26.07.2018

Od Ashes cd. Tanaya

Pierwsza część a szczeniaka, druga jak dorosła. 

Patrzyłam wyczekująco, na tatę. Nie mogłam się doczekać! Musiał się zgodzić, musiał, musiał, musiał. Zaczęłam aż skakać w okół taty i Tanaya.
- Jasne! Czemu nie! - odparł radośnie mój tatuś. Tak! Zgodził się! Zgodził się! Mogę iść na przechadzkę z Panem Tankiem! Jestem tak ciekawa gdzie mnie zabierze! Tak bardzo, bardzo ciekawa. Tana ugadał coś jeszcze z moim tatą, po czym odwrócił się do mnie i uśmiechnął.
- No więc, Ashes, masz jakieś szczególne życzenia odnośnie naszej przechadzki? - spytał, prowadząc mnie na schody. Co ja bym chciała... Babeczki? Może nie tym razem. Wata cukrowa? Zasłodzę się. Kebaba? Nie dla mnie. Wiem! Będzie idealnie!
- Naleśniki!
- Co?
- Naleśniki z marmoladą! Jakby Pan mógł, to poprosiłabym o naleśniki z marmoladą!
Tanay zaśmiał się krótko i zaczął nad czymś myśleć. Zaczęłam przeskakiwać z łapy na łapę. Kiedy pies otworzył pysk aby coś powiedzieć zaczęłam dość bardzo energicznie machać ogonkiem.
- Dobra, pójdziemy najpierw do kuchni spytać, a jak nie będzie to coś się wymyśli. - uśmiechnął się do mnie. Odpowiedziałam mu tym samym. Pies ruszył w dobrze nam znane miejsce, a mianowicie kuchnie. Chwile po tym skocznym krokiem ruszyłam za nim. Nie mogłam doczekać się naleśniczków! Mój brzuch skakał razem ze mną. Czułam się jak taka sprężynka. Tylko owłosiona, z pyszczkiem, uszkami, oczkami i ogólnie hybrydą sprężynki z pieskiem. W każdym razie, no. Po pewnym czasie doszliśmy do kuchni. Tayek zapukał do drzwi a ja spokojnie (no nie do końca) czekałam na odpowiedź. Pan Tanay po krótkiej rozmowie z kucharką, odwrócił się i ze smutkiem spojrzał na mnie.
- No niestety Ash. Nie mają tutaj naleśników. Tym bardziej z marmoladą. - powiedział, jakby trochę zamyślony. Lecz ja się tym nie przejęłam! Pan Tay i tak znajdzie miejsce, gdzie będą naleśniki z marmoladą, prawda? Prawda!
- Trudno! Ale wiesz gdzie dostać jakieś naleśniki z marmoladą? - pisnęłam radośnie. Tanay trochę zakłopotany zamknął oczy na chwilkę. Jak je otworzył, powiedział:
- Muszę sobie tylko przypomnieć to miejsce! Chodź, przejdziemy się. Jak sobie przypomnę to jasne, że tam pójdziemy.
Bez wahania się zgodziłam. Ruszyliśmy na mały spacerek. Ciągle czekałam aż Tanay sobie przypomni. Po chwili zobaczyłam motylka. Był taki ładny, kolorowy i ogólnie ładny. Biało-żółty! Podeszłam do niego ostrożnie. On usiadł mi na nosie! USIADŁ MI NA NOSIE! Ale to mnie załaskotało, wiec zachciało mi się kichnąć, więc zrobiłam aciuuu, a on odleciał. Naturalnym było dla mnie to, że zaczęłam go gonić. Jednak nagle coś dotknęło moich plecków. Była to łapa Pana Tanka! Nagle zapomniałam o motylku i skupiłam się na Panu Tayku.
- Kurcze, daleko mi odbiegłaś. Jak chcesz biec za motylkiem, to mi powiedz, okej? Już wiem. Ale nie wiem, czy mogę cię tam zabrać. - powiedział Tanay. A-a-ale jak to nie wie czy może mnie tam zabrać? Pan Tayek obiecał!
- Ale, czyli nie dostanę naleśników z marmoladą? - załkałam. Było mi przykro, bo już nastawiłam się na naleśniki.
- Ojeju! Ashes, nie mów w ten sposób! Źle mnie zrozumiałaś! - bronił się bezradny Tanay, kiedy ja siedziałam na trawie i bezsilnie płakałam. - Pomyśl jaka jesteś pozytywna, jak lubisz motylki, jak, jak lubisz na-babeczki, jak długą drogę już przeszłaś, która godzina, tylko błagam, nie płacz. Błagam... - mówił Tanay. Próbowałam się do tego dostosować, myślałam o babeczkach, ale potem babeczki zmieniły się w naleśniki i ponownie zapłakałam, kierując swój pyszczek w stronę nieba. - Dobra! Pójdziemy do miasta na naleśniki! - odpowiedział zrezygnowany Tanay. Uśmiechnęłam się do niego promiennie, pociągnęłam nosem i wstałam. Skierowałam się w stronę ścieżki prowadzącej do miasta. Zawsze nią chodziliśmy z rodziną.

***

Miałam... Miałam dwa lata. Jak, jak jak, jak? Kiedy to minęło? Czemu tak szybko! Nie zdążyłam zrobić tylu rzeczy, a już dorosłość. Po przyjęciu urodzinowym w komnacie mamy i taty, po wyściskaniu ich i pożegnaniu się, otrzymałam od babci Jessie kluczyk do swojej nowej komnaty i szczęścia na nowej drodze. Nadal nie dowierzałam. Ogólnie po całej tej imprezie byłam troszkę padnięta. Najchętniej bym zasnęła, ale straciłabym za dużo dnia. A tego tak bardzo, bardzo, bardzo bym nie chciała! Po otrzymaniu numerka sześćset osiemdziesiąt jeden, od razu skierowałam się do owej komnaty. Był kurz. Dużo kurzu. Bagietka na mojej smyczy nawet kichnęła! (Ah, te zwidy Asha). Powoli weszłam do komnaty. Przydałoby się jakoś tu pozmieniać. Jakoś zbytnio mi się tu nie podobało. Już wiedziałam mniej więcej gdzie co będzie inaczej. Stwierdziłam, że nie ma póki co się wypakowywać, skoro i tak będzie tu taki ogromny remont. W prawdzie, w porównaniu do naszej rodzinnej komnaty, ta wydawała się trochu mała, ale i tak cieszyłam się, że w ogóle jakąś mam. Była w odcieniach beżu i ciemnego brązu. Właściwie kolorki były nawet przytulne, ale brakowało mi czegoś, co by tak jakoś okrasiło.  No nie wiem, jakiś kolorek jak niebieski, czerwony, fioletowy, a może szmaragd? A tak! Szmaragd by był idealny! Muszę pogadać z jakimś architektem. Mam czym zapłacić, więc czemu nie. Wzięłam pudło z napisem hodowla. Ono akurat musiało być wypakowane. Jak tata wręczył mi bagietkę, nie myślałam o tym, aby tego próbować, ale owszem, chcę założyć hodowlę. Wiem, że to kamienie, ale one też mają prawo do rozwoju! Może milczą, bo się boją? Ja zauważyłam, że Bagietka zrobiła się większa niż kiedyś. Ona musiała rosnąć. Chociaż kuzyn Pergilmes mówił, że to tatuś ciągle ją podmieniał na coraz większą, abym nie była smutna, ale mu nie wierzę. Tatuś by tego mi nie zrobił. W każdym razie, Bagietka rosła, więc nie macie dużych szans aby wmówić mi coś innego. Rozpakowałam sianko, drugą smycz dla bagietki, oraz płaszczyk przeciwdeszczowy. To pudło służy za jej łóżko. Położyłam ją w pudełku. Wybrałam stanowisko listonosza. Do czasu. Miałam już pierwsze przesyłki do dostarczenia. Właściwie, jedną paczkę i cztery listy. Odczytałam numer komnaty odbiorcy paczuszki. Czekaj... To do Eliota! Obwiązałam przesyłki i listy sznurkiem, który był trochę dłuższy na końcu. Ową końcówkę chwyciłam do pyska i wyszłam z komnaty, ciągnąc paczki tak, jak bagietkę na smyczy. Komnata Eliego nie znajdowała się daleko, ale zdążyłam już wkurzyć kilka psów szuraniem o podłogę. Jednak ani trochę się tym nie przejmowałam. Zapukałam do drzwi Eliota. Otworzył mi, cały umorusany czymś w rodzaju mąki i kurzu.
- Hej, hej braciszku! Mam już pierwszy dzień pracy. Paczuszka do ciebie. Po proszę podpisik o tutaj! - przywitałam się. Eli również się przywitał, podpisał i podziękował. Nadszedł czas na kolejny list. Oraz kolejny. Kończyłam już roznoszenie trzeciego listu, który był skierowany do niejakiej Bestyjki. Kolejny list. Do Tanaya. To imię coś mi mówi. No tak. Wujek Tayek! Długo go nie widziałam. Po wycieczce po naleśniki widziałam go jeszcze kilka razy. Teraz już z ostatnim listem w koszyku. Tak, koszyku. Jakaś starsza sunia widząc jak męczę się z listami na sznurku oddała mi swój koszyk. Wracając, teraz z ostatnim listem w koszyku ruszyłam w stronę komnaty Tanaya. Jestem tak ciekawa czy mnie pamięta.

Tanay?
+1000
Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+5 monet

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz