30.07.2018

Od Surilli CD Tanaya

Nim skończył się seans, wyszliśmy z kina. Może dlatego, że chcieliśmy uniknąć kontaktu z ludźmi, a może dlatego, że film po prostu nudził nas, przestał się podobać. Bez słowa ruszyłam w stronę sfory, Tanay dorównał mi kroku. Droga wydawała się dłuższa i tym razem rozmowa nie wiązała się. W mojej głowie panował totalny natłok myśli. Co ja do niego czuję? Nie potrafiłam odpowiedzieć nawet przed samą sobą na to pytanie. Niby brałam to na poważnie, w końcu pies zauroczył mnie, podobał mi się. Ale czy to nie tylko przelotna miłostka? Jednorazowa przygoda? A co, jeżeli rozkocha mnie w sobie, a potem zostawi? Nie, on taki nie jest. Popatrzyłam na niego ukradkiem, też wydawał się zamyślony. Coś go trapiło, musiał mieć w pamięci coś, o czym chciał zapomnieć. Wreszcie na horyzoncie pojawił się Zamek Royaldell. Tanay widząc go przyspieszył kroku i wyminął mnie. Potruchtałam za nim nie chcąc pozostać w tyle. Ominęliśmy strażników, gwardzistów i grupkę innych psów. Znaleźliśmy się na dziedzińcu, gdzie oboje, zgodnie nieco zwolniliśmy kroku. Wchodząc do holu miałam słowa pożegnania już na końcu języka. Samiec uprzedził mnie:
- Chodź za mną. - polecił radosnym głosem.
Popatrzyłam na niego pytająco, ale szybko temu ustąpiła jakby nadzieja? A może radość, smutek, ulga? Nie potrafiłam określić swoich uczuć, już od wyjścia z miasta buzowały we mnie wszystkie możliwe emocje. Pies odwrócił się i ruszył znajdującymi się po lewej kamiennymi schodami do góry, na piętro. Poszłam niepewnie za nim. Zatrzymaliśmy się przed dużymi, ciemnymi drzwiami, zapewne dębowymi. Była to komnata Tanaya. Pies wyciągnął klucz, przekręcił go w zamku i otworzył wrota. Przepuścił mnie, bym weszła pierwsza, a sam zamknął drzwi i rzucił kluczyk na stojący nieopodal stolik. Skupił swoją uwagę na mnie i uśmiechnął się zawadiacko. Nieco zawstydzona i niepewna, jak się zachować odwzajemniłam gest. Ten nie spuszczając mnie z oczu podszedł do mnie, blisko. Nabierałam nieco pewności, uśmiechnęłam się delikatnie. Patrzyłam w górę, na Tanaya. Był ode mnie sporo wyższy, bowiem aż o szesnaście centymetrów. W mojej głowie kotłowały się pytania i emocje. Co robić? Ogarnęła mnie swego rodzaju panika. Była to idealna szansa, by pokazać mu, że coś do niego czuję. Z każdą sekundą, kiedy tylko na niego patrzyłam utwierdzałam się w fakcie, że to nie tylko przelotna miłość. Pies, jakby czytając w moich myślach uśmiechnął się szarmancko wciąż świdrując mnie zalotnym spojrzeniem. Spojrzałam mu głęboko w oczy chcąc przejrzeć go na wylot. Odczytać każdy fragment jego duszy.
Zrobię to. Teraz.
Stanęłam lekko na palcach i pocałowałam go. Samiec na początku był zaskoczony moim gestem, ale moment później mnie objął i odwzajemnił bardzo namiętny pocałunek. Trwaliśmy tak, złączeni razem przez dobre kilkanaście sekund. Wszelkie gorące uczucia przebiły się przez natłok niepotrzebnych myśli i emocji. Były to chyba najdłuższe sekundy w moim życiu. Czułam się błogo, mogłabym tak trwać przez wieczność. Po zakończeniu pocałunku pies uśmiechnął się. Ja zarumieniłam się bardzo i zawstydzona, niemal płacząc, wyrwałam się z jego objęć i pobiegłam w kierunku drzwi. Co ja właśnie zrobiłam...? 
- Suri! Poczekaj! - pies krzyknął za mną.
Jego słowa jednak nie docierały do mnie. Słyszałam go, ale nie słuchałam. Wleciało to jednym uchem, a wyleciało drugim, jak to się mówi. Biegłam korytarzem przed siebie cała czerwona ze wstydu. Prawie się potykając wbiegłam na schody i pognałam do swojej komnaty. Szybko otworzyłam drzwi i w tym momencie usłyszałam tupot łap na schodach. Czyżby za mną biegł? To zmusiło mnie do szybkiego wejścia do pokoju i zamknięcia go na klucz. Pobiegłam do swojej sypialni, weszłam na łóżko i skuliłam się pod kołdrą. Za dużo emocji dla takiej suczki, jak ja. Za dużo emocji. Pukanie. I znowu. I jeszcze raz. Nie, nie pójdę tam. Nie otworzę, ktokolwiek by to był. Częstotliwość pukania malała, siła również. Po upływie dwóch minut osobnik, który pragnął dostać się do mojej komnaty zrezygnował.  Nastała głucha, nienaruszona niczym, oprócz mojego cichego szlochu, cisza.
Zmęczona całym dniem, a zwłaszcza jego ostatnimi godzinami, zasnęłam. Sen porwał mnie bardzo szybko, może to i lepiej. Następnego ranka obudziłam się wcześnie, co nie dziwne, z uwagi na fakt, iż spać również poszłam wcześnie. Mimo upływu godzin, serce nadal biło mi jak szalone, może trochę mniej. Odetchnęłam z chęcią uspokojenia się, co poskutkowało pozytywnie. Wstałam z łóżka i poszłam powoli do łazienki. Następnie skierowałam się do kuchni, gdzie stanęłam przed lodówką otwierając ją. Patrzyłam po półkach nie wiedząc, na co się zdecydować. Ostatecznie wybór padł tylko na gruszkę i sok marchwiowy. Po zjedzeniu śniadania usiadłam na sofie w salonie i zaczęłam zastanawiać się, co zrobić. Stwierdziłam, że może dobrze byłoby znów popracować, zaprojektować coś. Podeszłam więc do biurka i wyciągnęłam z okolicznej szuflady potrzebne przybory. Usiadłam nad kartką i myślałam. Niestety, wszelkie moje pomysły, wena, zostały przyćmiona przez wydarzenia z wczorajszego dnia. Wstałam z impetem od blatu i skierowałam się ku wyjściu z komnaty. Nacisnęłam za klamkę. Zamknięte. Szarpałam się chwilkę z drzwiami, a dopiero później przypomniałam sobie, że przecież sama je wczoraj zamknęłam. Cóż za roztargnienie. Zaśmiałam się nerwowo pod nosem i poszłam po klucz. 
Wyszłam z komnaty i podreptałam korytarzem. Zeszłam schodami na dół i wyszłam na dziedziniec. Oprócz gwardzistów nie było tu prawie nikogo, jedynie pojedyncze, przechadzające się psy, co zwyczajne o tej porze dnia. Minęłam strażników i potruchtałam wesoło ścieżką. Mijając poligon nieco zwolniłam tempa, by przyjrzeć się chwileczkę treningowi wojowników. Uśmiechnęłam się sama do siebie i poszłam dalej, aż pod samotne drzewo. Tam usiadłam wpatrując się w otwartą przestrzeń terenów sfory. Było tu tak cicho i pusto. Oparłam się o drzewo, przymknęłam oczy i zatraciłam się w rześkiej atmosferze poranka. Miałam nadzieję, że dzięki tej przechadzce złapię trochę weny na swoje architektoniczne projekty. Wychodząc z domu zabrałam ze sobą skórzaną torbę. Teraz wyjęłam z niej swój notatnik i zanotowałam nieco pomysłów na kolejne plany mieszkań. Odłożyłam notes obok i ponownie zamknęłam oczy. Po chwili dobiegł mnie szmer czyiś powolnych kroków. Zignorowałam go. Istota, która wydawała ten odgłos podeszła bliżej.
- Suri? - zapytał cicho znany mi głos, aż za dobrze znany mi głos. To posunięcie osobnika również zignorowałam. Samiec, bo był to Tanay, o ile mnie słuch nie myli, odchrząknął i powtórzył, tym razem głośniej i pewniej. Jakby z nadzieją w głosie. - Suri? Czy zechciałabyś ze mną o czymś porozmawiać?
Na te słowa uchyliłam powieki i spojrzałam w jego kierunku, po czym otworzyłam oczy i wstałam strzepując z siebie suchą trawę.
Tanay?
1042
Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+5 monet

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz