08.07.2018

Od Izai - Wielka Podróż [2/3]

Rozdarcie na plecach nie pozwalało o sobie zapomnieć. Co prawda ból nie był już tak silny, jak dzień wcześniej, ale z każdym krokiem napływały fale nieprzyjemnych skurczów. Przemierzałem kolejne kilometry wciąż idąc tym samym szlakiem - po górach, ich wysokich szczytach. Na tym piętrze nie było już nawet żadnej roślinności oprócz trawy, mchu i mniejszych porostów. Skały. Ostre, gładkie, nieskalane niczyją łapą, albo stopą, skały. Kamienie. Chodzenie po nich na początku sprawiało niemałą trudność, ale po przejściu już tak długiego dystansu nie odczuwałem nawet różnicy pomiędzy przemieszczaniem się po łące, trawie, a po szorstkiej, ostrej, kamienistej powierzchni gór. Widoki na około były piękne. Pewnie nie jedna osoba oddałaby wiele, aby zobaczyć coś tak cudownego. Byłem zbyt zmęczony włóczęgą, aby przywiązać do tego większą wagę. Skupiałem się na tym, aby iść, brnąć do przodu, przed siebie. Z dala od sfory. Kiedy zaczął zapadać zmrok, spróbowałem zlokalizować wzrokiem najbliższe miejsce zdatne do położenia się. Uważnie obserwowałem kamienie, by znaleźć najmniej pochyły i chropowaty. Kiedy słońce było już ledwo widoczne nad horyzontem, znalazłem. Kamień był w połowie wyścielony szorstkim mchem, lecz druga połowa była gołą skałą. Położyłem się, rana na barku znów dała o sobie znać. Zmęczony wędrówką szybko zapadłem w sen.
Rano obudziły mnie pierwsze promienie słońca i lekki deszcz spadający z chmur. Nie zapowiadało się na cięższą ulewę, ale i te krople w połączeniu z prawie, ale jeszcze nie do końca zasklepioną raną tworzyły mieszankę wybuchową - ból był okropny. Podjąłem decyzję o zejściu w niższe partie gór, może do piętra kosodrzewiny. Zacząłem obierać ścieżkę po jak najniżej położonych kamieniach, aż w końcu, po około dwóch godzinach znalazłem się w miejscu, z którego dokładnie widać było cel mojego zejścia. Wędrowałem po dużo mniej pochyłym terenie niż wcześniej, całościowo porośniętym trawą. Mimo iż zaledwie wczoraj myślałem, że wygodne jest poruszanie się po gołych głazach i nie ma różnicy między tym, a chodzeniem po miękkiej ziemi, dzisiaj moje spostrzeżenia były inne. Uczucie towarzyszące przemieszczaniu się po trawie zaraz po zejściu z piętra turni było niczym spacer po chmurach. Mógłbym chodzić tak całe wieki. Po chwili, kiedy opuszki łap przystosowały się do nowego rodzaju podłoża, uczucie ustąpiło. 
< i tu mamy pewne urwanie w czasie, minęło sporo czasu, córka Izai jest już dorosła >
Spacer, wycieczka, a może największa podróż życia trwała dalej. Nie dręczyły mnie już myśli o Enfys, prawdopodobnie ułożyła sobie jakoś życie, wyprowadziła się. Wątpię, aby ktokolwiek o mnie pamiętał. Czy opłaca się w ogóle wracać? Jaka byłaby reakcja sforzan na nowego, a raczej starego przybysza? Pozostaje tylko to sprawdzić...
419

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz