29.07.2018

Od Sunshine cd. Surilli

*Tajmskip*
Miałam dziwny sen, może jakbym dłużej nad nim pomyślała, to uznałabym go za koszmar.
Szłam po lesie, widziałam gałęzie drzew na tle nocnego nieba, stawały się coraz bardziej gęste, gdy spojrzałam na dół, zobaczyłam tylko ciemność. Nie czułam też nic, jakbym od brzucha nie miała łap, jakby nic nie istniało. Próbowałam nimi poruszyć, ale nie dałam rady, jakby znajdowało się tam tylko ciemne powietrze. Jakimś sposobem nadal poruszałam się do przodu, a drzewa rozstępowały się przede mną, tworząc przejście. Trochę się bałam, ale nie śpieszyłam się, oddychałam powoli, wiedziałam, że muszę dotrzeć do celu, którego nie znałam. Był jakoś niedaleko, miałam wrażenie, że znajdował się tuż, tuż przede mna, gdzieś tu na pewno jest, jeszcze kawałek, kawałek i będzie.
Obudził mnie jakiś śmiech za drzwiami. Leżałam przez chwile nieruchomo, z pyskiem wtulonymi w poduszkę i zamkniętymi oczami, słuchając. Wspomnienia szczegółów snu już zaczynały mi się zamazywać. Rozkopałam trochę koc, bo było zdecydowanie za gorąco, żeby leżeć zawiniętą w taki kokon i starałam się jeszcze wrócić do krainy Morfeusza. Kto lubi wstawić rano? Nikt, absolutnie nikt, a wszyscy musimy. Niechętnie podniosłam się, gdy poczułam trochę sił życiowych i przetarłam łapą oczy. Otworzyłam je i przez sekundę, tylko sekundę, ale nadal sekundę, zdziwiłam się, dlaczego wszystko jest takie ciemne i zanim zaczęłam myśleć, że to przez zasłony mojej nowej Komnaty albo ustawienie łóżka, przypomniałam sobie. Przypomniałam z całą mocą i to niemal powaliło mnie na ziemię. Nie widziałam, bo nie mogłam widzieć, bo już nigdy nie będę mogła, bo jestem ślepa. Ślepa.
Pewnie któreś z rodzeństwa, a nawet całe, planowało odprowadzić mnie na śniadanie, ale postanowiłam ich uprzedzić. Dam radę, nie potrzebuje przecież tego. Stołówka jest blisko. To tylko ciemność i tylko zamek, oba znałam, nie mogę im pozwolić traktować mnie jak niedołęgę. Poradzę sobie.
Przesunęłam nosem, żeby znaleźć granice łóżka, było duże, żebym w nocy nie spadła. Nie pamiętałam, czy wydawało mi się wysokie czy nie. Zaskoczyłam i spotkałam się z ziemią znacznie szybciej, niż się spodziewałam. Potrząsnęłam łbem i ruszyłam do przodu. Gdzieś tu powinna stać jakaś miska, ręcznik, żebym mogła chociaż odrobinę ogarnąć swoje futro i gdzieś na pewno była, ale ja chodziłam tylko w kółko i czułam pustkę. Miałam wrażenie, jakbym znowu była we śnie i patrzyła w dół, nic, nie było nic oprócz podłoża, drewna, pod łapkami. Zaczynałam się odrobinę stresować. Odrobinę bardzo. Nie mogłam znaleźć ścian, a przecież ta komnata nie była taka duża. W końcu uderzyłam głową w coś. Dotknęłam tego nosem. Płaskie. Drewniane. Drzwi? Drzwi! Dobra, na pewno wyglądam dobrze. Stanęłam na tylnych łapach i spróbowałam wyczuć klamkę.
Stanęłam tak, żeby opierać się bokiem o ścianę. Musiałam przejść na drugą stronę, tam były schody. Chciałabym je po prostu zobaczyć, ale nie mogłam o tym myśleć, nie mogłam myśleć o słońcu. Odwróciłam się tam, żeby stać tyłem  do ściany i zamknęłam oczy. To nic nie zmieniało, ale… ale jakoś tak czułam się lepiej, mogłam udawać, że ja tylko udawałam i w każdej chwili mogłam je otworzyć, wrócić do światła. Robiłam krok za kroczkiem, krok za kroczkiem, robiłam je powoli i liczyłam, że nikt na mnie nie patrzył. W końcu dotarłam do drugiej ściany, wyczułam ją nosem. Może powinnam liczyć kroki? Pewnie tak, ale teraz za późno, jak będę wracać do komnaty, bo w końcu co innego mogłam robić, nie widziałam rozwiązań… nie, stop, stop, nie mogę tak robić, nie mogę, trzeba iść do przodu, jeść, pić, cieszyć się! Zmusiłam się do uśmiechu. Teraz znaleźć schody, zejsć po schodach, dojść do stołówki, wziąć jedzenie i usiąść. Proste.
Kiedy w końcu znalazłam schody, prawe z nich zleciałam, ale znalazłam. Szłam powoli, trzymając się krawędzi, żeby cały czas czuć po swojej prawej stronę ścianę. Było coraz głośniej i głośniej, zbliżałam się do parteru. Piętnaście, szesnaście, siedemna… potknęłam się trochę, ale nie upadłam, siedemnaście, osiemnaście, dziewiętnaście, dwadzieścia, dwadzi… dotknęłam łapką przestrzeni przede mną, nie było krawędzi, nie było schodka, czyli koniec. Teraz musiałam przejść do stołówki, czyli cały czas w prawo, czułam zapachy jedzenia i słyszałam psy. Trzymałam się mojej ściany i dalej liczyłam kroki, jeden za drugim, to mnie trochę uspokoiło, tak samo jak zamknięte oczy. To jak we śnie, jakbym mogła się cały czas obudzić. Tylko droga mi się dłużyła. Bardzo. Bardzo bardzo i zaczynałam się coraz bardziej gubić, a jeszcze zorientowałam się, że właściwie nie wiem, gdzie są drzwi. Wzięłam głęboki wdech i wydawało mi się, że to dobry punkt, żeby wystartować i przejść na drugą stronę. Obrocik i ruszamy. Czułam, jak psy wpadają na mnie, ocierają, co wydawało się dla mnie nagle przerażające. Czemu ich jest tak strasznie dużo, czemu się tak pchają, skończyła mi się ściana, nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Tu gdzieś powinna być kolejka, gdzie kolejka, nie mogłam jej znaleźć. Zapytałam się o to głośno, ale nikt nie odpowiedział. Próbowałam wywąchać, gdzie było jedzenie, ale wszyscy je nosili, przenosili i hałasowali, a ja nie mogłam nic znaleźć. Gdzie to się znajduje? Gdzie!
- Hej, wszystko w porządku? - zapytał ktoś i dotknął mnie w grzbiet, przez co nawet podskoczyłam. Próbowałam rozpoznać, kto to jest, kto to, ale nie znałam głosu, chyba nie znałam.
- Tak - odpowiedziałam.
- Bo tak stoisz z zamkniętymi oczami i… - chociaż… czy ja go nie znałam? Na pewno. Nie słyszałam od dawna, ale… - Sunshine? Potrzebujesz pomocy?
- Nie, wszystko jest absolutnie w porządku - odpowiedziałam i czekałam, aż osoba sobie pójdzie, ale nie słyszałam kroków, nie tego psa. Słyszałam, jak ktoś krzyczy, podśpiewuje, uderza pazurami o talerz, przesuwa coś po stole, przeprasza, prosi, ale ten pies, suka właściwie, ciągle stała obok mnie. - Naprawdę, poradzę sobie - powiedziałam, licząc, że ta osoba może stwierdzi, że nie warto się mną martwić i sobie pójdzie, ale nie, stała. I chyba jednak była znajoma.
- Słuchaj, słyszałam o twojej chorobie… - to nie choroba. To sen. To tylko i wyłącznie sen, z którego mogę się obudzić. Przecież dlatego mam zamknięte oczy, przecież to minie, przecież nie zostanę w ciemnościach na zawsze. Przecież nie zostanę ślepa… - Rozumiem, że możesz być trochę przytłoczona stołówką - chciałam coś odpowiedzieć, odwróciłam się w stronę głosu, ale wtedy poczułam uderzenie w bok, a dokładniej, że ja w coś, kogoś, uderzyłam. A potem brzdęk. I więcej hałasu. I ciemność przed moimi otwartymi oczami była nawet gorsza, niż przy zamkniętych. Jakaś bardziej prawdziwa.
(Surilla?)
Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+5 monet

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz