28.07.2018

Od Sponge cd. Botzvany

Troszkę się zezłościłam, gdy wybiła godzina porannych zajęć małych brzdąców, a Bony nadal nie było. Udając, że nic się nie stało, ruszyłam do szczeniaków, żeby się nimi zająć. Uśmiechałam się do nich, posadziłam w kółku i zaczęliśmy się poznawać, ale gdzieś w środku byłam podirytowana i co chwila patrzyłam w stronę drzwi. Gdzie ona jest?
Nie było jej i nie było, kilka minut rozmowy z dziećmi dłużyło mi się w nieskończoność, ale na szczęście zaledwie doszliśmy do Adele i jej zamiłowania do podróży, drzwi się otworzyły i ujrzałam uśmiechnięty szeroko pysk Botzvany. Odetchnęłam z ulgą, a dodatek w postaci truskawkowych babeczek rozwiał mój gniew i nie było po nim nawet śladu.
Nie chciałam, żeby maluchy pomyślały, że nie chcę dłużej z nimi siedzieć, więc włączyłam Bonę do rozmowy. Przedstawiłam ją dzieciom, a ona dosiadła się do kółeczka i musiała powiedzieć coś o sobie. Ustaliłam też zasadę, że ten, kto się wypowie, może wziąć babeczkę, ale z jedzeniem zaczekać aż wszyscy skończą.
Spędziłyśmy ze szczeniakami naprawdę urozmaicony dzień, więc gdy przyszedł czas końca zajęć, miałam w głowie tylko dwie rzeczy – jedzenie i walnięcie się na stertę miękkich poduszek dla wypoczęcia.
— Nie zmordowały cię nasze małe brzdące? — zagadałam koleżankę. Ta akurat sprzątała klocki do pudełek, a ja przypatrywałam się temu leżąc rozciągnięta na ziemi.
— Nie, coś ty. Szczeniaki mnie nie zmęczą. One zarażają energią, jak są pobudzone i radosne, to mi się udziela. Ty tak nie masz?
— Wiesz, ja od zabawy wolę naukę. Jak trochę podrosną, będę się zachwycać tak jak ty i spędzać tu z nimi tyle czasu, ile się będzie dało. Układanie klocków może i jest frajdą, ale czytanie o odległych miejscach na świecie albo poznawanie zwyczajów innych gatunków… to dopiero nakręca. — Wyciągnęłam się, ziewnęłam, a potem wstałam i otrzepałam sierść. Mój pusty żołądek dawał o sobie znać, musiałam go nakarmić zanim będzie wydawał zbyt głośne dźwięki i najem się wstydu. — Chcesz coś zjeść?
— Pewnie, czemu nie?
Poszłyśmy do stołówki na późny obiad i tam przy stoliku kontynuowałyśmy wymianę zdań na temat zajęć z małymi. Parę razy próbowałam zmienić temat i spytać o jej poprzednie życie, co się działo zanim trafiła do sfory. Bezskutecznie. Wszystko słyszała, ale puszczała mimo uszu, dyskretnie lawirując między moimi pytaniami tak, żeby zawsze trzymać się poprzedniego tematu. W końcu dałam za wygraną i skupiłam się wyłącznie na rzeczach związanych z pracą i wpadłam w długi słowotok, nawet wtrąciła kilka dygresji. Botti cały czas mi się przyglądała, aż w końcu stwierdziła:
— Nie przeżyłabyś na ulicy.
Zbiła mnie z tropu. Powiedziała to, jednocześnie kiwając łbem, przez co poczułam się mocno dotknięta, jakbym oblała jakiś egzamin.
— Słucham?
— Nic. Wybacz, tak tylko mruczę do siebie.
Aha, pomyślałam i przez kolejną chwilę było cicho. Potem jednak uznałam, że nie ma co, chrząknęłam i podjęłam nowy temat:
— Jesteś tu stosunkowo od niedawna. Byłaś już na jakiejś imprezie?
Suczka pokręciła głową, na co ja zaklaskałam w łapy.
— To świetnie! Zabiorę cię, zobaczysz jak się tu potrafimy bawić.
— Ale teraz?
— No tak, już prawie wieczór. Chodź, moje ulubione ciacho już powinno być.
Chwyciłam ją za łapę i zaczęłam ciągnąć w stronę wyjścia. Nawet nie posprzątałyśmy po sobie, ale chwilowo miałam silną potrzebę imprezowania, brudne naczynia były nieważne.
Przyszłyśmy akurat, gdy wszystko się zaczynało. Poczułam szybsze bicie serca i ciepło gdzieś na dole, gdy zobaczyłam pięknego księcia gamm i usłyszałam jego głos, pytający nas czy tęskniliśmy i czy chcemy się dobrze zabawić. Tak dawno go tu nie było, ja się porządnie stęskniłam. Starałam się nie myśleć o tym, że jest już zajęty i że ostatnie tygodnie spędził z inną suczką gdzieś daleko w świecie, miałam się bawić.
— Widzisz? To ten DJ, który tam stoi. Crescendo. Schrupałabym go w całości. Cudny, prawda? — spytałam moją towarzyszkę, szturchając ją delikatnie w bok.
(615)

   Bono?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz