27.07.2018

Od Sunshine

-... państwa informować, ale Sunshine cierpi na późne stadium katarakty.
- Czego? - zapytałam, ale ta naprawdę nie chciałam tego słyszeć, starałam się patrzeć na pysk lekarza, ale rozmywał się, wydawał taki... ciemny, wszystko wydawało się ciemne, jakby chmury zakryły słońce, którego promienie nie mogły wpaść przez okna.
- Katarakta, zaćma, jest to choroba, która dotyka psy w różnym wieku...
- To nie jest choroba starców? - przerwałam mu. Przecież ja nie ślepnę. Nie ślepnę. To tylko małe problemy. Malutkie. Przecież tak to wszystko dobrze widzę, świetnie, to rozmazywanie... to się przecież zawsze może zdarzyć.
- Nie, właściwie to nie. Jeden z rodzajów jest owszem, zaćma starsza, ale może wystąpić również z powodu urazu lub być chorobą wrodzoną, której objawy mogą pojawić się w różnym momencie życia.
- Ale to da się wyleczyć, prawda? - nie dałam rodzicom dojść do głosu. To przecież pewnie żart, tylko żart.
- To co, robimy zakłady, kiedy oślepnie? - usłyszałam za sobą. Chantelle. To musiała być Chantelle. Skoczyłam na nią, spróbowałam na nią skończyć, ale była tylko plamą, stojącą między innymi plamami. Ktoś odsunął mnie, a ja nawet się nie broniłam, bo jak miałam ją uderzyć, przeszkodzić w mówieniu takich rzeczy, skoro nawet nie widziałam, gdzie jest.
- Czy jest pan pewien? - zapytałam, a on chyba zrobił jakiś ruch, może pokiwał łbem, ale nie wiedziałam, nie mogłam wiedzieć, nie będę mogła wiedzieć.
- Nigdy nie można wykluczyć...
- Ale szansa jest mała? Na dziewięćdziesiąt dziewięć procent to katarakta? Dziewięćdziesiąt sześć?
- Dziewięć. Raczej dziewięć - powiedział cicho, a ja czułam łzy, które powstawały w moich oczach, ale nie, nie będę płakać, nie mogę płakać, nie mogę...
- Czy to da się wyleczyć? - zapytała mama.
- Owszem, ale... jest to niezwykle trudna operacja, nawet jak na ludzkie standardy. Polecałbym udanie się do ludzkiej lecznicy, ponieważ nie udało nam się jeszcze zdobyć porządnego sprzętu, który mógłby nam pomóc w tej operacji, ale nie ma pewności, czy zostanie ona w ogóle wykonana, bo niezbędne jest wzięcie Sunshine pod narkozę.
- Nie można mi po prostu dać, tego, Lestrade, uśpić?
- Eliksir nasenny to nie to samo co narkoza - powiedział. - Możemy sprawdzić, czy w ogóle będzie możliwość wprowadzenia w narkozę, jeżeli nie, podróż do ludzi będzie bezsensowna - bezsensowna. Rodzice mówili, że to na pewno wyleczymy, rodzeństwo też, oprócz Chantie, ale ja tylko patrzyłam w okno i próbowałam patrzeć prosto w słońce, żeby się napatrzeć, tak na wszelki wypadek. Tak na dobre. Jakby się nie udało.
Tak naprawdę dopiero wtedy zaczęłam zauważać, jak bardzo pogarszał mi się wzrok. Każdej nocy bałam się zasnąć, myśląc, że mogą obudzić się już w ciemności, a ja tak bardzo tego nie chciałam. Tak bardzo nie chciałam stracić światła. Starałam się spędzać na dworze tyle czasu, ile mogłam. Chociaż słońce długo nie zachodziło, próbowałam budzić się tak, by widzieć jego wschód, ale to stawało się coraz trudniejsze. Trudno było mi rozróżniać kształty i za każdym razem, gdy myliłam tatę z Dustinem albo nie mogłam znaleźć Eliota w tłumie. Kiedy medyk powiedział, że nie mogę być poddana narkozie, ze względu na coś, związanego z ciśnieniem mojej krwi, nie zdziwiłam się, nawet odrobinę. Nie wierzyłam, że do się uda, że słońce jednak nie zniknie z mojego życia, ale... ale chyba gdzieś głęboko poczułam, jakby ktoś zmiażdżył jakąś odrobinkę nadziei, która nie chciała uciec.
Mama mnie przytulała, przez cały wieczór, a ja nie płakałam. Nie mogłam płakać. Nie chciałam płakać, chciałam patrzeć, patrzeć na jej rozmazane, ciemne futro przed moim pyskiem. Czułam, jak drapie mnie ono w nos, czułam fakturę i zaczęłam myśleć, że muszę się do tego przyzwyczaić. Muszę przyzwyczaić się do niewidzenia, a tak strasznie tego nie chciałam. Dlaczego ja? Dlaczego z tych wszystkich psów w sforze, ja miałam być ślepa. Niewidoma. Niewidząca. Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego!
Nie chciałam nawet mrugać, nie chciałam nic przegapić, ani jednego fragmentu świata, dopóki jeszcze mogłam. Niektóre psy mówiły, że powinnam zacząć uczyć się poruszać, bez używania wzroku, że to nie takie trudne. Jakby mogli to wiedzieć! Nie miałam zamiaru tego robić, chciałam się cieszyć widokiem, póki mogłam, nawet jeśli stawało się to coraz trudniejsze, nawet jeśli jedyne co już widziałam to światła, czasami nawet ruch. A zbliżały się drugie urodziny, wspaniałe wejście w dorosłość, a ja nie chciałam ich psuć, ani zabierać radości komukolwiek, ale... ale była jedna rzecz, którą naprawdę chciałam zobaczyć.
- Fajerwerki - powiedziałam, stając na środku pokoju i licząc, że mówię prosto do rodziców. - Czy możemy mieć fajerwerki? Proszę?
- Pewnie! - krzyknął tata. Wyobrażałam sobie jego uśmiech. - Będziemy mieli mnóstwo fajerwerków. Setki fajerwerków. Tyle fajerwerków, że jak ktoś z boku to zobaczy, to pomyśli, że jednorożce ognia przybiegły i podpaliły nam niebo - uśmiechnęłam się lekko i miałam na co czekać. Jedna rzecz, jedna, jedyna rzecz, którą chciałam jeszcze zobaczyć. Fajerwerki. Fajerwerki. Fajerwerki.
Starałam się uśmiechać przez całą imprezę urodzinową, ale było tak głośno, tyle zapachów, a wszystko ciemne. Nie widziałam słońca. Czułam powietrze na pysku, czułam, jak wychylałam się z okna, ale nie widziałam słońca. Kiedy się ściemniło, a ktoś dał tort, to widziałam świeczki, myślałam, że widziałam ich płomień, pewnie widziałam, myślałam, że widziałam. A potem miały być fajerwerki. Tata mnie prowadził na miejsce i usadził na ziemi. Patrzyłam się w ciemność nade mną, czekając, aż ciemność się rozświetli. Byłam nawet podekscytowana. Fajerwerki. Fajerwerki!
Usłyszałam huk wystrzału i aż podskoczyłam. Czekałam, ale światło nie nastąpiło. Zepsute? Nie. Proszę, nie.
- Widzisz Promyku!? - zapytał Eli, potrząsając mną.
- Co? - kolejny wystrzał i kolejny, i kolejny.
- Wooooow - usłyszałam obok siebie. Więcej, więcej i więcej, a ja nadal widziałam tylko ciemność.
- Podoba ci się? - zapytała mama.
- Tak - powiedziałam. - Bardzo.
Nie płakałam.
Nie płakałam.
Nie płakałam.

3 komentarze: