12.07.2018

Od Effy do Ivy

  Od razu po wstaniu z łóżeczka, przeciągłym ziewnięciu, otworzeniu oczu i przywitaniu dzisiejszego dnia z lekkim uśmiechem na pyszczku, serce powiedziało mi, że dzisiejszy dzień nie będzie takim zwykłem dniem, a takim wyjątkowym dniem, znacznie różniącym się od tych zwykłych dni. Nie wiem, czemu miałam takie odczucie, ale wiem, że inne psy też tak czasami mają i później rzeczywiście przeżywają wyjątkowy dzień, dlatego ucieszyłam się z tego powodu. Nie mogłam się doczekać, co mnie dzisiaj spotka, co się takiego wydarzy, że dzisiejszy dzień będzie taki niezwykły. Od razu chciałam się dowiedzieć, ale wiedziałam, że wszystko przyjdzie z czasem.
  Wstałam z łóżka, trochę się rozciągnęłam, a potem pościeliłam łóżko. Gdy miałam wyjść z komnaty, zerknęłam w stronę lustra, a gdy zobaczyłam swoje odbicie, to mój wzrok został tam na chwilę dłużej. Puściłam klamkę i podeszłam do lustra. Nie wyglądałam najlepiej, a raczej moje futro, bo każdy skrawek sierści był skierowany w innym kierunku świata. Musiałam coś z tym zrobić, nie mogłam tak wyjść. Sięgnęłam po szczotkę, która leżała na komodzie tuż przy lusterku i zaczęłam rozczesywać sierść. Zajęło mi to trochę czasu, bo w niektórych miejscach porobiły mi się kołtuny. Gdy skończyłam, obejrzałam się w lusterku. Wyglądałam o wiele lepiej. Byłam gotowa, mogłam wychodzić.
  Najpierw, jak to miałam w zwyczaju, udałam się do stołówki, aby zjeść śniadanie. W sforze mieliśmy naprawdę zdolne kucharki, które przygotowują wyśmienite posiłki. Nie wyobrażałam sobie poranka bez śniadania na stołówce jak w sumie każdego innego posiłku. Nie raz dziwiło mnie to, że jedynie dwie zdolne sunie potrafią przygotować te wszystkie posiłki dla całej sfory. Podziwiałam je za to. Niestety przy rodzinnym stole nie było żadnego z moich braci, dlatego musiałam zjeść śniadanie w samotności. Jedząc, myślałam o dzisiejszym dniu, który dopiero co budził się do życia.
  Gdy już zjadłam, odniosłam talerz i podziękowałam pani kucharce za posiłek, poszłam do ogrodu. Wychodząc z zamku, przywitało mnie ciepełko wytworzone przez samo słoneczko. Uśmiechnęłam się lekko do siebie. Uwielbiałam lato, była to, moim zdaniem, najlepsza ze wszystkich pór roku. Cierpliwie na nie czekałam, a gdy się w końcu doczekałam, korzystałam z niego i cieszyłam się nim całym moim sercem. Na dwór wychodziłam codziennie, nie potrafiłam przebywać w zamku w taką piękną pogodę. Słońce, ciepło i bezchmurne niebo aż zachęcał do wyjścia na zewnątrz. Za każdym razem nie potrafiłam im odmówić.
  Ogród nie znajdował się daleko od zamku, właściwie, to znajdował się tuż za nim. Gdy ujrzałam ziemię, gdzie rozkwitały najróżniejsze gatunki kwiatów, rosło wiele odmian roślin, otoczoną niewielkim, białym płotkiem, na moich policzkach wstąpił niewielki rumieniec. O tej porze roku ogród był piękniejszy niż zwykle. Chociaż on zawsze sprawiał, że na jego widok wstrzymywałam oddech.
  Do ogrodu weszłam furtką, która była takiego samego koloru co płot. Nie zapomniałam jej po sobie zamknąć. Spojrzałam na te wszystkie cuda natury, które tutaj rosły. Kochałam to miejsce. Mogłam w nim przesiadywać tyle, ile chcę, robić to, co lubię i przy okazji wykonywać swoją pracę. Uwielbiałam opiekować się tymi wszystkim roślinami, dbać o nie i obserwować jak rosną. Wolałam spędzać czas na łonie natury niż w zamku. Tutaj mogłam obserwować także dzikie zwierzęta, nie raz miałam szansę się którymś z nich zaopiekować, a nawet porozmawiać. Te często spotykałam w ogródku lub niedaleko poza nim. W obecności tych żywych stworzeń - roślin oraz zwierząt - nie czułam się samotnie. Nie to, co w zamku.
  Od bardzo dawna na niebie nie pojawiła się żadna chmurka, nawet taka najmniejsza, więc to oznaczało, że trzeba podlać niektóre rośliny znajdujące się w moim własnym ogrodzie. Nabrałam wodę z wielkiego wiaderka konewką i zaczęłam podlewać kwiaty.
  Ogród był terenem prywatnym, do którego tylko ja miałam wstęp. Wiedzieli o tym wszyscy sforzanie, z tego powodu nie spotkałam żadnego psa w moim ogródku, a nawet w tej okolicy i poza nim. Nikt nigdy tędy nie przechodził, nie interesował się tym miejscem. Ale dzisiejszy dzień był rzeczywiście wyjątkowym dniem, bo tego dnia ktoś postanowił wejść do ogrodu mimo zabronienia nadanego przez samego Alfę.
  Na początku w ogóle nie zdawałam sobie sprawy, że ktoś na mnie patrzy, że w ogóle ktoś tu jest, dlatego nadal podlewałam kwiatki jak gdyby nigdy nic. Wtedy niebieski motylek zaczął latać dookoła mojej głowy, po czym usiadł na moim nosku. Wpatrywałam się w niego, przestając podlewać krzak róż. Był cudowny.
- Ej, to twój ogród? - usłyszałam głos, który wiedziałam, że z pewnością należy do suczki. Przekręciłam głowę w stronę, skąd dochodził, a na ten ruch motylek odleciał. Zobaczyłam suczkę w typie owczarka niemieckiego o czarnej, krótkiej sierści i piwnych oczach, które patrzyły na mnie z pogardą, ale także ze szczyptą ciekawości. Patrzyłam na nią zdziwiona i jednocześnie nie wiedząc co powiedzieć. Nigdy nie znalazłam się w takiej sytuacji. Jedynie co mogłam zrobić to się zarumienić. Miałam nadzieję, że nie było ich widać przez moją sierść. - Tak, do ciebie mówię.
- Um... Tak, to mój ogród - odpowiedziałam, starając się nie mówić za cicho. Niektóre psy to denerwowało. Suczka mruknęłam coś niezrozumiałego pod nosem i otworzyła furtkę. - A-ale nie można do niego wchodzić... - powiedziałam bardzo cicho, bardzo nieśmiale, spuszczając wzrok.
- Co ty tam mówisz? - zmrużyła brwi. To nie był dobry znak.
- Że możesz wejść - zrezygnowałam ze wcześniejszego zdania.
- Wiem, przecież już to zrobiłam - podniosła wzrok i rzeczywiście miała rację, znajdowała się już w ogrodzie. - Jesteś zielarką?
- Tak.
- A co to za roślina?
- O ta? - pokazałam łapą czerwony krzew, który rósł przy płocie, a nawet był w jakimś stopniu jego część.
- No.
- Ognik szkarłatny.
- Aha. A po co ma te owoce? Da się je w ogóle zjeść?
  Tak zaczęła się nasza rozmowa polegająca na tym, że suczka o nieznanym mi wtedy imieniu pytała się, jak nazywa się dana roślina, w jakiej glebie rośnie, jaki lubi klimat i zdawała też wiele wiele wiele więcej tego typu pytania, ja starałam się jej szczegółowo odpowiadać. Wydawał się zadowolona moimi odpowiedziami.
- A to to? - chciała bliżej podejść do hortensji, aby wskazać mi, o którą roślinę jej chodzi, ale jej się nie udało, ponieważ potknęła się o to wielkie wiadro, z którego czerpałam wodę, przez co woda wylała się na rośliny, które już podlewałam, a suczka wpadła prosto na krzak róż.

< Ivy? >
(w końcu mnie się udało, pisałam z telefonu, dlatego mogą pojawić się dziwne słowa, ale i tak bądź ze mnie dumna | opowiadanie składa się z 1026 słów)

Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+5 monet

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz