26.07.2018

Od Aragorna do Eau

Kiedy mówiłem, że chciałbym dostać wieczorny patrol zaraz po popołudniowym żeby nie musieć oglądać pyska najpiękniejszej istoty na ziemi nie miałem na myśli tego co dostałem. Nie miałem na myśli samotnego siedzenia na granicy w chwili gdy słońce od dawna już spoczywało za horyzontem z moim głośno bijącym sercem jako jedynym towarzyszem. Nie rozumiem, nie rozumiem po co się w to wpakowałem. Przecież wiedziałem....Oh jak dobrze wiedziałem co mnie spotka i że nie będę potrafił poradzić sobie z tym co się stanie. A jednak....A jednak wybrałem tą cholerną posadę tylko po to żeby zamiast na cierpienia serca skazywać się na cierpienia umysłu. Tylko najlepszy poeta, pisarz lub dramaturg byłby w stanie wam powiedzieć czy gorsze jest pierwsze, czy drugie. Ja żadnym z tych trzech nie jestem i nie byłem, więc jedyną informacją jaką mogę się z wami podzielić jest dość oczywiste stwierdzenie, że żadne z tych dwóch rozwiązań nie należy do najprzyjemniejszych i wybór między nimi z jasnych przyczyn również nie jest najłatwiejszy. A ja oczywiście postawiony na progu podjęcia niezwykle ważnej życiowej decyzji wybrałem tą najmniej odpowiednią opcje. No bo powiedzmy sobie szczerze, miłość jest łatwa do sfabrykowania. Ile jest zaklęć, ile jest mikstur i eliksirów, których celem jest tylko i wyłącznie sprawienie by ktoś się w kimś całkowicie przypadkowym zachował? Niezliczone ilości. W każdej kulturze, w każdej religii coś takiego w pewnym momencie musiało zaistnieć, a rozciągając to na ponad dwa tysiące lat istnienia rozumnych gatunków wydaje się być niemalże oczywiste, że ktoś kiedyś musiał wymyślić coś czego zażycie skończyłoby się odwrotnym skutkiem. Coś co sprawiłoby, że miłość ponad wszystko nieszczęśliwa zakończyłaby swoją pasożytniczą egzystencje. Coś co ocaliłoby tak wielu romantycznym młodzieńcom życie. Ale nie pomyślałem o tym, nie pomyślałem wcale i bez chwili wahania wybrałem  najszybsze i najłatwiejsze rozwiązanie zapominając całkowicie o tym, że zanim słońce wstanie niebo jest najciemniejsze, a ja bardzo źle radzę sobie ze środkiem nocy i niezmierzonym przez nikogo lasem. Nie bałem się ciemności, nie. Bałem się tego co ona przyniesie, bałem się tego co się w niej stanie. Miałem problem by zachować kontrolę w mojej komnacie, której każdy kąt znałem. Miałem problem by tam oddzielić fikcję od rzeczywistości kiedy tylko zniknął ostatni odblask gaszonej świecy. Miałem problem by oddzielić to co się dzieje od aż nazbyt wyraźnych wymysłów mojej głowy, a tam byłem zamknięty w czterech ścianach, a tam byłem bezpieczny w objęciach najgrubszych jakie w życiu widziałem murów, a tam mogłem się po prostu przykryć cały kocykiem, kiedy pozostawanie dorosłym wydawało się być wyczynem zbyt wielkim jak na moje szczenięce siły. A tutaj.....
A tutaj byłem niewolnikiem wolnej przestrzeni. Tutaj każdy, nawet najmniejszy, hałas niósł się przynajmniej na milę. Tutaj nie dało się odróżnić dźwięku gałęzi pękającej pod czyjąś stopą, łapą czy kopytem od tej łamanej wiatrem. Tutaj światło przestawało być błogosławieństwem tworząc tysiące, miliony, poszarpanych, chybotliwych cieni. Tutaj nie było gdzie iść, przez zbyt wielką ilość narzucających się pod łapy ścieżek. Tutaj było strasznie. Tutaj było niebezpiecznie. Tutaj znajdowało się miejsce do którego nie chciałem się zbliżać pod żadnym pozorem, a do którego wszedłem sam z siebie merdając ogonem. ....Ale to przecież tylko trzy godziny, trzy godziny nic więcej. Sto osiemdziesiąt minut siedzenia w potęgowanej tylko blaskiem księżyca ciemności. Tysiąc osiemset sekund wypatrywania jakiegokolwiek ruchu, skakania na metr przy zobaczeniu czegokolwiek mającego chociaż odrobinę podobieństwa do wytworzonej przez ludzi strzelby. Dziewiętnaście tysięcy osiemset uderzeń serca przeżytych w strachu, że potem nadejdzie ich jeszcze więcej. Wszędzie te ósemki. Ustawione w pionie nieskończoności, tak bardzo prawdziwe, tak bardzo niepotrzebne. Bo ja wiedziałem. Ja wiedziałem, że niezależnie od tego ile czasu upłynie ja będę go mierzył miarą wieczności. Bo byłem uwięziony w swoim największym koszmarze. Bo byłem uwięziony w nieprzeniknionej puszczy ciemności. Zacząłem biec. Musiałem, musiałem uciekać. Szybko, szybko, jak najszybciej.  Musiałem. Może jak będę dostatecznie szybki dogonię słońce. Może jak będę dostatecznie szybki ucieknę przed własnym strachem. Nie myślałem, nie czułem, za bardzo się bałem. Liczyło się tylko to co w mojej głowie. Praktycznie nie dotykałem ziemi, lecz tego nie zauważałem, gdzieś za sobą zostawiłem swoją duszę, gdzieś za sobą zostawiłem swoje istnienie. Byłem wiatrem, duchem, demonem, niczym więcej, aż tu nagle...
Aż tu nagle coś wyrosło spod moich łap. Tak szybko, za szybko żebym mógł zmienić drogę...chociaż wątpię, że w ogóle byłbym w stanie. Zachwiałem się. Upadłem. Nastąpiło gwałtowne zatrzymanie i wszystko, wszystko co za sobą zostawiłem wpadło we mnie z powrotem za jednym cholernym razem. Nie mogłem oddychać, nie mogłem, było ciasno, było tak ciasno. Naciskały na mnie ściany ciemnej przestrzeni. Nie mogłem, nie mogłem, nie mogłem nic. Ciężkie wojskowe buty zostawiające swoje brutalne ślady na ziemi. Śmiech przerwany hukiem wystrzału. Dwa gnijące ciała leżące na ziemi. Strach, bezradność, płacz, brak możliwości złapania oddechu....i nagle coś uderzyło mnie w twarz i nagle czyjś poirytowany głos na chwilę odciągnął moją uwagę od panoszącej się wszędzie w okół śmierci.
"Słuchaj. Panikujesz. Hiperwentylujesz się. Nie mam zielonego pojęcia co widzisz, ale tego tu nie ma" jak to nie ma, jak to, przecież czuję, naprawdę czuję smród rozkładających się powoli ciał. "Jesteś w lesie jakiś kawałek od sfory Royal Dogs" sfory? jakiej sfory, ale przecież....co za ulga przecież właśnie tam chcieliśmy dojść! Muszę powiedzieć tacie! Muszę! Mama na pewno się ucieszy.....ale przecież, ale przecież ich tu nie ma, zostałem tylko ja oddzielony od świata barykadą ich stygnących ciał. "Ej, ej ej spokojnie spokojnie....Umiesz liczyć prawda. Nie wyglądasz na jakiegoś bachora, więc zakładam, że tak. Słuchaj ja będę liczyć do czterech, no wiesz jeden, dwa, trzy, cztery, a ty w tym czasie będziesz...no wiesz....oddychał. Wdech, wydech te sprawy. Postaraj się proszę, bo naprawdę nie chciałabym żebyś umarł po tym jak na mnie wpadłeś, co ja bym powiedziała tacie. W każdym razie, ogarnij się. Spróbujmy z tym. Ktoś kiedyś powiedział, że to wyjdzie. JEDEN....nie nie tak! wszystko pieprzysz zrobiłeś wszystko na jednej sekundzie, a wdech powinien zająć cztery i wydech również, a już myślałam, że nie jesteś głupkiem. RAZ DWA no już trochę lepiej, dotarłeś do połowy, to tak jakby dwadzieścia kilometrów maratonu, wiedziałeś o tym? Dawaj znowu, nie jestem pewna czy w ogóle powinnyśmy przerywać, bo jak raz porządnie przerwiesz oddychanie to możesz umrzeć, ale raz się żyje, więc dawaj ponownie. RAZ DWA TRZY CZTERY RAZ DWA TRZY CZTERY RAZ DWA TRZY CZTERY RAZ DWA TRZY CZTERY RAZ DWA TRZY CZTERY RAZ DWA TRZY CZTERY" przestałem drżeć, byłem tu i teraz, a niebo powoli szarzało gdzieś na wschodzie.
<Ma ponad tysiaka i muszę powiedzieć, że jestem z niego całkiem zadowolona>

Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+5 monet

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz