16.07.2018

Od Samanty CD Jaya

   Byliśmy rodzicami. Łzy radości przecinały mój pyszczek raz za razem, a ja z miłością przejeżdżałam wzrokiem po swoich szczeniętach, nie, nie przejeżdżałam. To określenie brzmiało niezbyt delikatnie i nie oddawało tych wszystkich uczuć, które napłynęły, kiedy małe kulki piszczały przy moim boku. Bardziej by pasowało delikatne głaskanie ich wzrokiem i obejmowanie każdego filigramowego fragmentu naszych dzieci. Były cudne, najpiękniejsze i miały największe zadatki na zostanie następcami Dżamanty, szalonymi dziećmi, które będą dzielić się radością tego świata z innymi i pokazywać wszystkim, że ten nie jest taki zły i pomiędzy tymi okropnymi czy strasznymi rzeczami, znajduje się miejsce na takie iskierki. Bo w końcu cień nie może istnieć bez światła.
 - Kocham je. - szepnęłam, a następnie z największą delikatnością przykryłam młode swoim ogonem. Czułam się w obowiązku je chronić i dopilnować, aby spędziły swoje życie bez trosk. Przytuliłam je do siebie i wsłuchałam się w ich równy oddech, który przerywał ciszę skrzydła szpitalnego. Ginekolodzy powiedzieli, że mój poród na łonie natury ponoć wyczerpał mnie do tego stopnia, że woleli, abym spędziła resztę nocy pod ich opieką. W zasadzie to nie czułam się przesadnie zmęczona, ale uszanowałam ich zdanie i korzystałam z możliwości, aby móc posiedzieć za kilkunastoma parawanami oraz co chwila móc być odwiedzaną przez jakiegoś upoważnionego sforzana, który zwykle podawał mi kubek czegoś do picia. Gdzie w tym czasie był mój Jay-Jay?
  Podniosłam lekko głowę, aby móc spojrzeć na aussie, który ułożył się spać tuż obok mnie. Nie miał najmniejszego zamiaru odłączać się na noc, więc wkradł się na łóżko i pomagał mi ogrzewać swoim ciepłem dzieciaki. Polizałam go lekko po nosie, a ten uśmiechnął się, będąc jednocześnie w krainie Morfeusza i wtulił swoją głowę w moje przednie łapy. Położyłam swoją na jego karku, spojrzałam się na młode i usypiając siebie powili. Nie mogłam jednak zupełnie pogrążyć się w marzeniach sennych, ponieważ co kilka chwil otwierałam oczy, aby móc spojrzeć na rodzinkę i upewnić się, że to wszystko nie jest snem. Że naprawdę jestem mamą, Jay moim partnerem, a te kulki pomiędzy nami, to szóstka władców świata...
  Ta noc minęła spokojnie. Kilka razy musiałam zaopiekować się szczeniakami, a następne tyle zajął się nimi mój mąż, który uznał, że teraz jego kolej. Że muszę być wyspana, bo jutro trza będzie oblecieć cały zamek z prędkością odrzutowca, aby pokazać wszystkim te szczenięce cuda.
  Nie zdążyłam jeszcze wejść w fazę głębokiego snu, kiedy nagle zdałam sobie sprawę, że było już w miarę jasno. W sali pojawił się ruch, a tuż przed moim pyszczkiem pojawiła się miska z żarciem. Na szczęście nie tym szpitalnym, a wykradniętym przez mojego wybawcę ze stołówki. Z niemałą radością zanurzyłam swój pysk w śmiesznym musie z owoców leśnych i innych ziółek, a następnie także w jakimś niezidentyfikowanym mięsie. Jednocześnie spróbowałam podsunąć jakiś mały kawałeczek dzieciom, bo powinny poznawać różne smaki już od małego, ale jakiś medyk powiedział, że nie powinnam tego robić i polecił JJ'owi, aby pilnował mnie, do czasu aż młode nie będą miały dwóch tygodni czy jakoś tak, bo na razie mogą pożywiać się jedynie mlekiem. Ech, a naprawdę by im posmakowało to jedzonko, cóż, więcej dla mnie.
  Po krótkiej chwili nadszedł czas, aby szybko przebadać mnie i dzieci ("Ej, a ja to tak sam mam być? Weźcie i mnie!" - Kapitanowi Jayowi nie spodobał się fakt, że nie został poproszony, więc sam też wszedł i nakazał się przebadać), a po donośnym stwierdzeniu, że wszyscy są zdrowi, uznano, że możemy już wyjść ze skrzydła. Ta wiadomość była świetna! Wyszukaliśmy szybko jakiś koszyk, wypełniliśmy go kolorowymi kocami i przyozdobiliśmy przypinkami z rakietami oraz takimi kosmicznymi wstążkami w gwiazdki. Usadowiliśmy w środku szczeniaki, które były odrobinę żywsze niż wczoraj i nawet zaczęły mrugać zamkniętymi oczkami, a następnie wycałowaliśmy je i złapaliśmy wspólnie za ozdobioną rączkę i wyszliśmy na korytarz.
 - Śtateh kosmicny rołpocyna podbój wsechśwata! - powiedział świeżo upieczony tatuś, jednocześnie trzymając w zębach wiklinę.
 - Plaetha piesza! Khomaha delt!! - nakazałam kierunek i ruszyliśmy miękkim kłusem przez korytarze, a napotkane psy spoglądały na nas z okrągłymi oczami. Mało kto wiedział o mojej ciąży, ponieważ nie była jeszcze widoczna, kiedy Dżajś podał mi eliksir.
  W drugiej minucie od wyruszenia z przystani, mimo początkowego planu spokojnego lotu na wyznaczoną planetę, zaczęliśmy jednak odbijać na pomniejsze komety, na które natrafialiśmy. Większość pilotów doradziłaby nam, aby ich unikać, ale my woleliśmy zatrzymywać się od jednej do drugiej, aby zregenerować energię i przez chwilę korzystać z tej, generowanej przez ciała niebieskie, niekoniecznie będące w tym kolorze. Przykładowo cała zielona Prim, która niosła ozdoby z wianków trawy, omal ich nie wypuściła z łap, kiedy nas zobaczyła czy Picc, będący w towarzystwie swoich dorośniętych maluchów, tworząc asteroidę posiadającą kilka własnych księżyców. Pojawili się też pojedynczy wędrowcy kosmiczni, którymi byli inni członkowie naszej rodziny, którzy powracali ze śniadania, przyjaciele ("Mari, rzuć okiem na te cudne adsafda!! ONE SIĘ UŚMIECHAJĄ" "Nie dość, że na twoim własnym wieczorze panieńskim, nie powiedziałaś mi, że jest on twój, to jeszcze teraz byłaś w ciąży mi nie powiedziałaś?! OJA JAKIE CUDNE PASZCZAKI") oraz znajomi z pracy. Ostatecznie, po dwóch godzinach, w czasie których wpadliśmy do stołówki, aby coś przekąsić i kilka razy pozwolić młodym, aby też same coś zjadły, dotarliśmy bohatersko do komnaty mamy Jaya, chociaż właściwie, to też mojej. Rozpromienieni, niczym Skłodowska-Curie i jej mąż Pierre, pokazaliśmy babci szczeniąt jej nowych podopiecznych, a uśmiechom i nienaturalnie zdrabnianym kwestiom skierowanym do puszystych klusek nie było końca. Zdążyliśmy się również zobowiązać do tego, aby opowiedzieć mamie o tym, co zdarzyło się nam podczas naszej podróży do Afryki, ponieważ ograniczaliśmy się na razie do naszych opowieści o Majorce i orkach, a jest bardzo ciekawa kilku spraw, przykładowo o tym, co tam jedliśmy oraz skąd wytrzasnęliśmy Ekha, bo nie wszyscy biorą ze sobą pamiątkę z safari w postaci osieroconego likaona. Oczywiście obiecaliśmy, że opowiemy o tym z najdrobniejszymi szczegółami, po czym zdaliśmy sobie sprawę, że nasi towarzysze nie wiedzą jeszcze niczego o szczylach i pewnie sądzą, że gdzieś zniknęliśmy. Oczywiście nie, że byłoby to coś dla nas nienormalnego, bo doskonale wiedzą, że mogło nas znęcić miasto i tam mogliśmy przenocować, a potem jeszcze pobyć kilka godzin albo zaatakować jakąś ludzką księgarnię, aby zdobyć kolejną część komiksu, której nie mieliśmy. Nawet nasz najstarszy syn, który tak się bał izolacji i osamotnienia, rozumiał, że raz na jakiś czas po prostu musimy się wyszaleć i zrobić coś, co jest niedozwolone dla szczeniąt. Przykładowo najeść się słodyczy po północy, już słyszę policję dietetyczną!
  Pożegnaliśmy się więc z sunią i ruszyliśmy do następnej planety, jednak jeszcze nie tej, która nazywa się Komnata Dżamanty, a Lochy. Dlaczego tam? Otóż czuliśmy się zobowiązani do odwiedzenia tatulka Jaya, Petera, który aktualnie się tam znajdował. Nie wnikaliśmy w to za bardzo, a przynajmniej próbowaliśmy, ponieważ uczestnicząc w treningach i biorąc pod swoją opiekę morderców, którym mogłyby się pojawić boczki z tłuszczu, gdyby nie byliby pilnowani, mimowolnie dowiadywałam się tych wszystkich plotek o już-nie-becie. Nie byłam z ich powodu zadowolona, ale z drugiej strony też nie wiedziałam co myśleć o Snowie. Ostatecznie jednak porzuciłam te myśli, ponieważ nie ważne co zrobił ten sznaucer, ważne, że był dziadkiem naszych dzieci i chcieliśmy, aby te iskierki wniosły do jego smutnego życia odrobinę światła. W końcu o to w tym wszystkim chodzi, prawda? Otuliliśmy młode szczelniej kocykiem, aby nie zmarzły i ruszyliśmy po schodach w dół.
 - Juuuu, trasimy wysjokost! - mówiliśmy przy tym. - Mejdej, mejdej, mejdej!
  Po chwili już byliśmy przy wejściu do tego mrocznego, pełnego cel labiryntu. Kapitan Dżej pozwolił, abym to ja rozmawiała z kosmitą, który był strażnikiem tego miejsca. Odchrząknęłam, a następnie korzystając ze swoich umiejętności przywódczych i dyplomatycznych, przybrałam odpowiedni ton głosu i niczym jakiś zawodowy gościu, który przekonuje innych, aby wpuścił ich do tajemnej mrocznej dżungli, zaczęłam przemowę.
 - Chcemy się spotkać z Peterem. - powiedziałam, a mój mężu pokazał mi uniesiony kciuk w górę. Znaczy... podniósł łapę, co było z tym równoznaczne. - Zgodnie z przysługującym nam prawem. - chyba takie istnieje, prawda? Świeżo upieczone matki i tatulki mogą wchodzić wszędzie, aby pokazać wszystkim swoje pociechy. Gość spojrzał na nas, a następnie widząc naszą determinację, powiedział, że rzeczywiście, możemy odwiedzić więźnia, ale najpierw musi zrobić procedurę. Bla bla i blabla. Zaczął coś pisać na jakimś papierku i sięgnął, aby sprawdzić co się znajduje pod szczeniakami. Jakbyśmy szmuglowali pilniki! W przypływie hormonów, miałam ochotę trzepnąć go po łapach, ale Jay uspokoił mnie, mówiąc, że musi to zrobić, aby móc nas wpuścić do środka. Po dłuższej chwili jego słowa prawdą się stały i wkroczyliśmy do puszczy kamiennych labiryntów. Skrzętnie unikaliśmy tygrysów i jaguarów, które kryły się za każdym rogiem, aby po jakiejś minucie kluczenia za strażnikiem lub raczej gwardzistą, móc dojść do tajemnej krypty. Zadzwonił klucz, podano Dżej-Dżejowi pochodnię, a tymczasem ja trzymałam koszyk.
 - Ktoś, eee... do ciebie przyszedł. - powiedział pies, a my nie czekaliśmy dłużej. Wparowaliśmy do środka i z wesołymi cichymi pokrzykiwaniami zaczęliśmy pokazywać sznaucerowi małe kulki.
 - To jest Adele, Bonnie, spójrz, tu Dustin ma taką kępkę futra, chyba po tobie, Eliot, Chantelle, to z francuskiego, ponoć. O! A ta tutaj to Ashes! - mówiliśmy i jednocześnie wskazywaliśmy łapami na młode. To było dziwne zderzenie dwóch kompletnie różnych atmosfer. Mimo pozornej przewagi ciemności jednak udało nam się - dziadek dżamanciątek uśmiechnął się blado.
  Po kilku minutach uznano, że już się sobą nacieszyliśmy, więc byliśmy zmuszeni opuścić labirynt. Byliśmy jednak szczęśliwi, ponieważ udało nam się zdobyć artefakt. Teraz już mogliśmy wracać na swoją planetę, gdzie czekali nasi towarzysze. Włączyliśmy napęd międzyświetlny i już w następnej sekundzie wparowaliśmy do naszej komnaty. Cali i zdrowi, nawet kosmici nas nie zaatakowali. Horacy, Ekhou i Ikar podnieśli głowy, po czym znieruchomieli. Soturi spojrzała się chłodno na szczyle. No tak, tej wilczycy nic nie zadziwi, nawet gdybym nauczyła się w czasie godziny czytać płynnie chiński alfabet, jednocześnie wygrywając złoty medal na ludzkiej olimpiadzie.
 - Już przyszykowałam łóżka dla młodych i zrobiłam napary, aby zająć się ich odpornością. - powiedziała, a następnie dotknęła łapą jedno ze szczeniąt. - Dziwne to to. - dodała po chwili i przeistoczyła się w cień. Chyba właśnie zmarnowała cały swój zapas empatii i dialogów, trzeba będzie poczekać jakiś czas, aby się ponownie naładował. Cóż, nie powinno się naciskać. Tymczasem pozostała trójka naszych współlokatorów zaczęła się przeciskać do koszyka, aby z cichym "Ooo" lub "Kuci kuci" zacząć przyglądać się młodym. Jay przejął stery w tłumaczeniu, które jak się nazywa i ogólnie w opowiadaniu o moim soku z niespodzianką. W tym czasie ja odeszłam na chwilę na bok i zaczęłam się temu wszystkiemu przyglądać. Dotarło do mnie, że jest jeszcze kilka psów, które powinny się dowiedzieć o naszym potomstwie. Mama i mój brat, Bolek. Westchnęłam cicho. Mimo korespondencji listownej nie przybyli na mój ślub, na zaproszenia na herbatę i nawet nie silili się na nic, co choćby byłoby znakiem, że zależy im na mnie. Nie czułam, aby byli moją rodziną w takim stopniu jak kiedyś.
 - Sammy, spójrz, jednak to Chant ma taką łatkę, podobną do sznaucerowej! - uśmiechnęłam się lekko w stronę najukochańszych stworzeń w moim życiu, a następnie powiedziałam, że pójdę do pokoju dzieci, aby rzucić okiem i sprawdzić czy możemy już je tam ulokować. Nie było to kłamstwo, ponieważ zrobiłam to i jednocześnie napisałam szybko list na jednym z biurek, które miały służyć młodym do tworzenia rękodzieł w przyszłości. Następnie podałam go Ikarowi i powiedziałam, aby ruszył w stronę znanych mu już współrzędnych. Nie minęła chwila, a już siedziałam razem z rodziną w salonie i zapomniałam o tej sprawie.

Kochani! Nie wiem jak zareagujecie na wieść, że nie tyle, ile mam już męża, ale także od wczoraj już młode. Tak, mamo, zostałaś babcią, a Ty Bolku wujkiem. Szczenięta są śliczne i występują w liczbie sześciu. To znaczy, że po naszej, czyli mojej i Jaya komnacie, biega już siedem szczyli, ponieważ wcześniej zaadoptowaliśmy już pewnego wspaniałego likaona. Szkoda, że Was tu nie ma. Ponawiam zaproszenie, któryś już tam raz i liczę, że wpadniecie do nas, do Royaldellu, którego położenie już tłumaczyłam, a o wskazówki możecie się dopytać Ikara.                                                                                  Czasem marzę, że jesteście tu ze mną.                                                                                                                                                                      Wasza Sam

Kapitanie Dżaj-Dżaj? Trzeba w końcu zabrać się do opowieści o safari i do wychowywania dzieci!
1000+

Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+5 monet

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz