17.07.2018

Od Svetlany - CD. Destiny

     Stałam w chłodnym strumieniu, obmywając łapy, pysk i futro z krwi. Moje ciało przechodziły dreszcze gorąca. Trawiła mnie wysoka gorączka, obraz przed oczami rozmywał się z każdą chwilą coraz bardziej, z trudem stałam stabilnie na nogach. Miałam majaki, a w głowę wkręcał mi się milion niematerialnych wierteł. Nie litowałam się jednak nad sobą ani się nie oszczędzałam. Szumiało mi w uszach, a z oczu zionęła pustka, gdy niczym bumerang, wspomnienie krwawej masakry z udziałem gangu Jacksona wróciło do mnie pełną mocą. Ogień, nieludzkie wrzaski, piski, błagania, dziki śmiech. Ból. Moje szczęki ścierające się z gardłem jednego z wrogów i rozszarpujące je tak szybkim ruchem, że krew zalała mi oczy. Zasłużył.
     A wszystko zaczęło się od tego, że napadli na jedną z niewielkich psich wiosek i postanowili zniszczyć ją doszczętnie, do ostatniego krzaku, do agonalnego oddechu ostatniego z ostałych tam mieszkańców. Byłam akurat w pobliżu, więc wcięłam się w walkę, by pomóc mieszkańcom bronić ich terenu przed wściekłymi samcami. Za jednym skokiem powaliłam dwójkę członków gangu, pozbawiając ich życia w szybki i niezbyt finezyjny sposób. Miałam chęć zająć się nimi dokładniej i boleśniej, lecz z tyłu głowy pobrzmiewała mi rozsądna myśl, że w tej sytuacji liczy się ilość zabójstw, nie jakość. Psów było jednak zbyt wiele, bym sama jedna ich powstrzymała - bo mieszkańcy wioski nawet nie próbowali odpierać ataku, tylko uciekali, gdzie pieprz rośnie. Obserwowałam ich paniczny bieg i wtedy właśnie dostrzegłam na horyzoncie olbrzymią chmurę czarnego dymu, nadciągającą w moim kierunku z niewyobrażalną prędkością. Wzięłam głęboki oddech na zaś, będąc świadomą, że już za moment stracę dopływ świeżego powietrza. Wszyscy stracą. 
     Przez te kilka sekund rozproszenia sytuacją wokół, stałam się podatna na ataki wroga, i w ten oto sposób jakieś bydlę wykorzystało moment i naparło na mnie całym ciałem, wpijając pazury między moje żebra. Syknęłam głośno, czując, jak z wielką przyjemnością wypisaną na pysku, miażdży mi jedno z nich, po czym przymierza się do połamania reszty. Szarpiąc się gwałtownie niczym w amoku, by uniemożliwić mu poprawny do tego chwyt, dostrzegłam leżący obok spory kamień. Wyciągnęłam w jego stronę łapę, chwyciłam go i szybkim ruchem ogłuszyłam przeciwnika, po czym wyślizgnęłam się spod jego omdlałego cielska. I wtedy właśnie do moich uszu dotarł głośny, wysoki dźwięk, wręcz niszczący moje bębenki uszne. Odwróciłam się szybko w jego stronę i pojęłam, że to wrzask. Wrzask bólu i rozpaczy połączony z głośnym szlochem. A wszystko to wydobywało się z gardła niewiele niższej i drobniejszej ode mnie suki, której wzrok wbity był w sześć częściowo spalonych truchełek. Szczenięta. Prawdopodobnie jej szczenięta. Suka nie mogła ruszyć się w ich kierunku, ponieważ jej tylne łapy były całkiem zmiażdżone, i sama skowyczała pod nosem z bólu fizycznego. Usilnie próbowała jednak dostać się do swoich martwych już dzieci. Niedaleko stało kilkoro psów z gangu, śmiejąc się z uciechy podczas obserwowania jej daremnych starań. I w tym momencie poczułam w swoim wnętrzu ogień. Prawdziwą wściekłość.
     A następnie wszystko stało się szybko, i tak teraz obecnie zanurzałam się cała w lodowatej wodzie, patrząc, jak krew wrogów spływa z mojej mokrej sierści i odpływa z prądem strumienia. Wymordowałam wszystkich. Cały gang. Miałam gdzieś konsekwencje. To był prawdziwy amok. W tamtej jednej sekundzie powrócił do mnie cały ból, który czuje matka po stracie dziecka, i w pełni potrafiłam zrozumieć tamtą sukę. Z racji jej bezsilności, to ja pomściłam jej potomstwo.
     A teraz moje ciało trzęsło się jak w febrze, trawione nabytą nagle chorobą. Zacisnęłam zęby i stanowczym ruchem kontynuowałam doprowadzanie mojego futra do dawnego stanu. Nie mogłam pozwolić, by ktokolwiek odgadł, że to ja stoję za masowym mordem gangu. Nikt z tamtejszych się nie ostał, więc nie było świadków. Wystarczy się opanować, co umiem robić do perfekcji wręcz, i sprawa przejdzie echem, bez wskazania sprawcy. Wszystko będzie dalej szło swoim codziennym, teoretycznie normalnym torem. 
     Uznawszy, że jestem już odpowiednio czysta, wynurzyłam się ze strumienia i wyszłam na brzeg. Otrząsnęłam się kilkukrotnie, by krople wody spadły z mojego ciała na ziemię. Gdy z grubsza się osuszyłam, ruszyłam w drogę powrotną do sfory. Trochę miało to trwać, więc zajęłam myśli czymś innym niż tym, co dopiero się działo. Następnie skierowałam kroki w ścieżkę prowadzącą przez las, wiedząc, że to opłacalne, bo w ten sposób zaoszczędzę dobre dziesięć minut drogi. W międzyczasie niewielkie strużki wody spływały spomiędzy mojej sierści i znaczyły wilgotny ślad na ściółce, w miejscu, w którym szłam. Niczym okruszki chleba w bajce dla dzieci. Aż prychnęłam, gdy ta dziecinna myśl przemknęła mi przez głowę. Zostało mi tak jeszcze z okresu, gdy Choco zajmowała sobą całą moją osobę i momentami narzucał mi się jej optymistyczny tok myślenia, niejednokrotnie wpadający w niezwykle dziecinny. 
     Że też nie miałam o czym w tej chwili myśleć.
     Ból głowy powoli przemijał, ale majaki zostały, a ja zaczynałam widzieć podwójnie. Byłam jednak zdeterminowana, by jak najszybciej dotrzeć do sfory, i to najlepiej w jednym, świadomym kawałku. Nierozsądnie było się teraz samotnie kręcić po tej okolicy. Gdybym została zauważona, ktoś bystry szybko powiązałby ze sobą kilka faktów, w tym moją mokrą sierść, która była niczym żywy symbol oznajmujący, że musiałam mieć konkretny powód, by o tej porze i pogodzie dokładnie ją oczyszczać.
     Moje życie byłoby zdecydowanie prostsze, gdybym ograniczyła swoją tygodniową liczbę zabójstw. Swoją drogą dzisiejszym występkiem chyba właśnie nabiłam całą średnią miesięczną.
     Z drugiej strony, bez ryzyka nie ma zabawy, a bez zabawy w życiu panuje nuda. Nuda źle na mnie działa, więc nie mogłam jej do siebie dopuścić w żadnym wypadku. Poza tym, nie jestem jedyną morderczynią w sforze. Nielegalną. Jak widać, więcej osób nie dba o swoje własne morale i podejmuje brudną robotę. Zabójstwo nie jest złem ostatecznym, a daje dobre katharsis, oczyszczenie. Czyli coś, czego potrzebowałam często, a w inny sposób poczuć je było mi trudno. Dlatego też z wielką lubością maczałam łapy w świeżej krwi, nie czując przy tym wyrzutów. Dla mnie liczyłam się ja i tylko ja oraz moje osobiste odczucia. Nie ofiary. Nie ich bliscy.
     Gdy dotarłam na tereny sfory, byłam zbyt rozbudzona, by nawet myśleć o łatwym śnie. Byłam już sucha, więc nic nie stało mi na przeszkodzie, by się gdzieś udać. Skierowałam swoje kroki do karczmy, gdzie panowała jakaś zabawa, bo zewsząd napływała masa pijanych psów wyginających się w rytm skocznej muzyki. Decydując się na małe odprężenie, wypiłam kilka drinków jeden po drugim, zamieniwszy parę słów z barmanem. Koniec końców, rozluźniona dzięki alkoholowi krążącemu w moim organizmie, ruszyłam na parkiet. Jakiś niezły z wyglądu pies wziął mnie do tańca. Owijałam się wokół jego ciała i kusiłam go całą sobą, a nawet wymieniliśmy ze sobą kilka ognistych i zaprawionych pożądaniem pocałunków. Zapowiadało się obiecująco, jednak wtedy w moje oczy rzuciła się suka dopiero co wkraczająca między tańczących. Nie kojarzyłam jej zbytnio, jednak musiała należeć już do sfory. Nagle straciwszy zainteresowanie dotychczasowym partnerem, wyrwałam się z jego objęć i raźnym krokiem ruszyłam w jej stronę. Nawet nie wiedziałam, co miałabym zrobić, dotarłszy do niej. Nie myślałam o tym. Wiedziałam jedno - przyciągała wzrok i aż prosiła się o zainteresowanie się nią. 
     A ja zamierzałam jej to dać.

(Destiiiiiny, twoja kolej
1000+)
Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+5 monet

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz