16.01.2018

Od Svetlany cd. Eamesa

— Nie jestem głupia — powiedziałam.
— Jesteś, skoro najwyraźniej postanowiłaś iść tam ze mną — odparł.

     "Głupia" jest jednym ze słów, które mogę określić jako jedne z niewielu, które z pewnością do mnie nie pasują. Zdanie psa o mnie mogło być właśnie takie; mógł też sądzić, że wszystkie moje decyzje są spontaniczne i nieprzemyślane oraz mówiąc wprost, wykopuję sobie grób, nie wiedząc na co się piszę i podążając za nim z czystej głupoty. Ale tu się on myli. Nie ma racji, gdyż ja doskonale wiedziałam, co robię. Wtedy, gdy zdecydowałam się pomóc mu w jego zemście na moim starym znajomym, doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, jakie konsekwencje może, a właściwie na pewno będzie to za sobą nieść. To jedna z takich sytuacji, w której nie ważne co zrobisz, nie da się określić, czy przegrałeś czy wygrałeś, bo w każdym wypadku poniesiesz pewnego rodzaju klęskę, różnica jest tylko taka, jak wielkie straty to będą. Gdyby Tukidydes nie zginął, zginęlibyśmy my. Jednak skoro to on jest obecnie sztywnym trupem, jego przyjaciele lub też poddani, kto wie jakie panowały między nimi relacje, chcą się zemścić, a co za tym idzie, zabić nas lub zaatakować sforę. Lub oba na raz. Więc, skoro przewidziałam co się wydarzy, dlaczego się na to zgodziłam, ba, sama się do tego pchałam? To proste. Po pierwsze, Eames i tak zrobiłby to co zrobiliśmy niedawno, tyle że sam. Nieważne czy ze moją pomocą czy bez niej, i tak znalazłby Tukidydesa swoim sposobem i również załatwił. A po drugie... Przed dołączeniem do sfory, gdy jeszcze żyłam na ulicy, tam zawsze się coś działo. Zdążyłam przyzwyczaić się do korzystania z życia pełną piersią, nawet jeśli wielu powiedziałoby, że co to za życie. Nie obchodziły mnie opinie innych, tylko ja sama i moje własne zdanie na temat tego, jak mi się wiedzie. Za to mój byt w sforze stał się zwykłą rutyną. A ja pragnę od życia czegoś więcej. Chcę adrenaliny. Porządnej dawki. Dzięki temu czuję, że żyję, bo prawda jest taka, że skoro moje wewnętrzne uczucia zdążyły się już całkiem wypalić, to tylko dzięki tej substancji wydzielanej przez moje ciało potrafię wyczuć, że jeszcze nie jestem zwykłą pustą skorupą, a wciąż żywą istotą. Dlatego chwytam się wszystkiego, czego się da, by moje ciało znów zareagowało. Nie machinalnie. Prawdziwie zareagowało i poczuło.
     Dlatego też pcham się do miasta z dopiero co wyrzuconym z morderców, wściekłym, pełnym żądzy zabijania, obecnie niestabilnym emocjonalnie i dopiero co przeze mnie poznanym psem, przez którego sfora ma kłopoty. Przeze mnie właściwie też. Chociaż oczywistym zarówno dla mnie jak i mojego towarzysza jest to, że Tukidydes i tak by umarł, nawet gdybym go nie dobiła, jednak trwałoby to dłużej i przede wszystkim pies by cierpiał. Nawet, gdyby cały harem jego psów go odnalazł od razu po naszym wyjściu, nie daliby rady go odratować i jedyne, co mogliby zrobić to warować przy jego nieruchomym ciele i czekać na jego śmierć, modląc się o to, by była szybka, bo doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że nikt by go nie dobił. Jednak ja to zrobiłam i to tylko i wyłącznie ze względu na to, że swojego czasu dosyć dobrze go znałam, a i raz uratował mnie z niemałych kłopotów, z których sama bym się nie wykręciła, za co później nie zdążyłam się odwdzięczyć. Mam dobrą pamięć i można mnie uznać za honorową, momentami, ale jednak, a że znałam go, to też wiedziałam, że sam chciałby, żebym to dla niego zrobiła. Można potraktować to jako ostatni akt łaski, a dokładniej zapłata za przysługę, którą u niego kiedyś zaciągnęłam. Na tyle na ile go znałam, mogę stwierdzić, że byłby mi za to wdzięczny.
     Nie obeszła mnie jego śmierć ani ciosy, które musiał otrzymać wcześniej od Eamesa, by znaleźć się w takim stanie. Liczyło się bardziej to, że powinnam teraz uważniej rozglądać się na boki, bo kilku nawiedzonych uzna, że liczy się jedynie zemsta na tym, kto ostatecznym ruchem rozerwał tętnicę ich przywódcy, a nie na tym, który go torturował. Dobiłam go ja. A to zarazem znaczy, że jestem na celowniku o wiele bardziej, niż gdybym zarysowała się w ich pamięci jedynie jako suka, która przyszła do ich domu z oprawcą i pozostała z czystymi, niezakrwawionymi łapami. To, że to co zrobiłam było pewną odmianą pomocy, ulgą w cierpieniu, nie dojdzie do nich, nie przejdzie. Nawet nie chcę, żeby przeszło. Mogą sobie na mnie polować, to mnie nie rusza w żadnym stopniu, jedynie zmusza do zachowania większej ostrożności podczas trwania naszej małej wycieczki, czy raczej vendetty, bo to ta nazwa ma większe odniesienie w rzeczywistości. Nawet głupi nie uznałby, że idziemy do miasta w pokojowych zamiarach.
     Poza tym, cholernie mnie to kręci. Nareszcie mam co robić. Nawet, jeśli oznacza to ubrudzenie sobie łap krwią. To mnie nie obchodzi. Mam gdzieś, czy ktoś zginie, bylebym to nie była ja. A nawet jeśli, to żebym tylko zdążyła najpierw się zabawić. Potem mogę sobie ginąć. I tak nikt nie zapłacze.
     Śmierć. Towarzyszy nam od zawsze i nie jest niczym szczególnym, a nadal oburza tak wielu. Każdy kiedyś zginie, to tylko kwestia czasu, czy stanie się to dziś, jutro, za rok, pięć lat.
     W przeciągu wszystkich lat mojego życia uśmierciłam kilka osób. Do tego słowa nie pasuje ani przedrostek "aż" ani "zaledwie". Jedni uznaliby to za słaby, inni za dobry wynik, za to ja przeszłam obok tego obojętnie, stało się i tyle, po co to rozgłaszać. Śmierć to śmierć. Nie wpisuję się do rankingu, nie zapisuję nigdzie ilu zabiłam. Nie jest to potrzebne, zrobiłam co musiałam i nie czerpałam z tego przyjemności a zarazem nie czułam żalu. Nie planowałam żadnego z tych morderstw wcześniej. Tak się potoczyły wypadki.
     Tym razem określić to można inaczej. Pchamy się na rzeź. Nieuniknione jest starcie, a nawet kilka starć, które wygrać może tylko jedna strona, albo my, albo oni. A to znaczy, że planuję morderstwa.
     Zdecydowanie powinni się bać. Jeśli coś robię, to robię to perfekcyjnie. A trochę krwi na dywanie jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Bynajmniej nie nam. Pies pewnie jest tego samego zdania. Choć jego mniemaniu to raczej dużo krwi na dywanie jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
     Pierwsza przeszkoda nadeszła szybko. Poczułam nagłe pchnięcie w bok, a sekundę później o chodnik, w miejscu gdzie ledwo chwilę wcześniej stałam, z wielkim hukiem uderzył olbrzymi pustak, rozbijając się na kawałki, które poleciały w każdą stronę. Gdyby Eames mnie nie odepchnął, skończyłabym z roztrzaskanym kręgosłupem i wszystkimi kośćmi.
A miałam być ostrożna.
     Po uniesieniu głów dojrzeliśmy stojącego na dachu niskiego budynku psa rasy rottweiler. Nie budziło wątpliwości, że to on próbował pozbawić mnie życia. I to właśnie on szykował się do skoku.
     W porządku. Chce walki, to będzie ją miał.

Eames? 

1000+, później sprawdzę pod kątem błędów

Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+5 monet

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz