18.07.2018

Od Pergilmesa cd. Svetlany

Pies. Cholerny Pies. On kiedyś doprowadzi do mojego zgonu, byłem tego pewien.
Powoli przyzwyczajałem się do wychodzenia na dwór, codzienny spacer dookoła zamku wydeptanymi ścieżkami mi starczał, ale Pies narzekał, że powinienem pokonywać ograniczenia. To nie tak, że nie miałem zamiaru, po prostu... nie teraz, jeszcze nie. Ale oczywiście Pies nie mógł tego zrozumieć.
Siedział na moim zadzie, zbyt leniwy, żeby nawet pomachać trochę swoimi skrzydełkami. Zdarzyło mi się raz lub dwa zabrać ze sobą jakiegoś innego psa, akurat wypadło na Tony'ego, ale to mi tylko przeszkadzało. Bzdurne słowa zagłuszały otoczenie, ktoś mógłby podejść nas i pewnie nawet nie usłyszelibyśmy. Na przykład Abington, bo kto mu bronił? Mi się udało wejść do sfory bez problemu, mi, zmęczonemu młodzikowi, a co dopiero mu. A poza tym, bycie samemu nie jest złe, prawdziwie samemu, bez psów, towarzyszy i całej reszty. Mogłem mówić, krzyczeć, skakać, a nikt nie wiedział. Mogłem opuścić gardę, a ciągle zapominałem, jak bardzo ciężko jest ją utrzymywać, spacery powoli stawały się do tego okazją. Mogłem chodzić moim dróżkami już bez patrzenia, mój towarzysz coraz rzadziej mi towarzyszył, wykorzystując te chwile spokoju do nie wiadomo czego. Powinienem się domyślić, gdy postanowił za mną polecieć, że na pewno ma jakiś głupi plan, ale milczał przez większość czasu, czasami trochę ćwierkając, więc uśpił moją uwagę. Dupek.
- Pies! - krzyknąłem, gdy poczułem, jak wyciąga sztylet z pochwy. Zawsze miałem go przy sobie, może, jak wróg będzie duży, to maksymalnie obetnę mu futro, a maksymalnie piętkę, ale utrzymywałem dzięki niemu iluzje bezpieczeństwa, którą Pies mi zepsuł, zabierając broń i lecąc przed siebie. Głupie cholerstwo.
Powinienem pewnie stać w miejscu albo wrócić do zamku, a nie biec za nim jak głupi, ale to właśnie zrobiłem, biegłem, jak głupi za ptakiem, który leciał do przodu z jakąś szaloną prędkością. Kiedy dobiegliśmy do Rzekę Sofoklesa, zawahałem się. miałem ochotę wrzasnąć na idiotę i pójść w tył, bo odzyskałem resztki zdrowego rozsądku, ale obok czerwonego brzucha Psa, między drzewami zobaczyłem machający się ogon. Wziąłem głęboki wdech i przymknąłem oczy. Nie znałem tego zapachu. Nowy pies? Nowy pies i mój Pies?
- Kurwa - powiedziałem pod nosem i pokonałem wodę, przeskakując po kamieniach i prawie się wywalając na pysk. Usłyszałem wysoki świergot Gila zagłuszony przez czyjś rechot, a potem cisza. Nie, nie, nie, nie.
Nawet nie zauważyłem, kiedy zacząłem biec. Wypadłem między psa, psy, otaczające mojego gila, przyciśniętego do ziemi. Jaki byłem głupi, nawet nie pomyślałem i wyskoczyłem między łapami jednego z nich na środek. Byli na tyle zaskoczeni, że nawet udało mi się wyciągnąć Psa spod łapy. Wstał, ale jedno z jego skrzydeł wisiało bezwiednie. Zranili go, zranili mojego Psa, złamali mu skrzydło.
- Kim wy do jasnej kurwy jesteście? - warknąłem, osłaniając ptaka. Utkwiły we mnie trzy pary oczu.
- A ty mały kundlu? Co tutaj robisz?- ten miał bardzo kobiecy głos, ewentualnie był samicą, bez różnicy, nadal mógł mnie bardzo łatwo powalić i nawet się odrobinę nie zmęczyć.
- Nazywam się Gilbert - odpowiedziałem, nawet przez moment nad odpowiedzią się nie zastanawiając. - Czemu dotknęliście tego zwierzaka? - zapytałem, mrużąc oczy. Nie wiedziałem na które patrzeć, któreś musiało być najważniejsze, kierujące, ale nie miałem pojęcia które. Wyglądały jak cholerne trojaczki.
- To zwierzę, chcieliśmy się zabawić - powiedział numer dwa.
- Moim stworzeniem? Chcieliście dotknąć mojego zwierzaka. Zepsuliście go. Nie mogliście przez momencik chociaż pomyśleć, zanim zaczęliście coś robić? Naprawdę? Nie posiadacie takiej zdolności? Niósł coś ze sobą, nie? to nie wpadliście, że najwyraźniej miał jakiś powód? - nawet nie wiedziałem co mówię, słowa same ze mnie płynęły. Pies oparł się o moją łapę i wiedziałem, że zaraz zacznie robić coś nawet głupszego niż ja, więc popchnąłem go tak, żeby upadł. Poboli, ale przestanie.
- Kim ty kurwa jesteś? - zapytał jeden, jak musiałem przerwać, żeby wziąć oddech.
- Gilbert głuchoto. To raczej jasne, już mówiłem. Co robicie na naszym terenie? Nie macie własnego?
- Co to niby znaczy wasz, maluchu?
- Zwracaj się do mnie chociaż z odrobiną szacunku! - warknąłem. Zacząłem rozglądać się za sztyletem, leżał spokojnie w trawie obok numeru trzy, który chyba nawet go nie zauważył.
- Ej, Vistor, czy on jest jednym z tych psioczków z Royal Dogs - zamarłem, ale nie powiedziałem ani słowa.
- Hmm, jesteś maluszku? - zapytał mnie Vistor, podchodząc bliżej, warknąłem na niego i użyłem wszystkich sił, by się nie cofnąć. - Jesteś jednym z tych oszustów?
- Oszustów? - wyrwało mi się.
- Psy, które zapomniały, jak być psami - odezwał się po raz pierwszy trzeci pies. - Im mniej tej zarazy na świecie, tym lepiej - Vistor się uśmiechnął i chyba myślał, że już wie, zaczął wyciągać pazur w moją stronę.
- Nie bądź debilem - warknąłem, nadal stojąc nieruchomo. - I jeszcze przestań mnie obrażać. To jest teren mój i mojej partnerki - powiedziałem. To była granica Lasu Randala, zapach sfory był słabo odczuwalny. Mogliśmy już nawet nie być na jej terenach. To nagle do mnie dotarło. Mogłem wybiec poza bezpieczeństwo. Nieważne. Pies, zranili Psa i mogą zaraz zranić mnie.
- Naprawdę? Ty? Ty masz własny teren kurduplu?
- A ty masz rozum, różne rzeczy się zdarzają - to mu się nie spodobało, bardzo, kłapnął zębami. Co ja robię?
- Chłopcy, jakiś problem?- Svetlana, skąd się tutaj do cholery wzięła nie wiedziałem, ale się przyda.
- Ktoś ty? - zapytał drugi. Popatrzyłem na samice, która wyglądała, jakby miała zamiar zaraz rzucić się im do gardeł, najlepiej wszystkich trzech na raz.
- Mówiłem, że to nasz teren. A wy tu z jakiego, cholernego powodu jesteście?  - odpowiedziałem, zanim Svetlana zdążyła się odezwać.
- To jest ta twoja partnerka? - zapytał Vistor.
- Tak, tak, uwierz, wszystko co masz zamiar mówić, słyszałem - nie odwracałem się do Svetlany, nie widziałem jej wyrazu pyska. Proszę, graj ze mną w tę grę.
- I naprawdę tu mieszkacie - kiwnąłem łbem. - Może nam się przydacie. Potrzebujemy znaleźć jedną rzecz - brzmieli już odrobinę milej.
- Mogę przeprosić na chwile - powiedziała Svetlana najbardziej miłym tonem, jaki od niej słyszałem. To było straszne. Trójka popatrzyła na siebie, ale odeszła kawałek, dając nam odrobinę prywatności. - Co ty robisz? - zapytała mnie samica szeptem.
- Słuchaj, kłamstwo z partnerką wymyśliłem, zanim tutaj przyszłaś, więc przepraszam bardzo, ale jesteś mimowolnie w to włączona.
- Mogę ich załatwić.
- Ani się waż.
- Pergilmes.
- Svetlana - warknąłem trochę za głośno, odwrócili się. Nie mogli zrozumieć słów. - Nie wszystko trzeba rozwiązywać przemocą.
- Ale to akurat można.
- Nie. Obchodzi. Mnie. To - uderzyłem łapą o ziemię. - Dowiem się czego chcą, może nawet im pomogę, wszyscy rozejdą się w swoje strony. Po problemie, może się czegoś ważnego dowiem. Nie musisz w tym uczestniczyć, partnereczko.
(Svet, ja też niezbyt chciałam to osiągnąć, ale masz)

Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+5 monet

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz