18.07.2018

Od Izai CD Tanaya

Wyszedłem z baru wraz z Tanayem. Oboje byliśmy pijani, chociaż nadal było nam mało wrażeń. Nie wiedziałem do końca co robię, racjonalne myślenie przyćmiewał wypity wcześniej alkohol. Kierowaliśmy się w stronę wrót zamku potykając się o własne nogi. Deszcz nieprzyjemnie siekał nasze ciała, oboje byliśmy kompletnie mokrzy. Bez słów, jedynie co jakiś czas namiętnie patrząc po sobie, szliśmy z zamiarem kontynuowania spotkania w mojej komnacie. Weszliśmy do zamku, towarzyszyły temu skrzywione spojrzenia innych, obcych psów, które akurat przechadzały się korytarzem. Zapewne w odpowiedzi na mocną, nieprzyjemną dla wielu woń alkoholu ciągnącą się za nami. Otrzepałem się z wody, Tanay również. Wyprzedziłem go nieco i poprowadziłem kamiennymi schodami na górę, prawie najwyższe piętro zamku. Szedłem dalej ciemnym korytarzem, aż w pewnym momencie się zatrzymałem i spoglądałem na samca uwodzicielskim spojrzeniem. Wskazałem łapą swoją komnatę i gestem zaprosiłem go do środka. Biało-rudy pies zniknął w środku, a ja poszedłem za nim zamykając drzwi. Przez chwilę staliśmy w zupełnym milczeniu jedynie patrząc na siebie z porządaniem. Wzrok Tanaya zdradzał, co zamierza zrobić. Skierowałem się do kuchni i wyjąłem z szafki butelkę czerwonego wina i dwa kieliszki. Nic nie mówiąc, udałem się drewnianymi schodami na piętro, do mojej sypialni. Znajdowało się w niej duże, dwuosobowe łóżko, dębowy, niski stolik i trzy szare pufy do siedzenia. Cały pokój był dość przestronny. Położyłem naczynia na stole, otworzyłem trunek i powoli wlewałem do nich krwistoczerwoną ciecz. Podałem jedną z lampek samcowi, który po niedługim czasie przyszedł za mną na górę. Ten pociągnął długi, powolny łyk cały czas namiętnie się we mnie wpatrując. Odpowiedziałem tym samym. Po odłożeniu kieliszka uśmiechnąłem się znacząco. Tanay kiwnął głową dając mi do zrozumienia, że jest gotowy zaraz zrobić coś, czego rano oboje będziemy srogo żałować. Przybliżył się do mnie odkładając swoją niedopitą jeszcze lampkę obok mojej, również nie do końca opróżnionej, na stół. Jego pysk był jedynie kilka centymetrów od mojego. Było czuć od niego silną woń alkoholu, co nie dziwne po tylu wypitych drinkach. Nie przeszkadzało mi to. Samiec wciąż nie spuszczał ze mnie wzroku, ale nie odezwał się ani słowem. Byłem spięty, nieco skrępowany tą sytuacją, jednak nieprzyjemne wrażenie szybko minęło po kolejnym łyku wina. Tanay przybliżył swój łeb jeszcze bardziej. Nasze nosy prawie się stykały. Zaśmiał się pod nosem i szepnął:
- No to zaczynamy.
Objął mnie ciasno łapami w pasie, ja odpowiedziałem tym samym. Pocałował mnie namiętnie. Już nieco mniej onieśmielony oderwałem się od psa i usiadłem na łóżku. Gdybym nie był tak pijany, zapewne teraz rzuciłbym się na niego gotowy zabić. Nie wiedziałem co robię, alkohol górował nad odpowiedzialnymi, trzeźwymi myślami. Patrzyłem na samca z wielkim pożądaniem w oczach. On powalił mnie na łóżko i kontynuował całowanie. Przesuwał łapami po moim ciele, a to tylko bardziej mnie podniecało. Zatraciłem się w nim, zdałem się na jego łaskę. Co będzie, to będzie. Nie było już odwrotu. Nagle samiec bez słowa zaczął zabawę "na serio". Po całym incydencie, oboje zmęczeni zasnęliśmy w mojej sypialni.
Następnego dnia obudziłem się około południa. Zapomniałem o pójściu do pracy, męczył mnie uciążliwy kac po wczorajszym dniu. Zbagatelizowałem to i postanowiłem dzisiejszy dzień spędzić w swojej komnacie, ot tak, po prostu. Przeciągnąłem się w łóżku i obróciłem na drugi bok. W tym momencie ujrzałem śpiącego obok Tanaya. Odskoczyłem na bok ściągając z niego całą kołdrę.
- Co ty tu robisz?! - wydukałem, choć brzmiało to bardziej jak bełkot przeplatany z gardłowym warknięciem.
Pies otworzył oczy i lekko uśmiechnął się pod nosem.
Tanay?
568

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz