27.07.2018

Od Eliota - Quest #1

Standardowy dopisek, akcja dzieje się, gdy byliśmy jeszcze dziećmi, drużyno. 
    Nasi rodzice byli najcudowniejsi na świecie, naprawdę. Gdybym był jakąś bardzo ważną osobą, jak na przykład pan Alfa Avalon, pan prawie Alfa Arthur, dziadek Peter albo wujek Gil, to wyciąłbym z papieru wielkie medale, napisał na nich coś miłego i im dał za to, jacy są świetni. Nie tylko ja tak myślałem, całe moje kochane rodzeństwo też były za tym, by dać im takie nagrody, no może poza Chantelle, ona chyba nas już nie kochała. Było mi z tego powodu bardzo, ale to bardzo przykro, bo ja bardzo chciałem, żeby cała moja rodzinka mnie kochała tak mocno, jak ja kocham ich. Wszyscy byli niesamowici, nawet wujek Fredrick, który często na nas krzyczał jak wbiegaliśmy mu w grządki, ale za to zawsze mi dawał trochę warzyw, jak ćwiczyłem gotowanie zup. Albo jak spotykaliśmy naszego kuzyna Violeta. On nigdy się do nas nie uśmiechał i nigdy nas nie przytulał, gdy my go ściskaliśmy. Ale i tak go kochałem, w końcu kiedyś przestanie być taki nieśmiały i również się do nas przytuli, no nie? Ale z Chantelle było inaczej, bo ona nas kiedyś bardzo kochała, a teraz się od nas odwróciła. Sunny mówiła mi kiedyś, że jej pierwsza rodzina na początku ją lubiła i potem ciocia musiała zaprowadzić ją do sfory, bo jej nie chcieli. Bałem się, że z Chantie też tak będzie, że postanowi od nas odejść, nie będzie już nas nigdy chciała. Było mi naprawdę smutno gdy myślałem, że mogę stracić moją ukochaną siostrzyczkę. Powiedziałem to nawet mamusi, na co ona mnie pogłaskała i powiedziała, że tak się nigdy nie stanie i ona ma po prostu teraz taki okres. Zupełnie nie zrozumiałem o co jej chodziło, czy można przez jakiś czas być kimś innym niż się jest? Bo Chantelle była kiedyś inna! Pokiwałem jednak głową, przecież jak mogłem nie wierzyć mojej mamuni, ona miała zawsze rację, była bardzo mądra. Zapytałem się jej jeszcze co mogę zrobić, żeby Chant chciała ze mną trochę porozmawiać, bo brakowało mi już powoli rozmowy z nią, a ona wtedy odpowiedziała, że możemy zagrać wszyscy razem w jakąś grę na dworze. To było to, gry zbliżają najbardziej, wszyscy kochaliśmy gry! Jakkolwiek siostrzyczka by się nie zmieniła, przecież nie mogła od razu znielubić grania z nami, prawda? Przecież tak głośno się przy tym śmiała! Tęskniłem za jej śmiechem, bardzo.
    Tatuś i mama zaraz po rozmowie zabrali nas na podwórko. Było akurat świeżo po deszczu, więc wszyscy ubraliśmy nasze żółciutkie kapoki i skakaliśmy we wszystkie napotkane kałuże! Bardzo lubiłem tą zabawę, robiliśmy zawsze zawody kto zrobi największy bryzg i ochlapie wszystkich jednocześnie, bo woda pryskała na wszystkie strony! Z dziurek w ziemi wyszło dużo dżdżownic i chodziły po tych często używanych ścieżkach, więc poprosiłem wszystkich, żeby bardzo uważali, żeby jakiejś nie zrobić krzywdy. Gdy tylko sam jakąś widziałem wszyscy robiliśmy stop i biegłem po listek, żeby odłożyć robaczka na trawkę. Widziałem kilka rozdeptanych i było mi przez to bardzo źle, że ktoś tak je potraktował i je też przenosiłem wtedy na bok i dawałem obok kwiatka, jak na grobach, gdy chodziliśmy położyć kwiatki i zapalić świeczkę na przykład cioci Penny, siostrze tatusia, której nie poznaliśmy, bo umarła bardzo, bardzo dawno temu. Myślę, że zmarłym jest wtedy bardzo miło, gdy o nich pamiętamy. Na pewno patrzą na nas z nieba i cieszą się, że myślimy o nich nawet wtedy, gdy nie możemy z nimi porozmawiać. Dlatego zwierzątkom też się to należy, nie tylko nam, pieskom. Być może wiele robaczków nie zostało dzięki mnie rozdeptanych i mogły wrócić do swoich małych domków i rodziny? Albo przynajmniej biedne, nieżywe robaczki uśmiechnęły się do mnie z nieba? Bo nigdy nie widziałem, żeby inne robaczki do nich przychodziły, żeby ich odwiedzić, musiało być im przez to bardzo smutno.
    Droga była przez to wszystko troszkę długa, ale nikt nie był na mnie zły, gdy do Lasu Dalekiej Przeszłości dotarliśmy trochę później, gdy słonko już wzeszło bardzo wysoko na niebie. Rodzice zaproponowali nam wtedy grę w cztery flagi, a my bardzo lubiliśmy tę grę, więc bardzo się na nią ucieszyliśmy! Podzieliliśmy się na cztery dwuosobowe zespoły, drużynę czerwoną, niebieską, zieloną i żółtą. Zielonymi zostali Ekhou i Bonnie, czerwonymi Dustin i Chantelle, przez co było mi troszkę przykro, że to nie ja będę mógł z nią porozmawiać w czasie gry, ale ucieszyłem się też, że Duszek będzie mógł, w końcu do niego też nic nie mówiła ostatnio. Żółtymi zostały Sunny z Adele, a ja i Ashes dostaliśmy piękne, niebieskie paski z bibułki na łapki i dużą, niebieską flagę. Tak jak wszyscy. Mamusia zawiązywała nam opaski, które były naszym identyfikatorem z drużyną i życiem - jeśli ktoś zerwie Ci opaskę, odpadasz z gry, dopóki mama albo tata nie zawiążą ci nowej. Gdy wszyscy mieliśmy swoje flagi, czyli kolorowe kartki nabite na patyki i bibułkowe opaski, rodzice usiedli na dwóch pieńkach i powiedzieli, że mamy ustalić gdzie będą nasze bazy, czyli gdzie wbijemy flagę której będziemy musieli pilnować. Każda z drużyn pobiegła w inny z czterech kątów lasu, w tym ja i Ashes. Musieliśmy wbić patyk z niebieską karteczką nie dalej niż trzydzieści metrów od miejsca, gdzie siedzieli nasi kochani rodzice. Odliczaliśmy.
    — Dwanaście... Trzynaście... Czternaście... — Powtarzaliśmy jednocześnie, skupiając się mocno na wyścielonej ściółką ścieżce. Uwielbiałem tą grę, nie mogłem się już doczekać, żeby zacząć grać, bronić swojej flagi i próbować odebrać flagę innym! Cieszyłem się, że byłem w zespole z moją siostrą Ashes. Była bardzo dobra!
    — Pomocy! — Usłyszeliśmy, nastawiając uszy. To nie był nikt z rodziny. Spojrzałem na siostrunię i pomyślałem, że pewnie się nam przesłyszało. Odliczaliśmy dalej.
    — Piętnaście... Szesna...
    — Pomocy, pomóż ktoś w potrzebie, błagam! — Gdy drugie wołanie dotarło do naszych uszu nie zastanawialiśmy się nawet, tylko przestaliśmy liczyć metry i pobiegliśmy jak najszybciej w kierunku źródła dźwięku. Ktoś potrzebował naszej pomocy, co jeśli stało się coś bardzo złego?!
    Gdy chwilkę później wbiegliśmy na małą polankę, wołania były najgłośniejsze. To był jakiś czarny wilk, którego łapka utknęła w dziwnym szczypco-czymś. Nie do końca wiedziałem co to, ale skojarzyło mi się z pułapką na niedźwiedzie. Panie w szkole mówiły, żeby na nie uważać, bo są bardzo niebezpieczne. Panu wilkowi leciała z łapki krew i strasznie jęczał, musiało go bardzo boleć! Od razu podbiegliśmy do niego z Ashie i staraliśmy się otworzyć pułapkę. To było bardzo trudne, bo szczypce bardzo mocno się wbijały, ale gdy w końcu bardzo się postaraliśmy, pułapka się otwarła na tyle, żeby pan wilk wysunął ranną łapkę z mechanizmy, a my szybko cofnęliśmy łapki.
    — Wszystko w porządku, panie wilku? — Zapytałem.
    — Bardzo pana boli? Iść z panem do medyków w sforze? — Dopytała Ash, a pan wilk tylko się uśmiechnął.
    — Nie trzeba, wszystko dobrze. — Powiedział, poruszając ranną łapką. — Szybko się zgoi. Bardzo wam dziękuję drogie dzieci, chodźcie do mnie, niech was uściskam.
    Podbiegliśmy do niego, żeby go przytulić, ale on nas wtedy nie przytulił. Nie. Zrobił coś innego, chwycił nas w pysk za skórę na pleckach, co bardzo nas zabolało. Krzyknąłem, moja siostrzyczka też, a wilk zaczął biec w kierunku innym niż przyszliśmy, daleko od rodziców.
    — Proszę nas puścić! Mamo, tato, pomocy! — Krzyczeliśmy na całe gardła. Ten pan wilk był chyba złym panem wilkiem.

[Ashes/Dustin/Sunshine/Bonnie/Adele/Chantelle?]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz