17.07.2018

Od Surilli CD Tanaya

Wczoraj wieczorem zasnęłam dość, żeby nie powiedzieć bardzo szybko. Sen zabrał mnie ze sobą dużo wcześniej niż się spodziewałam, bo przed dwudziestą drugą. Co za tym idzie - wstałam wcześnie rano. Godzina była młoda, ale już daleko po świcie. Tylko pojedyncze psy przemierzały alejki paru lub zamkowe korytarze. Poranek był słoneczny, zapowiadał się piękny, ale nieco chłodny dzień. Na pewno nie będzie upalnie. Wstałam z łóżka i podreptałam do kuchni. Wyjęłam z lodówki kilka owoców, które pokroiłam i zjadłam ze smakiem. Całość popiłam lekką kawą. Przebudzona już, gotowa do pracy, zabrałam się za projektowanie wystroju komnat, które już niedługo miały przyjąć nowych mieszkańców. Przeglądnęłam szybko spis, dla kogo mam coś stworzyć - Sunshine, Dustin, Ashie, Anthony, ... Zabrałam się najpierw za zamówienie dla drugiego z wymienionych psów - szczenięcia z miotu Dżamanty, które już niedługo będzie zamieszkiwało samotnie komnatę. 
Po kilku godzinach projekt był prawie gotowy. Spojrzałam na zegarek - minęło o wiele więcej czasu, niż myślałam. Dochodziła bowiem godzina piętnasta. Wiedziałam, że o czymś powinnam pamiętać, o czymś zapomniałam... Czy nie byłam z kimś umówiona? Chwileczkę zajęło mi przypominanie sobie o wszystkim... Tanay! Nie zabierając ze sobą niczego, nie sprzątając biurka, ani nie zamykając komnaty wybiegłam w stronę umówionego miejsca - Niewielka Zatoczka.
Droga nie była długa, szło mi się dość przyjemnie. Wiatr przyjemnie owiewał moją sierść, a słońce grzało z góry. Jak przypuszczałam rano, nie było ani trochę upalnie. Była to wręcz pogoda idealna. Idealna na... wszystko. Kilkanaście minut później zbliżałam się już do terenu, na którym mieliśmy się spotkać. Jak nazwa wskazuje - był niewielki, więc na pewno nie będzie nam trudno się odnaleźć. Wtedy usłyszałam trzepotanie skrzydeł i lekki świst powietrza. Spojrzałam w górę i ujrzałam tam lecącego ptaka - czy to nie taki towarzyszył wczoraj Tanayowi przy pastwisku? Zatrzymałam się na chwilę, a latający zwierzak zleciał gwałtownie w dół i ułożył mi na głowie piękny wianek zrobiony ze świeżych, polnych kwiatów. Zaśmiałam się przyjaźnie - a więc to faktycznie towarzyszka psa, z którym miałam się spotkać! Ucieszona i nieco zaskoczona prezentem, dziarsko ruszyłam w stronę, z której przyleciał ptak. Zastałam tam Tanaya, który uśmiechał się szeroko stojąc nieopodal położonej w cieniu skały. Podbiegłam do niego.
- Cześć! - krzyknęłam szczęśliwa.
- Witaj, Suri! Miło cię widzieć. - odpowiedział. - Chodź za mną, mam dla ciebie niespodziankę. - rzekł z błyskiem w oczach.
Poszłam za samcem, a ten zaprowadził mnie kawałek dalej. Za kamieniem, przy którym uprzednio stał, między kilkoma rosnącymi tu drzewami, znajdował się koc, a na nim owoce, słodycze, lemoniada i... otwarty szampan. Gestem łapy zaprosił mnie, abym usiadła na plandece, on sam siadł zaś na przeciwko mnie. Podał mi talerz pełen owoców i różnorakich ciastek, cukierków.
- Częstuj się. - powiedział to z nieustannie towarzyszącym mu uśmiechem od ucha do ucha. Wzięłam z naczynia soczyste, zielone jabłko i kilka słodyczy. Tanay w tym czasie nalał mi i sobie do szklanek lemoniadę, po czym dodał do niej kostki lodu i listki mięty. Byliśmy pochłonięci rozmową, tematy same przychodziły, moglibyśmy gadać tak w kółko. Całymi godzinami! Kiedy wypiliśmy już całą lemoniadę, a z owoców i słodkości zostały tylko resztki, samiec wziął do łapy butelkę szampana.
- Reflektujesz? - powiedział z uwodzicielskim uśmieszkiem na pysku.
- No wiesz... Raczej nie piję. Chociaż jeden kieliszek chyba nie zaszkodzi. - zaśmiałam się szczerze. Pies nalał nam obojga po kieliszku napoju, a następnie kontynuowaliśmy rozmowę. Zapominając o swoim zobowiązaniu do nie picia wina, szampana i innych alkoholi razem z moim towarzyszem wypiliśmy jeszcze po półtorej kieliszka. Słońce zaczęło powoli chować się za horyzontem, niebo przybrało kolor pomarańczowy. Tay zaproponował, żebyśmy zeszli po kamieniach, w dół, do urokliwej zatoczki. Udaliśmy się tam i usiedliśmy na jasnym, drobniutkim piasku, zaraz przy morzu. Fale lekko omywały nasze łapy, a my przyglądaliśmy się pięknemu zachodowi słońca. Jego promienie cudownie odbijały się w gładkiej, jedynie leciutko wzburzonej tafli turkusowej wody.
Tanay?
636

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz