26.06.2018

Od Lightsaber CD Pergilmesa

Trudno jest mnie wywrócić z równowagi i doprowadzić do takiego stanu, że potrafię krzyczeć. Ewidentnie delikwent robił mi specjalnie na złość po czym udawał, że nic się nie stało niczym mały, rozwydrzony szczeniak. Próbował mnie obajerować tą swoją niewinnością. Nie do mnie takie rzeczy. Postanowiłam wrócić do siebie i po prostu olać tego pana. Nawet nie zaprzątałam sobie głowy kim mógł być, bo to jaką reputację wyrobił sobie u mnie na początku, to było głównym powodem tego. Bezsensowne myślenie i zaprzątanie sobie głowy.
Po zatrzaśnięciu drzwi powróciłam do łóżka, jednakże nie miałam ochoty już spać. Spojrzałam na okno i stół, na którym był mój szkicownik i inne książki przepełnione inspiracją do moich rysunków. Przez szybę ponadto padało światło księżyca. Cudowność. Kocham takie noce. Usiadłam przy nim, zapaliłam lampkę i otworzyłam zeszyt; był tam niedokończony rysunek gołębia, za który się właśnie zabrałam. Może wtedy poczuję zmęczenie i się spać położę. Spokojnie kreśliłam na kartce nim kreski ołówkiem czasem patrząc na blask księżyca. Wpadłam na pomysł, żebym dorysowała właśnie księżyc. Zaczęłam rysować i poprawiać okrągłe kreski wizerunku księżyca w tle. Na pierwszym planie był siedzący gołąb na gałęzi drzewa.
Poczułam nagle jak moje powieki stają się coraz to bardziej umęczone. Idealnie w sumie, bo skończyłam swój rysunek i miałam zamiar się ułożyć na swoim dużym łóżku. Gdy zeszłam z krzesła myślałam, że dostanę zawału. Myślałam, że dalsza część tej nocy będzie już spokojnie, ale niee! Trzeba znów powkurwiać moją osobę jebiąc z całej pety w moje drzwi! Podeszłam do nich i otworzyłam je z dziwnym spokojem, którego nie miałam wcześniej. Byłam pewna, że to był właśnie tamten sznaucer, jednakże teraz zrobił do dla zabawy i uciekł. Tak niczym zabawa w kotka i myszkę. Wyszłam z komnaty i ujrzałam, że na zewnątrz robił się coraz jaśniej, co coraz bardziej oświetlało ciemny korytarz. Zaraz wzejdzie słońce, a ja nadal nie spałam. W sumie już pewnie nie zasnę. Moje zmęczenie wynosiło prawie 0%, a ja nie chciałam popuścić tamtego psa, by był usatysfakcjonowany swoją nadzwyczajną dokuczliwością. Uroczo.
Zaczęłam zmierzać charakterystycznym zapachem psa i dotarłam do schodów. Schodów zmierzających w dół i wyżej. Zapach prowadził mnie raczej niżej, więc zaczęłam ostrożnie i cicho schodzić. Byłam ciekawa jak on tak szybko tędy zbiegł. Aż mi szkoda, że się nie wywalił. Skręciłam potem w prawo korytarzem i doszłam do końca korytarza, gdzie zapach był najsilniejszy w jednym miejscu, a konkretnie przed ostatnimi drzwiami. To najpewniej była właśnie jego komnata. Jeśli nie - obudzę kogoś, kogo zapewne nie znam, albo jakiegoś paniusia lub panienkę z „wyższych sfer”. A co mi tam. Nie miałam zamiaru też się kłócić z tym psem, bo w sumie nie ma sensu robić sobie wrogów w sforze. Zapukałam delikatnie w drzwi, zapewne jeśli to był on to prędko nie zasnąłby. Chciałam z nim normalnie porozmawiać, bez jakiegokolwiek krzyku, złości czy też niemiłego charakteru. Po prostu szybko załatwić bym miała to za sobą i tyle. Pewnie będzie udawał, że nic się nie stało, że to nie on, bla bla bla... albo uciekał od tematu. Nie miałam zamiaru przeciągać z nim rozmowy, miałam zamiar w końcu wypocząć po tym jeb*nym dniu. Jednakże liczyłam od niego jakichkolwiek słów typu: „Przepraszam”, „Sory” lub chociaż „Wybacz”, bo raczej naruszył trochę mój spokój i nieco cierpliwość. A wytrącić z równowagi mnie nie jest łatwo, bo często sobie powtarzam:
„Jestem pierd*loną oazą spokoju. Jeb*nym kwiatem lotosu”. To chyba łatwo przetłumaczyć.
Po chwili pies otworzył drzwi jakby nigdy nic. Spojrzał na mnie z wytrzesczonymi, niewinnymi oczkami.
- Tak, też nie chcę tego ciągnąć. - powiedziałam bez jakiegokolwiek wstępu.
- Niby czego nie chcesz? - spytał pies po chwili, jakby nie wiedział o co chodzi.
- Po prostu nie chcę zaczynać z tobą jakiejkolwiek wojny, konfliktu, czy inne gówno. Już wiem, że lubisz robić innym na złość, ale ja sobie nie życzę. Po prostu ogarnij się, bo zachowujesz się nieco jak rozwydrzony bahor. Mówię ci to w wielkim skrócie byś nie miał mi też zazłe, że cię obrażam czy coś. - w tym momencie już nie obchodziło mnie kim był ani z jakiej „sfery” sfory pochodził.
Pies nadal stał i patrzył się na mnie bez słowa. Chyba myślał, co ma powiedzieć. Sama moja powaga na pysku i ton głosu jakim do niego mówiłam był poważny, więc oczekiwałam jakiejkolwiek odpowiedzi.
- Yhm... - zaczął niepewnie. - A co z tego będę miał?
- Może moją podziękę lub życzliwość? Masz wiele do wyboru.

Pergilmesie? Nie wiem czy dobrze ujęłam tu charakter jego, i czy dobrze coś napisałam XD mały bezwen przyszedł na końcu, bo nie wiedziałam jak nim napisać

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz