień zimy, tej bardzo, bardzo zimnej i srogiej zimy, a ja znowu siedzę na ziemi (bo mama mnie przestrzegała przed stołkami) i myślę. Czemu życie jest  takie okrutne? Niektórzy mają wszystko i dobrze żyją, a przynajmniej nie spotykają ich aż tak wielkie nieszczęścia, a ja muszę być pechowcem, pechowcem których jest tak dużo, a jednak tak mało. Niby są jakieś pozytywy, bo jednak żyję, lecz jakie to życie które nie ma sensu? Tata... No właśnie, zmarł ostatnio. Nie jestem pewna czy zdążył się ożenić, bo umarł na ślubie. Nie wspominałam też o tym, że płaczę, a niedługo będzie pogrzeb czy jakoś tak... Mama jest załamana, lecz stara się być silna. Dla nas.  Moje futerko było już całe mokre. Siostry też były smutne, lecz wydaje mi się, że ja przeżywam to najgorzej.  Nie widuję się z nimi często, tak jak powinnam. Teraz, jedynymi osobami które pojawią mi się czasem przed oczami są mama i siostra Aurora. Niestety, lecz ja w ogóle wszystkich rzadko widuję. Przecież ja to ja. Szczenię które, nie umie znaleźć sobie chociaż jednego przyjaciela. A co jak stracę też mamę? Co wtedy będzie? Nie poradziłabym sobie w życiu, przecież każdy wie, jakie ono jest. Nie sprawiedliwe i okrutne.Wystarczy powiedzieć jedno zdanie i już ma się wroga, albo kogoś, kto w przyszłości stanie się naszym przyjacielem. Lecz ja umiem sobie tylko wrogów robić. Nie potrafię się normalnie wysłowić. Mimo, że w myślach często układam sobie scenariusze  takie jak "Cześć! Jestem Invaerne, a ty?", a zamiast tego wychodzi jakieś burknięcie przypominające jakieś obelgi czy focha. Może ja jakiegoś tłumacza bym potrzebowała? Ale po co, przecież nikt by się nie zgodził, bo by nie został zapytany. Westchnęłam cicho i położyłam się na ziemi. Łzy przestały lecieć, bo jakby nigdy nic się skończyły. Pociągnęłam nosem. Może się przejdę? O czym ty myślisz. Pewnie znowu nic z tego nie wyjdzie... Ale, przewietrzyć się można....? Chyba tak. Wstałam z zimnej, teraz już też mokrej, podłogi i ruszyłam powoli do wyjścia. Uważałam na sztalugi i obrazy mamy. Ostatnio malowała tylko to, co zasmucało. Chodzi mi o to, że na obrazie panował smutek. Pewnie znacie powody, dlaczego tak robi. Otworzyłam drzwi i wyszłam na korytarz. Dopiero teraz poczułam, że w pokoju mamy, było jednak ciepło, może nie gorąco ale jednak. Rozejrzałam się po korytarzu. Suczka Chocolate dyskutowała z panią Tucker. O ile się nie myle, obie suki są sprzątaczkami. Zaraz obok, skradała się moja siostra Lumikki, zapewne podpadła pani Tucker i Chocolate ją broniła. Upiekło jej się. Choć w sumie dobrze, że znalazła sobie jakieś zajęcie. Jak się ma co robić, to nie ma czasu na myślenie. Ruszyłam dalej. Z czasem, zaczęło mi się robić coraz zimniej. Ktoś zostawił otwarte drzwi wejściowe, i pewnie chłodu nie brakuje. Wyszłam z tego ciepłego schronu jakim był zamek, na zewnątrz. Śnieg sięgał mi do brzucha i trochę dalej. Nie było mnie widać w tym śniegu. Szłam tak i szłam, aż nagle...
BUM! 
Wyryłam pyszczkiem w śnieg. Okazało się, że totalnie nie zauważyłam robiącej na śniegu aniołka mojej siostry - Aurory. Zaśmiała się i podała mi łapę.
- Wszystko dobrze? - spytała.
- Jasne. - szepnęłam. Suczka się otrzepała, a ja zrobiłam to samo. 
- Czemu wyszłaś na dwór? Znaczy, tak po prostu, czy miałaś jakiś powód? - spytała, tym samym zaczynając rozmowę. Rozmowę, coś bardzo trudnego.
- Em, no... Raczej... Tak po prostu wyszłam. - wysłowiłam się. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz