28.06.2018

Od Botzvany do Charliego

Było bardzo gorąco, a ja już od dłuższego czasu szłam bez przerwy na choćby łyczek wody. Otaczały mnie łąki usiane różnokolorowymi kwiatami, na których siedziały pszczoły i motyle. Dookoła słychać było śpiew ptaków szukających partnera. Rozglądałam się za choćby małą kałużą wody, która w tym momencie była mi niesamowicie potrzebna. Ostatnie kilka dni pokazało mi jak ważne jest nawodnienie. Chyba nigdy nie czułam tak palącej potrzeby połknięcia choćby łyku wody. Każdy krok sprawiał mi już ból, dlatego kiedy tylko dotarłam na skraj lasu, postanowiłam chwilę odpocząć. Przeszłam jeszcze kilkanaście metrów w głąb zagajnika, w którym w końcu znalazłam cień i rozgrzebaną, chłodną ziemię, która w minimalnym stopniu mogła pomóc mi ukoić ciało.
Położyłam się. Moje futro przyklejało się do skóry, która niemiłosiernie swędziała. Na łapach zalegał brud, który dawał o sobie znak w postaci ucisku między opuszkami. Moja głowa opadła bezwładnie na małą wysepkę trawy, która zwilżyła mój pysk kilkoma kroplami rosy. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie gdzie teraz jest moje rodzeństwo. Na sercu zrobiło mi się trochę cieplej kiedy przypomniały mi się wspólne zabawy z braćmi. Poczułam łzy pod powiekami. Minęło już tyle czasu…
Wyczerpanie dało się mocno we znaki. Szybko straciłam świadomość. Moje myśli się rozwiały i wszystko ogarnęła ciemność. Sny nie przychodziły przez długi czas. Mój odpoczynek ciągnął się bez końca…

(Przepraszam że takie krótkie) Charlie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz