25.07.2018

Od Eamesa cd. Shape

Skazali go. Skazali go. Skazali go! Skazali go, a ja nie mogłem tam być, nie mogłem go dorwać. Chciałem urwać mu łeb, udusić, zarżnąć, patrzeć, jak jego krew moczy ziemię, a on nie może nic z tym zrobić. Chciałem, żeby się bał, żeby się naprawdę bał i umierał pode mną, żeby nie mógł się już nigdy podnieść, żebym mógł go pociąć, zakopać, żeby nie zrobił nic, żeby nie mógł już nigdy więcej wrócić.
A oni chcieli wsadzić go za kraty, chcieli zabrać mi moją zemstę, moją szansę. Nie. Nie dam się, nie pozwolę im, mogą mnie za to skazać, na co tylko chcą, ale dorwę mordercę mojego brata. Dorwę. Dam radę. Zabiję. Zamorduje. Będę torturował i patrzył, jak jego wnętrzności wyciekają między moimi łapami. Pragnąłem tego, pragnąłem tak bardzo i wiedziałem, że dostanę.
Widziałem, jak w końcu wyszedł z tej pieprzonej sali, ciągle tam siedział, a wokół niego psy, rodzina, przyjaciele tego ścierwa. Stanąłem za rogiem i czekałem, ciągle czekałem, żeby w końcu tutaj podeszli, żeby chociaż trochę mniej osób z nim było, ale nie ważne. Chciałem poczekać, chociaż chwile, żeby mieć może lepszą okazję, ale nie mogłem, bo gdy tylko go zobaczyłem, musiałem warknąć. Jego mały tłumik się rozstąpił. Jedno z jego dzieci nawet zaczęło się do mnie zbliżać, ale Peter wyciągnął łapę.
- Spokojnie - powiedział… do mnie? Do mnie? Do nich? Chyba do wszystkich, ale nie ma różnicy. - Eames jest tylko lekko zirytowany, Słonko - zirytowany? ZIRYTOWANY!? Przesunąłem się o jeden krok do przodu, a część z tej zgrai zrobiła to samo. - Eames, nie wyszło ci raz, nie wyjdzie ci drugi - wyjdzie. Udało mi się go przygwoździć, nawet jeśli zaraz potem jego zgrai udało się mnie odsunąć.
- To dopiero początek. Początek! Dorwę cię! Dorwę cię i zamorduję! - nawet nie wiedziałem, że krzyczę, dopóki nie usłyszałem echa odbijającego się po korytarzu.
- Eames - czemu kurwa był spokojny.
- Eames - ktoś jeszcze się odezwał, ale co za różnica, żadna, żadna, dopóki Shape nie stanęła dokładnie przede mną i nie zasłoniła sznaucera. Chciałem ją przepchnąć, ale mi nie dali. Peter coś mówił, Shape coś mówiła, a ja tylko chciałem w końcu zobaczyć, jak cierpi. Zamiast tego, widziałem jedynie, jak odprowadzają go w stronę lochów. Odprowadzają i wpychają.
- Shape.
- Ea.
- Shape. Daj mi go dorwać - prosiłem, błagałem, nawet nie miałem sił na sprzeczanie się z nią, na myślenie, chciałem go dorwać, tylko tyle. Aż tyle najwyraźniej.
- Uspokój się.
- Pierdol się - warknąłem. - Chcę go zabić.
- Wiem.
- Chcę go podziurawić.
- Wiem.
- Chcę go doprowadzić do krzyku.
- Wiem, bracie - podkreśliła to ostatnie słowo, ale nadal na nią nie patrzyłem, tylko na korytarz, gdzie na końcu zniknął ten pieprzony sznaucer. - Ale to nie jest takie proste.
- Mogłem to zrobić.
- Nie Eames, nie mogłeś, jest zbyt wiele osób w okolicy. Wszyscy zdają sobie sprawę, że zostawienie ciebie z nim, sam na sam, nie zakończy się dobrze, dlatego w najbliższym czasie, a nawet żadnym czasie, nie pozwolą ci przebywać w jego towarzystwie asm na sam...
- Shape - przerwałem jej. - Naprawdę nie chcę cię słuchać. Chcę działać. Pomóż mi albo nie przeszkadzaj.
- Pomogę - odpowiedziała pieprzenie spokojnie. - Ale musisz mnie posłuchać. Musisz działać, jak ci każę.
- Jestem do tego przyzwyczajony - warknąłem. Popatrzyła na mnie chłodno. Miała plan, rzeczywiście miała plan, a ja nawet nie myślałem, nad tym ile ma sensu. Był prosty. Miało go boleć. Miał cierpieć. Mieliśmy go potem zabić, bo nie interesowało mnie, że to może być dla niego ucieczka od tego, co szykowało życie, chciałem widzieć, jak gaśnie. Jak pada martwy. Jak przypilnowuję, żeby nie wstał. Tyle potrzebowałem, nie wiedziałem, co się we mnie zmieni, gdy jego już nie będzie, ale byłem pewien, że coś się stanie.
Kazała mi tylko czekać, czekać, a to była ta jedna rzecz, której niemal nie mogłem znieść. Czekałem, by dowiedzieć się o mordercy, teraz musiałem czekać, by coś z wiedzą zrobić. To była tylko chwila, moment, podczas którego miałem zabrać co trzeba, a ona sprawdzic jedną rzecz. Krótki. Niby krótki. Trwał wieki.
Musieliśmy zrobić to jak najszybciej, dopóki sfora jest w szoku. Mogłem go dorwać, mogłem dorwać, tylko moje myśli kręciły się w mojej głowie, ale nie potrafiłem żadnej zatrzymać na dłużej, niż na chwile. Co się ze mną kurwa stało?
- Eames?
- Idę - odpowiedziałem, biorąc ze sobą małą buteleczkę. Prosty plan. Plan, który umiem zrobić. Który mogę zrobić. Nie muszę.
Poszliśmy w okolice lochów, gdzie strażnik szedł z posiłkiem dla Petera po rozprawie. I to było takie proste, takie banalnie proste. Shape go zagadała, a ja patrzyłem, jak kropelki spadają do tacki, położonej na ziemi i odsuniętej. Jedna, druga, trzecia, czwarta, piąta, szósta, siódma, ósma, dziewiąta i dziesiąta, dla pewności. Mały jest, dużo nie potrzeba. Doszło więcej strażników, cudownie, Shape zaczęła ich przekonywać, że moje wejście ma na celu przeprosiny. Nie uwierzyli, ale pozwolili, miałem się tylko trzymać z daleka od krat.
Peter rozmawiał z psami, którymiś swoimi dziećmi, znowu, ale jak zobaczył mnie, nas, przerwał na chwile.
- Idźcie powiedzieć Vergowie o sprawie- usłyszałem tylko, dzieci szczura zaczęli się wkurzać, mówić głośniej i głośniej, ale w końcu udało się je wygonić. Miały niedługo wrócić. Zostaliśmy tylko my dwaj, Shape i trzech strażników, tylko trzech, ale pewnie więcej stało przy wyjściu, jeden z nich podsunął Peterowi jedzenie między kratami.
- Peter.
- Dzień dobry, Eames. Nie rzucasz się teraz? - zapytał, przeskakując wzrokiem ze mnie do tacy.
- Nie. Stwierdziłem, że za kratami cię nie dorwę - zaśmiał się, kurwa, roześmiał się, przeze mnie, przeze mnie! Cholerny szczur. Zaczął grzebać w jedzeniu, ale nie zaczął jeść. Zacznij, zacznij!
- To po co tu przyszedłeś?
- Powiedziałeś, że nie zabiłeś Snowa - naprawdę nie chciałem tego mówić, nie chciałem zaczynać, ale nie mogłem, po prostu nie mogłem przestać, jak powiedziałem pierwszą literę. - Czemu kłamałeś? - jak to kurwa naiwnie brzmiało, ale chciałem wiedzieć, naprawdę chciałem, bo mógł się bronić, naprawdę dobrze bronić, mógł opowiedzieć tak wspaniałą opowieść, jakiej świat nie słyszał, a powiedział tylko trzy słowa. Czemu ugrzęzły mi w głowie? Czemu mnie psuły?
- To nie był proces, który miał powiedzieć, czy zabiłem Snowa, tylko, czy zostanę uznany za winnego zabójstwa Snowa, to nie to samo - zaczął wreszcie jeść, a ja chciałem coś powiedzieć, ale ugryzłem się w język i patrzyłem, jak przeżuwa kawałek po kawałku.
- Jak nie ty, to kto?
- Nie wiem. Nie jestem jedynym mordercą. Może był spoza sfory? Było powiedziane, że Hypnotic najlepiej pasuje do ran zadanych twojemu bratu, ale to nie znaczy, że jest jedyną bronią na całym świecie, prawda? - zobaczyłem, jak jego oczy się rozszerzają, Shape niemal nie zmieniła wyrazu pyska, ale Peter… Peter wyglądał, jakby ostrze przebiło jego wnętrzności, zobaczyłem łzy w jego oczach. Łzy! Upadł na ziemię, chwytając się za brzuch, nie krzyczał, brakowało mi krzyku. Shape zbliżyła się o krok, tak jak wszyscy, a Peter zaciskał zęby, zagryzając język i tarzał się po podłodze.
- Nie umiera - powiedziała cicho Shape, tak cicho, że tylko ja mogłem usłyszeć. - Eames, coś ty mu dał? - zapytała. Nie odpowiedziałem, patrzyłem, jak strażnik próbuje znaleźć odpowiedni klucz, by otworzyć jego cele. Moja siostra otworzyła torbę, zwieszoną przez mój kark, gdy psom nareszcie udało się wyciągnąć Petera. Spojrzałem w jej zaskoczone oczy i po raz pierwszy, od czasu śmierci Snowa, czułem się bardzo, bardzo zadowolony.
- Idź po medyka! - krzyknął jeden ze strażników do drugiego, a sam przewrócił Petera na bok, gdy ten zaczął wypluwać z siebie białą pianę. Spojrzałem na Shape. Zamknąłem na sekundę oczy.
- Wybacz mi - powiedziałem bardzo cicho, nie wiedziałem, czy usłyszała, ale nie dałem jej czasu na reakcje. Popchnąłem ją, wpadła na strażnika. Skoczyłem na drugiego i odepchnąłem od trzęsącego się samca. Złapałem szczura za kark i zacząłem biec głębiej w mrok lochów. Peter się rzucał w konwulsjach, ale nie zwracałem na to uwagi, dopóki jego pazury nie znajdowały się blisko moich oczu. Biec. Musiałem biec, słysząc krzyki tuż za mną. Znałem te tunele, myślałem o nich często w innym życiu, sprawdzałem, znałem. Skręciłem, wpadając w ścianę. Zwolniłem. Ale myślałem. Mogłem myśleć, nie wiedziałem, kiedy to się zdarzyło, ale nareszcie mogłem, wiedziałem, co robiłem, miałem plan, swój plan.
Dotarłem do ściany. Spokojnie. Spojrzałem w górę. W tył? Nie, nie, nie, gdzie to miało być. Prawo. Widziałem starą cele i dziurę w niej. Wszedłem do środka i uderzyłem sznaucera w głowę, żeby przestał mi przeszkadzać i zamroczył się, chociaż na chwile. Zacząłem szybko rozkopywać kamienie, by zwiększyć przejście. Przerzuciłem przez nie szczura, a potem sam zacząłem przechodzić. Próbowałem zasypać przejście, chociaż trochę. Ciągle wyglądało jak ruina. Stanąłem w bezruchu po drugiej stronie. Słuchałem, czy zbliżają się, ale nie, odsunęli się, cofnęli. Wypuściłem powietrze.
- Słuchaj Peter - powiedziałem, utrzymując jego łeb w jednym miejscu. - Dostałeś trochę Jimmie do posiłku, nie martw się, mam jeszcze parę butelek. I niepewność, ją dodałeś ty. Sfora dała ci swoją karę, ja dam ci swoją. Zobaczę… zobaczę co dalej z tobą zrobię.
Nie pamiętałem ile czasu działają te wspaniałe trzy krople eliksiru. Wepchnąłem mu do gardła to, co zostało w butelce, tak na wszelki.
- Nie mam skomplikowanego planu - powiedziałem mu. - Na razie jest w nim wyjście z tuneli. Zostawię cię przy życiu, żebyś gnił w więzieniu, zabije, raczej zabije, nie wiem, nie chcę ci nic obiecywać, oprócz bólu. Na ból zasługujesz. Na razie istotne jest, żebyś wiedział, że polegasz tylko i wyłącznie na mojej łasce.
To się źle skończy, wiedziałem. Zapewne złapią mnie i wsadzą do celi obok Petera. Zapewne nawet nie dam rady daleko uciec. Zapewne.
Ale co właściwie mam do stracenia?
(Ja nie wiem, gdzie będzie kolejna część, u Ea czy u Shape. Ja ogółem mało wiem)
Eames zużywa jedno Jimmie.
Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+5 monet

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz