13.01.2018

Od Vainqueur CD. Chocolate - Quest #2

Pierwsza część opowiadania ma miejsce, gdy Vainqueur i Chocolate są szczeniakami, jednak w drugiej są już dorosłymi psami.

Nieznacznie unoszę brew. Co ten dzieciak bredzi? Ja? Gruba. No chyba nie. Jestem naprawdę szczupła, to tylko ta piekielna sierść, która robi ze mnie kulkę. A zresztą, ten szczyl wcale nie jest lepszy. Mała, parszywa hipokrytka. Z takimi to ja chodzić nie będę. Co to, to nie. Mam szacunek do siebie i nie zamierzam zmieniać jego poziomu, bo jakiś bachor twierdzi, że jestem gruba. Ja nie jestem gruba!
- Słuchaj, smarku - mruczę wściekle, stając tuż nad nią. Niedługo po tym ten mruk przeradza się w cichy, gardłowy warkot – Nikt nie będzie tak do mnie mówił. Nikt! - po raz pierwszy od dawna ukazuję zęby, a warknięcia stają się coraz głośniejsze - A zwłaszcza ty, mały karaluchu. I nie waż się nic mówić! - przerywam jej szybkim ruchem łapy. To nie jest uderzenie. Ot, groźba, która miała na celu odstraszenie natrętnego bachora, który mnie irytuje. Odpowiada mi jedynie prychnięcie, a następnie Chocolate odwraca się i szybko, jak na nią, truchta w stronę komnaty opiekunki - Cześć! - śmieję się głośno, idąc w swoją stronę. Tą przeciwną. Jeszcze nie wiem, dokąd zmierzam, ale zapewne gdzieś, gdzie będzie ciekawiej niż w tym starym zamczysku.
Moja podróż skończyła się cholernie niefortunnie. Podczas spaceru po naszym lesie, a tak właściwie wtedy, gdy z niego wyszłam, napadł na mnie jakiś człowiek z przedziwnym narzędziem. Złapanie takiego mikrusa nie zajęło mu długo, ot chwilka i już po sprawie. Dla wysokiego, barczystego mężczyzny to żaden problem. Kimkolwiek jest, wyglądał naprawdę nieźle. Skórzana kurtka, jeansowe spodnie i te przepiękne, wyglądające na cholernie ciężkie, buty. Blondyn, trochę dłuższe włosy i broda. Pewnie dla ludzkich kobiet to ideał. Ale dla mnie nie, bo przez niego trafiłam za kratki. Zresztą, nie darzę sympatią ludzi. Ludzie śmierdzą. Parszywcy. Czy ja jestem przestępcą? Przecież nic nie ukradłam! Przynajmniej ostatnio. Życie w Lyonie to wyjątek. Tam byłam kimś innym. Nerwowo przestępuję z łapy na łapę, krążąc po przyczepie. Trzęsie. Słyszę wrzaski. Nie, może to jednak nie wrzaski. Zwykły krzyk. To chyba rozmowa. Wzdycham ciężko, niemalże boleśnie i przysiadam. Przez kraty widzę oddalający się świat, który znam. Świat, który kojarzy mi się z dobrem, ciepłem. Domem.
Teraz moim domem jest ciasny kojec z ujadającym obok sąsiadem. Tak, tak, wszyscy umrzemy. Zamknij się! Kładę się w kącie klatki i zwijam w kulkę, przyciskając łapy do pyska. Chciałabym chociaż ciszy. Wystarczy chwila. Ale nie, po co! Gdy ten zaczyna wzywać swoją, zapewne nieżyjącą matkę, coś we mnie pęka. Kolejny miesiąc tego wrzasku już mnie przerasta. Podrywam się szybko i zaczynam krążyć po klatce. Vainqueur, myśl. Myśl. Myśl. Jest noc, więc nikogo tu nie ma. Główne drzwi są zamknięte, ale na te tylne wystarczy tylko mocniej nacisnąć i ustępują. Wystarczy otworzyć tylko tę klatkę. Tak, to genialne! I możliwe do wykonania. Potem przebiegnę przez miasto, a ostatecznie jakoś dostanę się do sfory. Kiedy zacznę realizować ten genialny plan? Właśnie teraz. Podchodzę do drzwiczek, siadam przy nich, przyglądając się drzwiczkom. Łapa między rogi i jedziemy. Jeden ruch tu, drugi tam. Kilkanaście minut później zamek wreszcie ustępuje mojej szarpaninie. Otwarte! Ha! Przez ten czas śledziło mnie kilkanaście par oczu, a ja, jak gdyby nigdy nic, popycham drzwi i wychodzę sobie na zewnątrz. Najpierw się przeciągam, potem ziewam, na moment nawet zamykam oczy, uśmiechając się nieznacznie. Więc tak smakuje odzyskana wolność. Albo pachnie. Śmierdzi tu przeraźliwie. Czuć nawet strach psów. I kotów, ale to w drugim pomieszczeniu.
- Hej, mamciu – zerkam na sąsiada, a właściwie sąsiadkę, która także mnie obserwuje, ale już nie wrzeszczy. Przynajmniej tyle. Chyba doszła do wniosku, że to nic nie da – Idziesz ze mną? Zaprowadzę cię do Royal Dogs, będziesz mogła do nas dołączyć i wreszcie znaleźć prawdziwy dom - uśmiecham się lekko, chcąc ją zachęcić. Jej los naprawdę mnie smuci. O cholera, jednak mam serce.
- Ni-nie – pada cicha odpowiedź. Suka wciska się w kąt, co najwyraźniej ma być znakiem, że mam sobie iść. Serio? Chciałam jej pomóc. Ale nie, to nie. Proste, wręcz banalne.
- No to na razie, frajerzy! - wrzeszczę, po czym radośnie biegnę do wyjścia. Już na początku natrafiam na kolejną przeszkodzę. Drzwi. Zapomniałam o nich. Chwila namysłu wystarcza, by znaleźć rozwiązanie. Najpierw przesuwam łapą pod nimi, a potem, jakimś cudem, lekko ustępują i mogę wsadzić łapę między nie, a framugę. Teraz już z górki. Otwieram je. Na następne mam inny sposób - opieram na nich łapy i popycham je. Tyle. Droga wolna. Teraz otwiera się przede mną miejski świat, przez który muszę przejść. Mijam ulice, bloki, sklepy, przystanki. Wszystko wygląda jak w Lyonie, jednak jest obce. To już nie to miasto. To nie Francja.
Sfora. Sfora. O bogowie, wreszcie. Zbyt długo mnie tu nie było. Tak wiele się zmieniło. Z zachwytem rozglądam się, uśmiechając szeroko. Z każdą chwilą przyspieszam. Pędzę. Pędzę jak szaleniec. Wpadam do zamku, przeskakuję po kilka stopni. I wpadam na kogoś. Ten szaleńczy bieg zostaje przerwany. Tak nagle i tak boleśnie. Cholera jasna! Odskakuję jak oparzona od obiektu, z którym się zderzyłam. Obiekt. To nie obiekt, psiakrew. To jakiś pies. Unoszę wcześniej zaciśnięte powieki i dostrzegam kogoś niezwykle znajomego. Tak, to ten smark. Ten irytujący smark, który coś tam kiedyś powiedział. Sama nie byłaś inna, moja droga.
- Chocolate? - pytam niezwykle zdziwiona. Stoi przede mną nieco niższa border collie o tak charakterystycznym kolorze sierści. To zdecydowanie ta czekoladowa panienka, która niegdyś tak mnie denerwowała - Kopę las, smarku! - uśmiecham się szeroko – Ale już nie mogę mówić na ciebie smark - uśmiecham się lekko, a po chwili ponownie parskam śmiechem - Choco, dobra? To brzmi neutralnie.
- Vainqueur – stwierdza bez chwili namysłu, a jej ton zmienił się już na pierwszej głosce. No ej, przecież się zmieniłam! Jej wzrok przeszywa mnie na wylot, a ja lekko uginam łapy, by spojrzeć w jej przepiękne oczy.
- Przepraszam – wzdycham ciężko - Nie powinnam cię tak nazywać, ale już się zmieniłam, serio. Jestem dobra, schronisko mnie zmieniło - przysiadam przed samicą, nerwowo przesuwając łapą po podłodze. Zabawne, dobra Vainqueur. Zamknij się, cholernico – Zanim zapytasz, tak trafiłam tam, ale to nieważne! Teraz chcę wszystko naprawić, wiesz? - ponownie uśmiecham się, tym razem nieco słabiej - Wybaczysz mi, nie? Prooszęę!

<Chocolate?>

(+1000 słów)
Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+5 monet



Akceptacja!

Twój quest został zaakceptowany
+10 doświadczenia, +10 monet

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz