24.07.2018

Od Aragorna cd. Sponge

Patrol. Kolejny. Trzeci w moim życiu. Trzeci raz przechodziłem wokół sfory nudząc się jak mops, którym z całą pewnością nie jestem i nie byłem, oczekując, że w końcu coś się stanie. Nigdy nie sądziłem, że będę pragną wojny, bądź inwazji zmutowanych jeleni, a jednak trwałem tam pod jakąś sosną, nie różniącą się niczym od wszystkich pozostałych jakie widziałem w ciągu kilku godzin dzielących mnie od wyjścia z zamku i modliłem się o cud. Serio, chciałem żeby stało się cokolwiek. Nie przeszkadzałaby mi nawet zionący kiczem atak kosmitów, albo niekontrolowany powrót dinozaurów, a zamiast tego otrzymałem wyzywająco paskowaną osę, która z niewiadomych przyczyn chciała usiąść akurat na moim nosie. Próbowałem ją zjeść, ale oczywiście mi nie wyszło, bo przecież byłoby mi za łatwo gdyby wyszła mi jedna rzecz w moim życiu. Prawda? Prawda?! PRAWDA?! Na to też nie otrzymałem odpowiedzi. Las pozostawał cichy poza delikatnym skrzypieniem drzew poruszanych wiatrem i odległym szumem oceanu. Nie było jakiejś wielkiej mądrości gotowej wskazać zagubionej duszy drogę, był tylko niezwykle irytujący śpiew gniazdujących w okolicy ptaków powoli szykujących się do swoich zimowych migracji. Byłem wkurwiony. Byłem wściekły. Gdzieś w moim wnętrzu szalał wygłodniały szczur próbując ostrymi jak brzytwa pazurami wydrapać sobie szlak prowadzący na wolność. Chciałem być gdzie indziej. Chciałem być w jakimkolwiek innym miejscu. Chciałem przestać słyszeć krople opadające z liści drzew na mokrą ziemię. Chciałem przestać czuć zapach poruszanej dzięki skrętnym ruchom dżdżownic ziemi. Chciałem przestać czuć chłód wody powoli przebijający się przez barierę mojej sierści. Chciałem przestać widzieć piękno otaczającego mnie ze wszystkich stron spokojnego popołudnia. Chciałem przestać czuć gorzki smak strachu na języku. Z drugiej strony. Westchnąłem, spuściłem łeb, skoro już byłem na patrolu mogłem go równie dobrze skończyć i mieć spokój do końca dnia. Oczywiście pod warunkiem, że nikt nie zlituje się nade mną i nie odda wieczornej zmiany, której ze względu na mój wiek w ogóle nie powinienem był otrzymać. Niezależnie od tego co się stanie mogę wam powiedzieć, że każdy powód dający mi szanse na nie pojawienie się na kolacji, będzie powodem mile widzianym. Powodem, który oznacza, że nie będę musiał oglądać jego. Nie żeby było w tym coś wstrętnego. Nie. Wręcz przeciwnie. Był najpiękniejszą istotą jaką widziałem w życiu. Zapierał w piersiach dech jak rzeźba wykonana niezwykle wprawną ręką.....Fuck. Gdybym był  człowiekiem z całą pewnością zobaczylibyście jak mi czerwienieją uszy. Ale co na to poradzę? Jestem dorosłym tylko teoretycznie, nie mam wpływu na to co próbujące znaleźć odpowiednie miejsce hormony robią z moim ciałem. Prawda? Prawda?! PRAWDA?! Las pozostawał cichy, zresztą tak jak zawsze, a w mojej głowie pojawiły się jego głębokie oczy, pełne bólu, który z wielką chęcią wziąłbym na siebie. A w moich nozdrzach pojawił się jego zapach, zapach jakiego nie czułem nigdy wcześniej i nigdy później i nie mogłem się nie zastanawiać jakby to było wtulać nos w jego sierść. Jakby to było być tak blisko niego. Jakby to było czuć jego oddech na moim ciele. Jakby to było słyszeć bicie jego serca, czuć je pod jedną z moich łap. Jakby to było być pod nim i czuć.....STOP! Te myśli idą w złym kierunku, naprawdę złym, czas uruchomić plan dywersyjny. Tylko jak! Tylko jak! W tej okolicy nie ma absolutnie nic ciekawego!. PATRZ! TAM JEST KAMIEŃ! TAKI PIĘKNY KAMIEŃ ! JEST TAKI OKRĄGŁY, A JEDNOCZEŚNIE NIEREGULARNY! TO MUSI BYĆ CUD! PRZECIEŻ NIC NIE MOŻE BYĆ AŻ TAK! KAMIENNE? KAMIENISTE? KAMIENIOWE? KAMIENNOpodobne? Okay kryzys póki co został zażegnany, a ja zostawiając za sobą ten dziewiąty, ósmym oczywiście jest Sapun,  cud świata ruszyłem dalej uważając aby moimi myślami pozostawać w teraźniejszości i skupiając się na tym tak bardzo, że przez wypadek wpadłem na jakiegoś psa i oczywiście musiałem się na niego wydrzeć, bo byłem sobą i powoli traciłem nadzieję, że cokolwiek mi w życiu wyjdzie.
-UWAŻAJ!
-NA CO MAM UWAŻAĆ?!
-NA TO GDZIE LEZIESZ!
-TO TY NA MNIE WPADŁEŚ!-musiałem jej przyznać rację, jeśli bym tego nie zrobił wszystkie dowody i tak byłby przeciwko mnie. Odsunąłem się od niej, próbowałem powstrzymać drżenie mięśni i nieco za szybkie kurczenie się płuc, zamknąłem oczy cicho mając nadzieję, że ten jeden raz zadziała starodawna zasada, że jeśli ja nie zobaczę świata, to on również nie zobaczy mnie. Niestety nie wszystkie nasze marzenia mogą się spełnić, a ona nie była na wpół ślepą staruszką i niemal od razu zauważyła, że -Ej ty, wszystko w porządku?- coś jest ze mną nie tak i oczywiście spróbowała
-ODSUŃ SIĘ ODE MNIE KOBIETO-do mnie podejść. Żeby jeszcze pogorszyć moją sytuację pradawny instynkt przetrwania zjeżył sierść na moim karku i odsłonił zęby. Zajebiście, wspaniale, a przecież ona
-Ej opanuj się ja chciałam tylko pomóc-dokładnie.  Zamknąłem oczy, tak dało się je zamknąć  jeszcze bardziej niż były zamknięte wcześniej, zniżyłem łeb, wziąłem jeden głęboki oddech. Wypuściłem powoli powietrze z płuc. I znowu i jeszcze raz. Znajomy rytm powoli wciskał się z powrotem w mój szwankujący w najgorszych możliwych momentach organizm, a ona na całe szczęście miała w sobie tyle rozumu by nie przestawać milczeć. Powoli odzyskałem kontrolę.
-....W porządku...przepraszam- miałem wielką nadzieję, że nie usłyszała tej ostatniej części. Świat nie może się zorientować, że w jakimkolwiek stopniu obchodzą mnie uczucia innych. Muszę utrzymać pozory idealnego obrazu egoisty. -Dokąd ty właściwie idziesz?
-Tam-wyciągnęła łapę przed siebie. -Wiesz, że mógłbyś być odrobinę milszy?- ta jasne, a potem obudzić, a raczej nie obudzić się, z poderżniętym gardłem. Po moim trupie, dziękuję.
-A ty mogłabyś być odrobinę cichsza.
-WCALE NIE WRZESZCZĘ!-moje brwi unosiły się jakieś dwadzieścia centymetrów ponad powierzchnią mojej głowy.-....no może troszeczkę. Ale to ty zawrzeszczałeś na mnie pierwszy.
-................-no co ja miałem jej na to odpowiedzieć? Może powinienem jej przyznać rację i przeprosić? No chyba nie. Zrobiłem to co zrobiłby każdy dumny z siebie sa...tchórz i zmieniłem temat. -Czemu idziesz tam?
-A czemu się tym tak interesujesz?- z całą pewnością wykorzystała swoją kolej na dramatyczne uniesienie brwi we właściwy sposób.
-Jestem strażnikiem- nie patrzcie tak na mnie, naprawdę próbowałem wmusić w siebie odrobinę dumy-, za tamtym kamieniem jest granica, moim obowiązkiem jest wiedzieć kto wchodzi i kto wychodzi z terenów sfory, a w razie jeśli jakiś członek nie wróci w wyznaczonym przez siebie czasie, to ja muszę powiadomić odpowiednie władze o możliwej ucieczce bądź zaginięciu. Mając to na uwadze chciałbym wiedzieć gdzie i w jakim celu się udajesz. Tylko tyle- tak długie zdanie, a ani razu jej nie obraziłem. Robię postępy, każdy znający mnie może to powiedzieć.
-Szukam konia-......okay takiej odpowiedzi się nie spodziewałem.
-.....-nie zapytam po cholerę ci koń, nie zapytam, na pewno -Wiesz w ogóle co to koń?-no kurde, a prawie mi wyszło, prawie, ale jak to mnie uczył tatuś, prawie czyni wielką różnicę.  Wychodzi na to, że koniec z udawaniem uprzejmego i kompetentnego urzędnika, na moje szczęście. Z tym jakie to skutki będzie miało na jej delikatnym umyśle może być trochę gorzej.
-Wiem. Chodziłam  do szkoły.
-Szkoła to system mający ograniczyć kreatywne działanie twojego umysłu- nie mogłem się powstrzymać. NAPRAWDĘ PRÓBOWAŁEM!....no może próbowałem tylko troszeczkę.
-Myślisz tak, bo kazali ci siedzieć w ławce, być miłym i nie wchodzić innym psom w słowo- zaprzeczenie w tym momencie byłoby największym kłamstwem w moim życiu, a na to z cała pewnością nie byłem jeszcze gotowy.
-....więc co to koń?- jak na księżniczkę potrafiła naprawdę dramatycznie przewracać oczami.
-Grzywa, kopyta....No taki jednorożec tylko bez rogu- miała tyle wstydu żeby wyglądać na lekko zażenowaną poziomem swojej wiedzy, ale to ją nie powstrzymywało przed dumnym wypięciem piersi i sprawdzeniem poziomu mojej praktycznie nie istniejącej wiedzy. -A ty niby wiesz co to koń?-z mojego gardła wydarł się dźwięk czystej rezygnacji. Wiedziałem, że muszę jej zaimponować, bo inaczej nie zostanie ze mnie nic poza parującą kałużą śmierdzącego wstydu.
-Jest to gatunek ssaka nieparzystokopytnego z gatunku koniowatych...Mam mówić dalej?-pokręciła łbem, na moje szczęście. Bo absolutnie nic więcej nie wiedziałem.-Po co ci koń kochanie?
-Nie jestem twoim kochaniem!
-Nie krzycz."
-Nie krzyczę!...No może troszeczkę,
-Po co ci koń?
-Żeby znaleźć księcia.
-........?- przewróciła oczami i westchnęła, zachowywała się tak jakby stała na przeciwko nic nie wiedzącego o życiu bachora, czułem się paskudnie.
-Nie czytałeś nigdy bajek?-no niby jak szanujący się zbuntowany pies ma czytać bajki? Jak byłem mały nie interesowało mnie nic poza kłóceniem się z ojcem i wyobrażaniem sobie, że jestem Trampem z "Zakochanego Kundla". Potrząsnąłem łbem. -Rodzice nie czytali ci bajek?- ślina napłynęła mi do gardła zachowując się tak jakbym zaraz miał zacząć płakać, przełknąłem ją i znów zaprzeczyłem, jakoś nie miałem ochoty żeby gadać. Westchnęła. -Otóż w każdej porządnej bajce księżniczka czeka na swojego księcia na białym koniu i ten książę zawsze przychodzi, zawsze tylko....Tylko mój jakoś nie przyszedł, więc pomyślałam, że może się zgubił po drodze i jak go znajdę to...- zamilkła wbiła wzrok gdzieś ponad moje ramię. Ogarnęła nas cisza aż prosząca się o przerwanie.
-....Po co ci on?- spojrzała mi w oczy, brwi uniosła niezwykle zamaszyście. -Po co ci jakiś książę?
-Jak to po co? Chcę mieć swoje długo i szczęśliwie- i z tymi słowami zaczęła skocznym krokiem oddalać się  poza granicę.
-Zaczekaj?!  TAM MOŻE BYĆ NIEBEZPIECZNIE?! MAM NA MYŚLI NAPRAWDĘ NIEBEZPIECZNIE!"
-CO Z TEGO?!- nawet się nie zatrzymała.
-IDZIESZ TAM CAŁKIEM SAMA!
-WCALE NIE?
-JAK TO  NIE?
-TY ZE MNĄ IDZIESZ?
-A NIBY CZEMU?
-BO JESTEŚ STRAŻNIKIEM!
-I?
-I RÓWNIE DOBRZE MOŻESZ ZOSTAĆ STRAŻNIKIEM KSIĘŻNICZEK!
(To coś ma ponad tysiąc słów i istnieje, to by było na tyle)

Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+5 monet

1 komentarz: