12.01.2018

Od Invaerne do Vainquer

*Jak Dori nie dedł*
Dzień jak dzień. Zapowiadał się nie fajnie, bo jak tylko wstałam, to potknęłam się o skórkę od banana, którą porzuciła Lumikki i poślizgnęłam się na szafę od której odbiłam się do salonu, gdzie mama jadła ciasto i wdychała tą swoją herbatę i tak dziwnie wyszło, że wpadałam łebkiem do ciasta. Rodzeństwo zaczęło się ze mnie śmiać, mama poleciała po ręcznik, a taty nie było w komnacie więc... Smutno mi się zrobiło, jak tak się śmiali pod nosem. Ale wiedziałam, że oni po prostu tacy są i zaśmiałam się, aby pokazać, że nie jest mi przykro. Ale przykro mi było. Pociągnęłam nosem. Mama po chwili przyszła z ręcznikiem i zaczęła wycierać mi pyszczek.
- Jak to się stało? - spytała. Nie będę wydawać Lumikki, pewnie dostało by się jej. A rodzeństwo powinno trzymać się razem.
- Poślizgnęłam się o... - przerwałam, kątem oka zerkając na rodzeństwo. - Poślizgnęłam się o dywan i wpadłam na szafkę od której rzuciło mną w ciasto... - mruknęłam. Jak mama wytarła nadmiar ciasta, to czmychnęłam do łazienki aby zmyć resztki. Teraz zostało tylko pójść do szkoły, przetrwać lekcje i zaszyć się w jakimś kąciku zamku, bo w komnacie spokoju nie zaznam. Razem z rodzeństwem ruszyliśmy do klasy. Każdy usiadł na swoje miejsce, a po chwili zaczęła się lekcja. Była to retoryka, dzisiaj mieliśmy robić dialogi z nauczycielem. Jako, że miałam dziesiąty numerek w dzienniku to trochę czasu mam. Chwyciłam w łapę ołówek i zaczęłam szkicować na kartce. Mama czasem spędzała z nami trochę czasu, ucząc podstawowych kształtów i podstaw rysunku, ale nam to nie wychodziło, chociaż zawsze pocieszała nas, że jej też nie wychodziło, do czasu. Po prostu ciągle ćwiczyła i ćwiczyła i tak jakoś wyszło, że zaczęło to wyglądać. No ale ja talentu raczej nie odziedziczyłam i nie wyszło to za fajnie. Ale przynajmniej zabiłam trochę czasu. Heh. Nauczyciel mnie wywołał, a ja bez problemu zdałam na czwórkę, czemu na czwórkę, a nie piątkę? Bo mieszałam słowa. Ale czwórka też dobra ocena. Potem lekcje minęły dość szybko. Tak jak zawsze w sumie. Potem wystarczyło tylko odnieść plecak i się gdzieś schować. Podeszłam do Aurory.
- Uro, pomożesz mi w czymś? - wyszeptałam.
- Jasne, a o chodzi?
- No wiesz, chcę się... Odseparować od innych psów, ale mam plecak, a nie widzi mi się wślizgiwanie się w szyb wentylacyjny z plecakiem.
- No tak... Dobra, zaniosę, ale będziesz winna mi przysługę, bo trochę książek to my w tych plecakach mamy. - przytaknęła, a ja się szybko zmyłam, rzucając "Dziękuję!". Pobiegłam przed siebie, znam kilka miejsc w zamku, gdzie można się na spokojnie schować, zaginiony pokój do którego wchodzi się przez klapę, pomieszczenia, a raczej dół w ziemi do którego wchodzi się przez odłamaną deskę, ślepa uliczka w wentylacji... Dużo jest takich miejsc. Tak myślałam gdzie dzisiaj się zaszyć i... BUM! Walnęłam o coś, znaczy kogoś. Podniosłam łebek do góry.
<Vaaain?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz