17.01.2018

Od Oliwii

Wydarzenia sprzed dołączenia do Royal Dogs
Od razu po opuszczeniu mego domu, w którym przyszłam na świat, wraz z dwójką mojego rodzeństwa, mój ojciec, postawny osobnik o jasnych, niebieskich oczach i również rudej czuprynie co reszta rodziny, oprócz mojej matki, wydał nam (mi i mojemu bratu, Kacprowi) polecenie.
- Macie iść na północ i nie zatrzymywać się dopóki nie dotrzecie do rzeki. My w tym czasie wraz z Marią i Brunem - moja starsza siostra i jej małżonek - będziemy iść w stronę wzgórz.- Od razu zadałam mu pytanie, po co mamy to robić. Jedyne co otrzymałam w odpowiedzi to "Idź, na miejscu się dowiesz.". Po wymianie zdań od razu spojrzałam na brata, który w tym czasie już zaczął iść ku rzece. Nie pozostało mi nic innego niż ruszyć za nim. Kacper od zawsze był milczący ze swej specyficznej natury, jednak teraz jego milczący wyraz twarzy zdawał się bardziej zamknięty w sobie niż zwykle. Być może sytuacja sprzed niecałych pięciu godzin dawała mu się w znaki. Każde z nas wiedziało, że chciało jak najlepiej uczynić dla naszego małego królestwa, lecz mimo to odczuwaliśmy w naszych psich sercach gorycz i wyrzuty sumienia. W końcu wyrzucano nas z miejsca gdzie wychował się cały ród Muller von Dusseldorf.
Cała wędrówka trwała w ciszy, która była przerywana szelestem liści, oraz innymi dźwiękami spowodowanym naszymi krokami, bo wiem, szliśmy zagęszczającym się lasem. Mimo że przeszliśmy ponad trzydzieści metrów, po wodzie nie było ani śladu. W tym też momencie Kacper zwolnił krok. Widząc jego postępowanie, również spowolniłam, patrzyłam na jego oczy ukradkiem, które zdradzały mi wszytko co teraz czuje. Był wzburzony. Czyżby ktoś oprócz nas był w gęstwinie? Miałam szczerą nadzieję na uniknięcie konfliktu.
- Ani drgnij.- wysyczał samiec, cichym, lecz stanowczym głosem. Co dziwne nie kierował tych słów w moją stronę, jak na początku mi się wydawało, lecz do postaci przed nami. Była sporo większa do mnie i mojego brata, a nie należymy do najniższych istot. Pomimo że skręcało mnie w żołądku z przestrachu postanowiłam przemóc swoje lęki i podeszłam dwa kroki w stronę tego czegoś. Teraz już wyraźnie widziałam jego spojrzenie, którego nie mogę zapomnieć do tej pory - zielone oczy w czarnych oprawkach były... Dzikie. W tym też momencie usłyszałam charczący, obrzydliwy głos. Niezwykle niewyraźny i splątany, podobny nico do niemowlęcego gaworzenia, lecz w przerażającej wersji. Drgnęłam nerwowo, a ów bestia z łoskotem opadła na ziemię. Zanim zdążyłam się jej przyjrzeć, od razu odwróciłam się w stronę brata bliźniaka. Stał tam, gdzie ostatnio, jednak już spokojniejszy, jego mięśnie były rozluźnione, a oczy o wiele spokojniejsze. Mój wzrok znowu spoczął na nieznajomym. Spod jego ciała wypływała posoka, formująca się w kształt nerki. Zachowując największą ostrożność podeszłam jeszcze bliżej, dając mojemu bratu sygnał, aby do mnie dołączył. Stworzenie, nad którym teraz stałam miało proporcje niedźwiedzia, jednak jego uszy były o wiele za długie. Wyglądały jak należące do sarny, a raczej cielaka. Czując w pobliżu obecność Kacpra od razu zabrałam głos.
- Co to jest? - powiedziałam kierując głowę w jego stronę. Ten tylko wzruszył ramionami, kręcąc przy tym głową przecząco.
- Na co się tak gapicie?- do moich uszu dobiegł głos ojca, wskazujący na to, że nie jest zadowolony z tego, że patrzymy się na ciało jak ciele na namalowane wrota. Zaczęłam się za nim rozglądać, jednak moje brązowe oczy nie były w stanie go dostrzec.
- Tu jestem.- nakierował mnie na nowo swoim głosem. Dopiero wtedy go dostrzegłam. Stał niedaleko stworzenia, które zabił niewielkim sztyletem. Ów narzędzie zbrodni dzierżył będąc prawie cały we krwi. Był to dla mnie co najmniej groteskowy widok, zważając na to, że Ojciec dbał o to, aby wyglądać nienagannie, tym samym wiedziałam jednak, że umiał on doskonale posługiwać się ostrzem, lecz pomimo swoich umiejętności w wojsku (do którego należał) nie miał odpowiedniej rangi, tylko i wyłącznie przez to, że był Gammą, a nie Betą, czy Alfą. Omegi również nie mogli liczyć na większe wyróżnienia, tylko dlatego, że urodzili się niżej w hierarchii.
- Ojcze...- zaczął Kacper swoim zachrypniętym głosem, którego nie wiele używał. Rodzic nie dał mu jednak dokończyć myśli.
- Nie wiem co dało temu czemuś żyć.- powiedział , odwracając cielsko potwora plecami do gleby. - O cholera...- powiedział widząc lico zabitego stworzenia. Słysząc przekleństwo z ust ojca, jedynie stanęłam przy nim i... Aż podkuliłam ogon na sam widok. Miał psi pysk i ,jak mi się wydawało, sarnie uszy, które jednak nimi nie były. Narząd słuchu był w połowie ludzki, a w połowie wilczy. Spojrzałam w jego martwe ślepia. Były przerażająco ludzkie.
- To niemożliwe...- wysapałam, zdenerwowana.
- Wilkołak.- powiedział ojciec. - Reszta jest już po drugiej części lasu, przynajmniej mam taką nadzieję, musimy iść do nich.
- Czekaj.- Kacper ponowił próbę kontaktu z rodzicem. - Po co nas tu zaciągnąłeś? Chciałeś sobie nas nastraszyć?!- pierwszy raz słyszałam jak brat krzyczał. Nie kłamię. Naprawdę nigdy nie było mi dane słyszeć go wściekłego.
- Wyjaśnię wam potem.- wyjaśnił najstarszy z grupy po czym ruszył biegiem przed siebie. Nie pozostało nam nic innego oprócz szaleńczego biegu na przód.
- Chwila, a co z rzeką?!- wydarłam się w stronę rodziciela, nagle przypomniawszy sobie o jego rozkazie. Nie dostałam odpowiedzi... Do czasu, gdy dobiegliśmy na miejsce.
Gdy ujrzałam znajome twarze mojej rodziny spadł mi kamień z serca. Przez chwilę myślałam, że drugi wilkołak ich dopadł. Ze zmęczenia cała opadłam na ziemię, na szczęście była niemal cała porośnięta mchem, co umiliło mi mój upadek. Zadyszana próbowałam wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, a raczej słowo, które miała brzmieć "Gadaj." skierowane do ojca. Jako pierwsza podbiegła do mnie siostra, Maria. Jak zwykle wyczytała mi w myśli czego mi trzeba. Odpięła od swojego paska niewielką, blaszaną menażkę po brzegi wypełnioną wodą i przystawiła mi ją do ust. Od razu wypiłam prawie całą zawartość. Nigdy nie należałam do najbardziej wysportowanych panien.
- Chciałem, żebyście zobaczyli gdzie idziemy.- wytłumaczył się ojciec, siadając niedaleko mnie. Spojrzałam na niego kontem oka. 
- Reszta już widziała to miejsce. 
- Jak?- powiedział Kacper, równie zmęczony biegiem co ja.
- Wczoraj wieczorem. Zanim nas wyrzucili. Wiedziałem, że będą chcieli nas wydalić za spisek.- na jego słowa jedynie wywróciłam oczami, dając całej sprawie spokój.
- Co zrobimy gdy tam dojdziemy?- zapytałam, już spokojniejszym tonem.
- Tego nie wiem. Teraz już nic nie jest pewne.
Chwila obecna
Wydarzenia, które miały miejsce... No właśnie. Kiedy to było? Dwa? Trzy miesiące temu? Wiem jedynie, że to niebyła aż tak odległa przeszłość. Wiem jedynie, że nadal nimi intensywnie żyję. Powinnam o tym zapomnieć. W końcu teraz jestem w innej sforze. Mogę zacząć od nowa. Tylko... czuję niewyobrażalną pustkę. Czemu? Sama sobie te pytanie zadaję. Wydaje mi się, że brakuje mi Kacpra i Marii. Brakuje mi również Znajomych z domu rodzinnego. Teraz muszę znaleźć sobie zastępców. Nowe osoby, które zaszyją to ranę w moim sercu.
Był już wieczór, ale już po kolacji. Mimo to nadal siedziałam w stołówce, podpierając pysk na prawej łapie. Przede mną stał kubek z parującą herbatą. Dostałam go od jakiejś suczki, gdy zauważyła, że już długo tu tak siedzę. Westchnęłam głęboko i przysunęłam do siebie kubek z napojem, zaciągając się tym samym przyjemnym zapachem zielonej herbaty. W tej samej chwili usłyszałam kroki, potem skrzyp odsuwanego krzesła. Dopiero na ten drugi dźwięk zechciałam dowiedzieć się co teraz się dzieje. Przed sobą zobaczyłam psa. Nie, przed sobą to złe określenie. Kilka stolików dalej, ale był odwrócony do mnie przodem.

Ktoś? Postarałam się, więc proszę o odpis ;-;

Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+5 monet

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz