01.07.2018

Od Anthony'ego cd. Avatari - cz.7

         Doskonale widoczna z daleka wieża Royaldell odznaczała się na czystobłękitnym niebie, zbliżało się popołudnie, jedno z piękniejszych tego lata. Znane mi tereny witały mnie na każdym kroku, szczęśliwy z powrotu podśpiewywałem sobie pod nosem, umilając pokonanie krótkiego dystansu. Kątem oka obserwowałem parę szczeniąt, radośnie brykały po polanie w całości pokrytej różnokolorowymi kwiatuszkami, maluchy znikały pośród nich, a gdyby nie to, że były czarne, kompletnie nie byłoby ich widać. Minęły niecałe cztery dni, w torbie tkwił zarys aktualnej wersji mapy, zdecydowanie bardziej dokładnej, szczegółowej, lecz co się dziwić, sporo się zmieniało przez kilkadziesiąt, kto wie, czy nie kilkaset lat. Zniknąłem za drzewem, zaszywając daleko w lesie. Moim celem było miasto, to samo miasto, które odwiedziłem dzień przed podróżą. Po co? Musiałem oddać portfel. Nie wiedziałem, gdzie mogła mieszkać kobieta. Chciałem oddać to na policję, ale nie miałem pojęcia, gdzie może być komisariat, a pies z portmonetką w pysku wygląda najmniej dziwnie i niecodziennie. Postanowiłem oddać się instynktowi, podrzucając go pod drzwi przypadkowego domu. Tak, wiem, że mieszkaniec tego domu z pewnością zatrzyma dla siebie pieniądze, ewentualnie odda dokumenty. Mimo tego nie miałem wyjścia.
         Kiedy wróciłem do komnaty, natychmiastowo zabrałem się za mapę. Byłem świadomy, że zajmie mi to naprawdę dużo czasu.

Avatari?
Przepraszam, że w siedmiu częściach, ale chciałam nabić normę, nawet czymś tak złym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz