23.07.2018

Od Shape cd. Eamesa - Proces

Proces rozpoczynał się o dziewiętnastej, tak, żeby każdy świadek zakończył już swoje zajęcia, związane ze stanowiskiem. Czekałam na to tak długo, ale ten akurat dzień minął mi wyjątkowo szybko. Po wstaniu udałam się do stołówki, a następnie na szybki bieg po terenach sfory, który się przedłużył, gdy postanowiłam sama upolować obiad. Znalezienie zwierzyny, rozprawienie się z nią, a następnie zjedzenie zajęło mi sporo czasu, a także mocno ubrudziło sierść. Nie chciałam taka pokazywać się w zamku, więc umyłam się w jeziorze, a niedługo przed rozprawą zrobiłam to samo w swojej komnacie. Musiałam prezentować się nienagannie.
Wiedziałam, że wpuszczanie do pomieszczenia, w którym miała odbyć się rozprawa, nie nastąpi do momentu, gdy zostanie jedynie pół godziny do samego wydarzenia, więc wtedy dopiero udałam się na miejsce, zabierając ze sobą dokumenty. Oprócz mnie znajdowało się tylko paru gapiów, którzy bardzo chcieli obserwować rozprawę, więc przyszli już zająć miejsce. Z tego co wiedziałam, do procesu zostało dopuszczonych dziesięciu świadków, jednak sporą część z nich uważałam za niewartą uwagi. Zamierzałam ich słuchać, ale nie zadawać pytań, nie było po co marnować czasu. Sala sądowa była przekształconą jedną z komnat na parterze. Pośrodku postawiono największy stół, gdzie znajdowało się miejsce dla sędziego, którego rolę miał pełnić Avalon, siedząc na środku, a po jego lewej stronie znajdować się miał protokolant, została nim Maya, mniej aktywna z kronikarek. Spodziewałam się zobaczyć drugą z nich na sali, nie sądziłam, że ktokolwiek w bliższy sposób połączony z - byłym już - samcem beta przegapi to wydarzenie. Miejsca moje i Metrum stały po przeciwległych stronach sali, po bokach od głównego stołu. Nasze biurka były ustawione pod lekkim kątem, moje znajdowało się po prawej stronie od wejścia z jednym krzesłem. Publiczność nie miała takiej wygody i była zmuszona siedzieć na podłodze, chociaż oczywiście nie narzekali. Miejsce dla wypowiadających się świadków ustalono na środku trójkąta utworzonego ze stołów i było wyznaczone prostą kreską na podłodze.
Już to widziałem. Pokonam go, pokonam ostatecznie, a on zawiśnie za zbrodnie, które dokonał przeciwko mojemu bratu, przeciw światu. Będzie szedł na skazanie ze zwieszoną głową, doprowadzę do tego, nie dopuszczę, by chociaż spróbował ją opuścić. Będzie szurał łapami o ziemię, będzie bezsilny i taki zginie, pokonany, a Snow będzie stał obok mnie, patrząc na to i uśmiechając się...
- Shape? - Potrząsnęłam łbem i spojrzałam na psa stojącego przede mną, Morvana. - Wszystko w porządku?
- Owszem. - Poprawiłam ułożenie dokumentów na stole i jeszcze raz na niego spojrzałam. - Skąd to pytanie?
- Po prostu wyglądałaś, jakbyś odpłynęła. Rozumiem, że to ciężka sprawa i…
- Morvan - przerwałam mu. - Czy mógłbyś udać się do sektoru dla oglądających? Nie powinieneś tutaj stać. - Patrzyłam na niego chłodno i czekałam, aż się poruszy. Popatrzył na mnie zaskoczony, ale spełnił prośbę i odszedł, zajmując miejsce między innymi psami. Sala była już niemal zapełniona, gwardzista przy wejściu wpuszczał ostatnie osoby. Poprawiłam sierść i rozejrzałam się. Świadków posadzono w pierwszym rzędzie, by ułatwić im wychodzenie. Nie było Eamesa. Zaczynał mnie powoli irytować, a jeszcze bardziej stresować, jednak ostatecznie, gdy już podejrzewałam, że nie będzie w stanie się tutaj przyczołgać, pojawił się. Szedł z wysoko uniesionym łbem, nie patrząc na inne psy, jedynie prosto przed siebie. Był rzeczywiście czysty, dobrze uczesany, wyglądał jak porządny pies, którym od tak dawna nie był. Zajął swoje miejsce, nawet nie spoglądając w moim kierunku.
Wreszcie wprowadzono Petera. Eskortował go jeden z gwardzistów, a jego widok sprawił, że na moim pysku pojawił się uśmiech. Był brudny, skudłacony, sierść splątana, nadal z wysoko uniesionym łbem, kulał, lekko, ale widocznie i to zniszczyło mój uśmiech. Wyglądał marnie, tak marnie, nie jak zimnokrwisty morderca, tylko jak zmęczony starzec. Zlitują się nad nim.
Czułam chłód rozchodzący się po moim grzbiecie. Nie mogłam pozwolić mu wygrać, nie mogłam, nie jemu, nie małemu starcowi, który oszukał śmierć.
- Proszę wstać, sąd idzie - powiedział strażnik przy drzwiach. Publiczność rozstąpiła się, tworząc między sobą korytarz, którym przeszedł Avalon, a także dwaj towarzyszący mu strażnicy - obrońca Valour oraz syn Arthur. Usiedli wyprostowani przed stołem, blokując dostęp do sędziego, który usiadł na swoim miejscu i uderzył łapą o stół.
Zaczyna się.
- Czy na miejscu znajduje się oskarżony? - Po raz pierwszy spojrzał w stronę Petera, który kiwnął poważnie łbem. - Dobrze, czy znajduje się adwokat oskarżonego?
- Jestem na miejscu - powiedział Metrum.
- Czy znajduje się oskarżyciel posiłkowy? - Również kiwnęłam łbem, spoglądając na niego krótko i wracając wzrokiem do Petera. Nasze spojrzenia się skrzyżowały, nie mogę powiedzieć, że się bał, ale nie był też pewny, oczekiwał.
- Czy wszyscy świadkowie przybyli?
- Tak - powiedział strażnik przy wejściu. Avalon spojrzał do swojego zbioru dokumentów na stole.
- Dobrze, rozpoczynam rozprawę. Pan Peter został oskarżony o zabójstwo pana Snowa w nocy z pierwszego na drugiego kwietnia, przy Psiej Skale. Użycie Konga nie nastąpi ze względów praktycznych. Dowodem numer jeden w sprawie jest sztylet Hypnotic zarekwirowany panu Peterowi z jego komnaty. Po ekshumacji i ponownym zbadaniu ciała ustalono, że ostrze było prawdopodobnym narzędziem zbrodni, na co wskazuje kształt zadanej rany. Po testach ustalono, że jako jedyny z dostępnych w sforze sztyletów, w dany sposób rozrywa skórę. Dodatkowo ustalono, że atak został przeprowadzony przez osobę  niższą od pana Snowa. Inni prawdopodobni podejrzani zostali oczyszczeni z zarzutów, ze względu na brak możliwości popełnienia zbrodni w danym czasie.
- Oskarżony, proszę wstać. - Peter wykonał polecenie, musiał stać na krześle, żeby wystawać zza stołu. - Czy przyznaje się pan do popełnienia zarzuconego czynu? - Możliwe, że tylko mi się wydawało, ostatnio wiele rzeczy mi się wydaje, ale przed jego odpowiedzią nastąpił moment ciszy, jakby wszyscy wstrzymali oddech i spodziewali się innej odpowiedzi, niż ta, która nastąpiła.
- Nie.
- Proszę podejść do wyznaczonego miejsca - poprosił Avalon. Znowu to kulenie, teraz już przy sędzim, alfie, przyjacielu.
- Czy przysięga pan na honor, sforę, rodzinę i… Boga - wyraźnie zawahał się przy tym ostatnim. - Mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę?
- Przysięgam. - Zabrzmiał wyjątkowo głośno w szepczącej sali, prawdziwie. Potrząsnęłam łbem.
- Co pan robił w noc popełnienia zbrodni?
- Byłem na wieczorze kawalerskim syna, Jaya, który zaczął się wieczorem, wtedy też tam przyszedłem. Byłem, delikatnie powiedziawszy, zadowolony z faktu, że bierze ślub, więc świętowałem także w towarzystwie butelki. Wypiłem pięć szklanek alkoholu, którego nazwy nie pamiętam. Następnie od nieznanego osobnika dostałem informacje, że poszukuje mnie wielki pies, następnie przeszedłem przez parkiet, gdzie wpadł na mnie Jamie. Porozmawialiśmy przez chwilę, następnie spotkałem się z owym psem, który mnie szukał, był nim Ivan. Wtedy wyszliśmy z wieczoru kawalerskiego, bo zabrakło Khortytsa, który podobno jest wyjątkowo smacznym alkoholem. Rozmawialiśmy o tym, gdzie mógł dany alkohol zaginąć, ponieważ powinno być go jeszcze sporo. Pojawił się pomysł, że jeden z gości nas odwiedzających mógł go podkraść. Dostaliśmy się do jego komnaty, a następnie zaczęliśmy ją przeszukiwać. Ivanowi udało się odnaleźć dużą skrzynkę, którą następnie zaniósł do karczmy. Przebywałem tam razem z nim i innymi samcami około godziny, następnie udałem się do swojej komnaty, ponieważ następnego dnia miał miejsce ślub mojego syna, który chciałem dobrze zapamiętać, a kac nie pomógłby mi w tym. Może to potwierdzić jedynie mój towarzysz, którego nie wpuściliście na salę. - W jego ostatnim zdaniu zabrzmiała odrobina irytacji, ale reszta wypowiedzi była pozbawiona emocji, dostarczył ją w bardzo spokojny sposób.
- Czy mają państwo jakieś pytania? - zwrócił się, do mnie i Metrum sędzia.
- Gdzie znajduję się pańska komnata? - zapytał adwokat, wstając z miejsca.
- Na samej górze, numer siedemset trzydzieści dwa.
- Ile zajmuje panu przejście ze swojej komnaty do wyjścia z zamku?
- Pięć do dziesięciu minut, zależy jak bardzo się spieszę.
- Dobrze, a dojście do Psiej Skały?
- Gdybym spieszył się, żeby kogoś zamordować, myślę, że byłbym w stanie pokonać ten dystans w dwie godziny.
- Dobrze, Snow został zamordowany około godziny pierwszej, więc pan Peter musiał się bardzo spieszyć, by zdążyć tam dobiec, biorąc pod uwagę, że wyszedł z zamku około północy. W takim wypadku musiał udać się tam niebywale szybko, zabić Snowa, zdążyć zmyć krew, wrócić do zamku niezauważenie, co zajęło mu kolejne dwie godziny, więc koło trzeciej przebywał w zamku, przez który również musiał przejść niezauważony, a następnie powrócić do komnaty. Załóżmy, że zdążył to zrobić, że żaden z samców wracających z wieczoru kawalerskiego go nie zauważył. Jakie to prawdopodobieństwo?
- A jakie jest prawdopodobieństwo, że obliczenia są słuszne? Mogło zająć mu to znacznie mniej czasu? - zapytałam wstając. - Myślę, że tak. Większość psów była pod wpływem alkoholu, a Peter...
- Pan Peter - przerwał mi Metrum.
- A pan Peter jest doświadczonym mordercą.
- Skoro jest doświadczony, dlaczego zostawił ciało na widoku? Czemu go nie schował?
- Wspomniany przez pana czas wchodzi tu w rachubę. Przecież miał go tak mało.
- W takim wypadku pani czas też wchodzi w rachubę. Skoro obliczenia mogły mieć niesłuszne, to mógł mieć znacznie więcej czasu, by chociażby schować ciało. Czy uważa pani, że doświadczony morderca mógł coś takiego pominąć?
- Morderca pod wpływem alkoholu.
- Który pozostał na tyle świadomy, by zamordować, ale nie na tyle, by wepchnąć zwłoki w krzaki?
- Spokój! - Avalon uderzył w stół łapą. - Proszę o zadawanie pytań świadkowi, nie sobie nawzajem.
- Panie Peterze - zwróciłam się do samca. Nie odezwał się słowem podczas naszej wymiany zdań, słuchał, to było pewne, myślał, analizował. - Czy zabił pan kogoś wcześniej?
- Tak. - Ktoś z publiki zdziwił się. To dopiero zaskoczenie.
- Poda pan jego imię?
- Nie zostało sprecyzowane, o jaką ofiarę chodzi, mogę podać imiona jedynie wilków, które zabiłem na wojnie w sforzę. Była ich trzynastka, imiona, które znam to: Ladon, Dropsik, Supay, Frigg, Flins, Odkoda, Azazel i Anakin.
- Były to osobniki znacznie większe od pana, prawda?
- Owszem, nie mam problemu z zabijaniem większych od siebie osób.
- Dziękuję, to wszystko - powiedziałam i zostawiłam sędziemu myślenie, ja musiałem je jedynie nakierować tak, jak potrzebowałam.
- Skoro nie ma więcej pytań, może pan usiąść. - Peter skierował się na swoje miejsce bez słowa. Nie rzucał żadnych komentarzy, chociaż znany był z ciętego języka, nie bronił się. Nie odpowiadał okrężnie, nie stresował, mówił spokojnie, jakby wypuszczał słowa naturalnie, z oddechem. Snow za mną coś mówił, ale nie mogłam zrozumieć słów. Załatwię to, bracie. Nie musisz się stresować. Odpoczywaj. - Poproszę o podejście pierwszego świadka. - Wstał spory, biały pies, który wychodząc potrącił Eamesa. Odwrócił się, żeby przeprosić, jednakże Ea nie zwracał na niego uwagi, nadal patrząc w przód. Pies nazywał się Ivan i po złożeniu przysięgi zaczął odpowiadać na pytania sędziego:
- Jak dobrze zna pan pana Petera? Jakie są panów relacje?
- Znajomość? Wiem raczej tyle o nim, ile każdy przeciętny członek tej sfory. Spędziłem z nim czas podczas wieczoru kawalerskiego.
- Co panowie robili? - Samiec zaśmiał się lekko, zanim odpowiedział. - Nic specjalnego, tylko trochę pochodziliśmy po korytarzach, aby poszukać jakiegoś podejrzanego gostka. Może to jego powinniście oskarżyć, co nie? Jego samego nie znaleźliśmy, ale cóż. No zdarza się. Po kilkunastu minutach wróciliśmy do karczmy. Czemu się tak patrzycie? Coś nie tak?
- O której się panowie rozstali?
- Na pewno spoglądałem wtedy na zegarek, no na pewno - odpowiedział i ktoś się zaśmiał. Spojrzałam na Petera, jednak on pozostawał niezmiennie spokojny.
- Czy widział go pan później?
- Chyba mi mignął kilka razy w tłumie, ale ledwo odróżniam te sznaucery. - Ktoś z widowni głośno prychnął na te słowa. Avalon spojrzał w tamtą stronę surowo, ale raczej nie znalazł osoby, która wydała ten dźwięk.
- Sąd nie ma więcej pytań, proszę państwa?
- Jak określiłby pan stan upicia pana Petera? - zapytałam, wstając.
- Sprzeciw, zostało to już ustalone, pani prokurator marnuje czas.
- Sprzeciw, nie uważam, żeby doprecyzowanie było marnowaniem czasu.
- Sprzeciw, dopre…
- Proszę o spokój! - Avalon ponownie uderzył w stół. - Albo zostaną państwo wyproszeni z sali. Czy są państwo w stanie zadać pytania spokojnie? Czy są jakieś? - Patrzyliśmy sobie w oczy przez dłuższą chwile, następnie samiec odwrócił się do sędziego i pokręcił łbem, a ja zrobiłam to samo. - Dobrze, proszę usiąść i zapraszam kolejnego świadka. - Następny, a także jeszcze następny pies, podchodzący do punktu nie leżeli w moim kręgu zainteresowania, a ich zeznania niewiele wniosły. Następną osobą była Svetlana, dla której uniosłam łeb znad dokumentów tylko dlatego, że miała ciekawą relację z oskarżonym i z moim bratem.
- Jakie są pani relacje z oskarżonym, Peterem? - zapytał Avalon, w momencie, gdy Svetlana skończyła składać przysięgę. - Łączyła nas moja przybrana córka, poznaliśmy się lepiej po jej śmierci, teraz nazwałabym nas dobrymi znajomymi. Często się ze sobą widujemy.
- Czy widziała go pani tego wieczoru?
- Nie.
- Nie mam więcej pytań do świadka. Proszę państwa? - wstałam. Trzeba było pokazać, jak bardzo prawdopodobne było, że kryła Petera.
- Czy znała pani pana Snowa?
 - Głównie z opowieści mojego przyjaciela, a jego brata, Eamesa. Nigdy nie zamieniłam ze Snowem żadnego słowa.
- Dobrze, czyli miała pani dobrą relacje z oskarżonym, a brak z ofiarą. - Zanim zaczęła mówić cokolwiek, co nie było mi potrzebne, przerwałam jej pytaniem. Czy pan Peter byłby zdolny do zamordowania pana Snowa?
- Nie znam prywatnych myśli pana Petera, więc nie wiem.
- Jednak, nie zaprzecza pani.
- Sprzeciw, sugerowanie odpowiedzi - wyrwał się Metrum.
- Podtrzymuję - powiedział Avalon. -  Wie już pani, jaka jest odpowiedź na zadane pytanie, są jakieś inne? - Nie było. Następnym świadkiem był jeden z morderców o nieprzyjemnym imieniu Ginger Maniac.
- Co robił pan tej nocy?
- Nie było mnie w sforze, byłem w mieście.
- Dziękuję, proszę państwa, pytania? - Szybko załatwił sprawę sędzia. Świadkowie mnie załamywali. Nie było ani jednego dobrego? Ani jednej osoby, która mogła podać bardziej konkretne informacje? Jedyne co posiadaliśmy, to upewnienie się, że Peter rzeczywiście przebywał przed zbrodnią na miejscu. Było to bardzo, bardzo irytujące.
- Nie martw się - powiedziała Neko za moim uchem. Chciałam się odwrócić, żeby jej odpowiedzieć, ale zniknęła. Metrum milczał, co on przed chwilą mówił?
- Czy znał pan ofiarę? Czy widział pan oskarżonego bądź ofiarę tamtej nocy? - zapytałam ostatecznie. 
- Jedynie ze słuchu i jak już mówiłem, nie było mnie, więc nie widziałem żadnego z nich.
- Jak ocenia pan zdolności pana Petera jako mordercy? - Spokojnie Snow, już jestem na miejscu.
- Uważam, że jest w tym dobry, jednak z drugiej strony, kto z morderców nie jest? Ocena niewinności poprzez pryzmat zdolności w tej dziedzinie nie jest sprawiedliwa.
- Nie pragnę oceniać winy lub jej braku na podstawie samego tego faktu, jedynie przybliżyć obecnym tu psom postać pana Petera, a także fakt, że wszelakie fizyczne niedogodności nie powinny sprawiać mu trudności w zabiciu pana Snowa. - Spojrzałam na oskarżonego, licząc na chociażby niezadowolenie, jednak nie było go. Ciągle. Spokojny. Nie kwestionował zeznań, nie dodawał, siedział i milczał. - Dziękuję, nie mam więcej pytań.
- Czy uważa pan, że taki sposób popełnienia zbrodni jest podobny do sposobu, w jaki zabija pan Peter? - zapytał Metrum.
- Nie znam wszystkich chwytów Petera, jak i nie znam wszystkich chwytów reszty. Nikt nie mówił, że jeden pies może mordować w jednej określony sposób, więc takie ocenianie również wiele nie wniesie. - Odpowiedź nie spodobała się Metrum, ale uprzejmie podziękował świadkowi. Mówiłam. Przydał się. Następnie do punktu podszedł Jamie, a po nim jeden z gwardzistów, który przyznał, że nie widział, by Peter wychodził, jednak starałam się z niego wyciągnąć, czy istniała możliwość, by wyślizgnął się bez jego zauważenia. A miał być niepotrzebny.
- Dobrze, poproszę kolejnego świadka. - Kai, możliwe, że widziałam go już wcześniej, ale nigdy nie zwróciłam na niego specjalnej uwagi, aż do teraz. Wydawał się być całkiem zadowolony z uczestnictwa, szedł pewnym krokiem, od początku patrzył na sędziego, nie rozglądał się. Przysięgę złożył czystym, nie drżącym głosem.
- Jak dobrze zna pan pana Petera? Jakie są panów relacje? - zaczął sędzia.
- Praktycznie w ogóle. Czasami prowadził nasze treningi, gdy dowódcy wojowników nie było albo nie mógł przyjść. Początkowo był czymś w rodzaju wujka, ale od mojego dorośnięcia odłączyłem się od większości rodziny, w tym także od niego. I dobrze, nie chciałbym zadawać się z takim paskudnym mordercą. - Zdziwienie, westchnienie, szepty. Nareszcie ktoś użył słowa morderca, jako obelgi.
- Co robił pan podczas wieczoru kawalerskiego?
 - Byłem na nim, jak na każdej imprezie w karczmie. Nie można w końcu przepuszczać takiej okazji jak czyjeś rychłe zaślubiny, to zawsze wielkie wydarzenia.
 - Czy widział pan podczas niego pana Petera?
- Owszem. Na początku był wśród wszystkich gości, ale potem wyszedł gdzieś razem z tym całym Snowem. - Słowa: „Snow tam był?”, „Nie pamiętam”, „Ale na pewno?”, „Może”. Spojrzałam na Eamesa, pamiętałam co mi mówił, pamiętałam doskonale, ale Eames milczał. Patrzył w jeden punkt, nieruchomy, niemal nie oddychał. Metrum mamrotał coś pod nosem, a Peter milczał.
- Dziwnie się zachowywał, jakby od początku planował jakiś przekręt. Pewnie wtedy ofiara została zamordowana przez tego wstrętnego kurdupla. Nie wydało mi się to z początku podejrzane, nie zwróciłem na ich wyjście uwagi. Może gdyby było inaczej, Snow byłby jeszcze wśród nas... Potem, może dwie godziny później Peter wrócił na wieczór. Wyglądał inaczej, sierść miał jakąś taką ulizaną, pewnie zmywał krew po bestialstwie, jakiego się dopuścił. Niestety, mnóstwo psychopatów chodzi po świecie, mam przynajmniej nadzieję, że za swój czyn poniesie karę równie brutalną, co ból ofiary, jaki musiała czuć w ostatnich minutach życia.
- Proszę jeszcze powiedzieć, czy jest ktoś, kto mógłby potwierdzić pana zeznania?
 - Nie pamiętam dokładnie z kim się bawiłem tego wieczoru, ale z pewnością kręcił się obok mnie Joshua, który musi pamiętać wyjście byłej Bety i zamordowanego, bo oboje zwróciliśmy na to uwagę. Poza tym sądzę, że każdy kto nie jest rodziną i nie miałby powodów by bronić tego potwora, byłby w stanie potwierdzić moją wersję wydarzeń. Wystarczy trafić na kogoś innego, niż jego liczni sprzymierzeńcy.
- Czy mają państwo jakieś pytania?
- Nie, dziękuję - powiedziałam, nie chcąc psuć efektu wypowiedzi. A Peter milczał. Nie był nawet zirytowany, patrzył na świadka spokojnie, jakby jego słowa wcale nie mogły go pogrążyć. Jakby jego życie nie wisiało na włosku. Czemu. Jest. Spokojny. Czemu. Się. Nie. Przejmuje. Czemu wygląda, jakby ta sprawa go nie obchodziła, nie, nawet nie, jakby go nie obchodziła, jakby nie istniała, jakby słuchał dyskusji, a nie rozprawy.
- Zastanawiające jest to, że pan i pana, jak zakładam, przyjaciel Joshua są jedynymi osobami, które zdawały się widzieć pana Snowa z panem Peterem na wieczorze, jedynymi, które w ogóle go tam dostrzegły.
- Sprzeciw, sugerowanie odpowiedzi.
- Podtrzymuję - powiedział sędzia. Metrum spojrzał na swojego klienta.
- Pragnę jedynie zaznaczyć, że wzrok może mylić, pamięć zawodzić, zwłaszcza w tak emocjonujących sprawach.
- To w takim wypadku dotyczy wszystkich świadków?
- Owszem, wszystkich, więc też pana Kai’a.
- Proszę o spokój! - Sędzia po raz kolejny nas uciszył. - Proszę usiąść, a następnie wprowadzić kolejnego świadka… pan Tony. - Teraz była reakcja. Peter uniósł głowę, jakby nie dowierzał w to, co usłyszał, jakby jeszcze przez sekundę miał nadzieję, że chodziło o innego samca, jednak nadzieja skończyła się wraz z podaniem kolejnych dwóch imion. Młody sznaucer wystąpił na środek.
- Czy przysięga pan…
- Prosiłem. - Głos Petera, chociaż niezbyt głośny, jakimś cudem przebił się przez wszystkie dźwięki. Znowu miał opuszczony pysk, patrzył na stół, z futrem opadającym mu na oczy. - żeby nie było na procesie dzieci.
- Tato… - Młody samiec brzmiał na zaskoczonego i może nawet lekko urażonego.
- Uznaliśmy zeznania świadka za istotne dla postępowania - powiedział Avalon. Peter siedział, nadal ze spuszczonym pyskiem, nie powiedział nic więcej.
- Dobrze - stwierdził w końcu sędzia, gdy cisza się przedłużała i wyglądało na to, że do niczego nie doprowadzi. - Czy przysięga pan na honor, sforę, rodzinę i Boga, mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę?
- Przysięgam - odpowiedział, wyraźnie starając się nie patrzeć w stronę Petera, ale i tak to robił.
- Co robił tego wieczoru? - zapytał
- Robiłem wszystko oprócz oczywiście spania. Szwędałem się po zamku, czytałem książki i takie tam. 
- Widział pan oskarżonego?
- Tak, pod wieczór poszedłem do taty po książkę, którą u niego zostawiłem kilka dni wcześniej - odpowiedział. Zapytano go jeszcze, czy ktoś mógł potwierdzić jego alibi na czas morderstwa, a liczba psów okazała się dość spora. Ratowało go, że kręcił się w pobliżu wieczoru kawalerskiego.
- Proszę państwa, pytania? - zapytał sędzia. Metrum wyrwał się, zanim zdążyłam wstać.
- Czy myśli pan, że oskarżony mógł popełnić daną zbrodnie?
- Nie - odpowiedział szybko, ale brzmiało to, nie jak coś, co właśnie wpadło do jego głowy, tylko myśl, która siedziała w niej od jakiegoś czasu. - Co z tego, że tata jest dowódcą morderców, do tego mógł się dopuścić każdy pies, nie tylko ten, który pełni stanowisko mordercy. Poza tym sądzę, że gdyby zrobił to tata, to nie zostawiłby ani ciała na widoku, ani żadnych śladów mogących do niego doprowadzić. - Słyszałam szepty za plecami, gdy psy zastanawiały się, ile racji jest w jego słowach. Spojrzałam na Petera, nadal nie podniósł wzroku.
- Dziękuje, nie mam więcej pytań.
- Jak bardzo pana relacja z oskarżonym wpływa na zeznania? - zapytałam, chcą ratować sytuację, dla dobra Snowa, który zaczynał się stresować. Zapewniłam go, że będzie dobrze.
- Oskarżony jest moim tatą, to dość logiczne, że jestem po jego stronie. A jak bardzo moja relacja z oskarżonym wpływa na zeznania? Na to sama pani może sobie odpowiedzieć. Są liczne argumenty, które wskazują na jego niewinność.
- Nie mam więcej pytań - stwierdziłam, siadając. Został jeden świadek. Ostatni.
- Pan Eames - spodziewałam się, że ktoś będzie zmuszony poruszyć Eamesa, by powrócił do rzeczywistości, ale zaraz po wywołaniu jego imienia wstał i bardzo powoli przeszedł na środek.
- Czy on się trzęsie? - zapytałam cicho. Moja mama pokiwała głową. Poprosiłam Snowa, żeby się nie niepokoił. Radzę sobie. Eames tego nie zepsuje. Brat położył mi zimną, martwą łapę na grzbiecie, strząsnęłam ją i już nie wróciła.
- … mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę? - Eames pokiwał łbem. Sędzia popatrzył na swojego protokolanta niepewnie. Mój brat miał zamknięte oczy i oddychał głęboko, próbował się uspokoić.
- Czy mógłby powiedzieć nam pan o tym, jak spędził tamten wieczór?
- Pewnie - odpowiedział z paskudnie wymuszonym uśmiechem, nadal nie otworzył oczu, ktoś parsknął nerwowym śmiechem. - To było w kwietniu - powiedział. Widziałam, że się starał, bardzo, by zachować się odpowiednio i jakoś pomóc. Peter znowu wyglądał na spokojnego, jakby incydent z Tonym nie miał miejsca, jakby nic nie powiedział. - Noc, w środku nocy. Pamiętam. I byłem w karczmie, dużo alkoholu, bardzo, bardzo dużo. Co tam się działo… - Zaśmiał się chrapliwie i potrząsnął łbem, ciągle skierowanym w dół.
- Panie Eames - powiedział sędzia nieco delikatniej, niż do wcześniejszych świadków. Nikt nie chciał, żeby się rozpadł. - Czy mógłby pan mówić konkretnie?
- Tak, tak, pewnie - odpowiedział, ale potem przestał się odzywać. Metrum wymienił spojrzenia z kimś na widowni, prawdopodobnie z Autumn.
- Co pan robił tamtego wieczoru? - zapytał ponownie sędzia.
- Byłem na wieczorze kawalerskim - odpowiedział, ale nie dodał nic, by podać więcej szczegółów.
- I pił pan tam? - zapytał.
- Tak. Sporo - odpowiedział.
- I czy widział tam pan pana Petera? - To było złe. Zaczął trząść się bardziej i bardziej, jego zęby uderzały o siebie, kiedy próbował coś powiedzieć. Strażnicy Avalona patrzyli na niego niepewnie, nie wiedząc, czy powinni wykonać jakieś działanie.
- To ścierwo...
- Eames. - Spróbowałam przedrzeć się przez jego barierę, ale nie słuchał mnie, już nie.
- Nie mogę… Snow nie wróci do życia. Snow nie będzie już nigdy więcej żywy, a ja nie mogę z tym nic zrobić. Bo Snow jest martwy. Jest pod ziemią. Jest zjadany przez robaki. Padł. A ja nic z tym nie zrobiłem. A mogłem. Kurwa, mogłem. Żeby tylko wylazł ze mną. Nie chciał. Nie chciał iść. A mogłem chociaż kurwa zajrzeć. Odwiedzić. Sprawdzić. Wolałem chlać. Chlać jak…
- Panie Eames…
- … jakiś pieprzony gnój. A on był gdzieś tam, był, łaził i go zabijali. Zabijali, zabijali, zabijali. Krwawił i jęczał, i krzyczał, a ja go nie słyszałem. A on tam umierał! - Wzdrygnęłam się, słysząc jego słowa. Wskazał łapą na Petera.
- Panie Eames, proszę się uspokoić - polecił Avalon.
- ZABIŁEŚ GO! - Otworzył oczy, czy w nich były łzy? - MOJEGO BRATA! MOJEGO SNOWA! DLACZEGO!? JAK!? JAK MOGŁEŚ!?JAK BYŁEŚ W STANIE ZROBIĆ Z NIEGO… Z NIEGO CIAŁO! ROZDARTE CIAŁO! JAK!? JAK!
- Panie Eames, proszę wrócić na miejsce!
- JAK TY Z NIM WYGRAŁEŚ? JAK GO ROZPRUŁEŚ!? GDZIE ZNALAZŁEŚ SIŁĘ? GDZIE? JAK MOGŁEŚ TO ZROBIĆ? JAK MOGŁEŚ NA TO PATRZEĆ? JAK MOŻESZ Z TYM ŻYĆ? JA WIDZIAŁEM JEJ ŚRODEK? WIDZIAŁEM I NIE MOGĘ ZAPOMNIEĆ, NIE MOGĘ GRAĆ, A
TY TAK! JAK! GDZIE MASZ SERCE? GDZIE? GDZIE MASZ DUSZE? GDZIE TWOJA KARA! CHCĄ CIĘ ZAMKNĄĆ, ALE GDZIE MOJA ZEMSTA!? GDZIE! - Mogliśmy się spodziewać, że skoczy, ale w jakiś sposób to nadal było nieoczekiwane. Peter szybko zeskoczył z krzesła, strażnicy alfy rzucili się w jego stronę. Patrzyłam, jak wyciąga łapę i udaje mu się drapnąć Petera. Valour chwycił go za skórę na karku i zaczął ciągnąć do tyłu. Arthur popchnął go przewracając. Eames próbował wstać, ale dołączył się trzeci strażnik i przytrzymał go przy ziemi. Dalej się rzucał, próbował, ciągle próbował dorwać sznaucera. Jakiś pies z widowni pomógł strażnikom podnieść Eamesa i utrzymać go we względnym bezruchu.
- Proszę wyprowadzić pana Eamesa - polecił sędzia. - Czy oskarżony pragnie wygłosić ostatnie słowa? - zapytał, gdy mój brat był z trudem odciągany, próbując wbić pazury w podłogę.
Peter wstał i popatrzył na Avalona, następnie powracając wzrokiem do Eamesa. W końcu  zdecydował się i zszedł z krzesła. Po jego łapie powoli spływała niewielka ilość krwi. Stanął przed Eamesem, który nadal się opierał i gdy zobaczył samca przed sobą, znalazł w sobie jeszcze więcej sił.
- Nie zabiłem Snowa - powiedział powoli i zimno, patrząc mojemu bratu prosto w oczy. Byłam pewna, że Eames na moment się zatrzymał, ale po chwili dalej walczył, a Peter wrócił na swoje miejsce. Wszyscy w milczeniu oczekiwali na moment, gdy za psami zamkną się drzwi, ostatecznie cała piątka za nimi zniknęła.
- Dobrze, poproszę adwokata oskarżonego o wypowiedź. - Metrum wstał i poprawił futro.
- Wysłuchaliśmy wielu zeznań - zaczął. - Wszystkie prowadziły do jednego. Braku informacji. Nie ma żadnych danych, które dają nam pewność, że oskarżony popełnił zbrodnię. Nie ma nikogo, kto może potwierdzić, że wyszedł z zamku, a tym bardziej, że spotkał się z ofiarą. Wiem, że to jest łatwy wybór winnego, jednak nie jesteśmy tutaj, by rozmawiać o łatwych wyborach. Tu decydujemy o życiu, które może zostać zniszczone na zawsze, przez ten wyrok, wydany w oparciu o rozmyte przeświadczenie, że prawdopodobna opcja jest tą właściwą. Dlatego proszę o jedno, jedynie jedno, o pomyślenie przez chwilę o tym, co powiedziałem. Pomyślenie, o tym, jak wiele niewiadomych pozostało. Jak wiele niepewności zostaje po powiedzeniu: “winny”. Dlatego wnoszę, by mój klient został uniewinniony i oczyszczony ze wszelkich zarzutów. Dziękuję - powiedział, siadając na swoim miejscu. Wzięłam głęboki wdech i wstałam.
- Drodzy państwo, przed nami siedzi morderca, który sam się do tego przyznaje. Morderca, który może być wreszcie usunięty ze społeczeństwa. Nawet jeśli nie ma pewnych dowodów, są szanse, są wielkie szanse, które mogą sprawić, że nikt więcej nie straci brata. Brata, siostry, syna, córki, rodzica, nikogo bliskiego. Nie muszę mieć pewności, że zrobił to tym razem, tylko, że robił to kiedyś, więc nareszcie mamy szansę uratować przyszłość, od potwora, który drzemie w tym sznaucerze. Nie sądzę, abym musiała mówić coś więcej. Proszę o najwyższy możliwy wymiar kary. Wnoszę o karę śmierci dla oskarżonego.
Usiadłam na swoim miejscu. Sędzia wyszedł na chwilę z sali, by się zastanowić, a następnie wrócił na swoje miejsce. Czułam oddech Snowa na potylicy.
- W świetle zeznań i dowodów uznaje się pana Petera winnym popełnionej zbrodni. - Wypuściłam wstrzymywane powietrze. - Zostaje on pozbawiony aktualnego stanowiska i zostaje wygnańcem. Wszystkie jego oszczędności zostaną przekazane rodzinie ofiary. Zamykam posiedzenie. - Tylko tyle? Miałam ochotę warknąć, ale się powstrzymałam. Gdzie śmierć? Gdzie zwieszony łeb, cierpienie i bezsilność? Peter mówił do swojego adwokata, który wyglądał na bardziej załamanego przegraną sprawą, niż oskarżony, gdzie jest jego cierpienie!? To nie była kara, na jaką się pisałam.
Przy Peterze zrobiło się zamieszanie, ominęłam całe zbiegowisko i wyszłam z sali. Snow coś do mnie mówił, ale warknęłam na niego.
- To nie jest kara. - Nie chciałam, by chodził po tym świecie, nie chciałam tego od lat, a on nadal tu będzie, nadal będzie żył, nadal będzie chodził.
Szłam przed siebie, nie wiedziałam gdzie, byle iść, gdy usłyszałam krzyk. Zatrzymałam się.
Eames.

(Cd. w opowiadaniu Eamesa)

Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+5 monet

1 komentarz: