29.07.2018

Od Sponge do Webstera

Od dziecka czytałam o przygodach, tajemnicach i zagadkach z przeszłości w przeróżnych książkach, ale nigdy nie sądziłam, że mogę natrafić na coś takiego osobiście, w swoim życiu. Twierdziłam, że ukryte skarby, zakopane grobowce, mumie i tajemne moce pochowane gdzieś pod ziemią naprawdę nie istnieją. Uważałam, że listy w butelce się nie zdarzają, że wszystko, co takie wspaniałe jest tylko wymysłem, bajką dla dzieci. Że nie ma map z wielkim „X” oznaczającym cel i to tylko fantazje.
Przyszedł jednak taki dzień, w którym zaczęłam się wahać. Poszłam wtedy do sprzedawców, musiałam coś kupić. Akurat był jeden z nich, w typie owczarka, nie znałam jego imienia. Przebierałam w owocach na jego stole, gdy zobaczyłam, że na brzegu blatu leży coś nietypowego. Było brązowe i podłużne, związane sznurkiem. Jak jakaś tuba albo zwój.
— Co to? — spytałam wskazując dziwny przedmiot. Od razu mnie zaciekawił.
— Sam nie wiem — odparł pies. — Znalazłem dziś rano w jakiejś skrzynce w lesie.
— Jest na sprzedaż?
Samiec wzruszył ramionami.
— A weź za darmo. Nie wiem czy ktokolwiek będzie chciał to kupić — mówił, a ja wzięłam zwitek do łap i zaczęłam delikatnie rozwijać. — Jak znalazłem to drewniane pudełko, pomyślałem, że może jest tam jakiś skarb… czy coś. To głupie, wiem. Zwłaszcza, że nic takiego nie znalazłem, tylko to. Chciałem obejrzeć, ale praca pracą i jakoś nie miałem chwili. I co, jest tam coś ciekawego?
Zmarszczyłam brwi. Zwitek był zwojem starego papieru, zapisanym po całości wyblakłymi słowami i pokryty szkicami. Było to kilka kartek związanych razem, dotyczących pewnie tego samego tematu. Niestety nie rozumiałam ani słowa. To był jakiś dziwny język.
— Chyba tak… Nic nie rozumiem, ale to jest stare. Bardzo stare, wszystko, co stare, jest ciekawe. — Posłałam psu delikatny uśmiech. — Jednak nie kupię dzisiaj owoców, pójdę do biblioteki studiować ten papierek. Dziękuję — rzuciłam na odchodnym i już odwróciłam się, by odejść, gdy zatrzymał mnie jego głos:
— Mogę iść z tobą?
Popatrzyłam na niego zdziwiona.
— Jasne, w końcu to twoje znalezisko. A kto się zajmie sprzedażą? Z tego co wiem, pozostałe dwie handlarki zajmują się swoją cukiernią. — Uniosłam jedną brew.
— Żaden problem, zamknę wcześniej.
W taki sposób dostało mi się towarzystwo. Z jednej strony było to miłe, z drugiej wolałam pracować w skupieniu w pojedynkę i musiałam przywyknąć do perspektywy kogoś stojącego obok i patrzącego mi na łapy.
Poszliśmy do biblioteki, a tam z pomocą psa wyciągnęłam wszelkie możliwe słowniki dziwnych języków, niektóre wyjątkowo stare, rozwalające się, a nawet pogryzione przez korniki.
— No dobra, mamy tu słownik języka Majów, Azteków, mandaryńskiego, plemienia Kashu-Kashu, książkę do odczytywania Kodu Masonów, słownik dialektu Templariuszy i tomik do deszyfrowania niemieckich meldunków, a także wiele innych, których nie mogę odczytać. To co, do roboty?
Uśmiechnęłam się do niego raz jeszcze, chcąc umilić perspektywę ekscytującej, aczkolwiek mimo wszystko żmudnej pracy, jaka nas czekała. Otworzyłam pierwszy słownik i zaczęłam studiowanie.
— Webster — powiedział pies. Podniosłam na niego zdziwiony wzrok i dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że się sobie nie przedstawiliśmy. Co za brak kultury z mojej strony.
— Sponge — odparłam i jeszcze raz się wyszczerzyłam, tym razem przepraszająco.
Potem zapadła cisza, każde z nas pochyliło się nad swoim tomiskiem i sprawdzało powiązanie z kartką leżącą między nami na blacie. Nie wiem ile czasu tak spędziliśmy, ale w pewnym momencie moja szyja zaczęła odmawiać posłuszeństwa ostrym bólem. Powyciągałam się trochę i akurat gdy rozmasowywałam kark, Webster krzyknął aż podskoczyłam:
— Mam! Zobacz, znalazłem!
(550)
Jedziemy z tym wątkiem!

   Webbie?
Co Webster znalazł?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz