25.07.2018

Od Svetlany - CD. Pergilmesa

     Byłam nastawiona na oderwanie kilku głów i ucieczkę z miejsca zbrodni, nim zleci się tu więcej wielkich przygłupów, ale Pergilmes pozbawił mnie tej możliwości, grając w swoją własną grę i ciągnąc bajeczkę z partnerką i własnym terenem. Zdecydowałam się dać w to wciągnąć i podtrzymywałam wszystkie jego kłamstwa, byle tylko sprawnie odprawić średnio nastawione do otoczenia psy. Nadal uważałam, że szybkie morderstwo z zaskoczenia jest najprostszym i najwygodniejszym wyjściem z tej sytuacji, wyłączając sprawę z tuszowaniem zbrodni. Właściwie nawet bym się z tym nie kłopotała, rzadko kiedy ktoś tu chodzi, a te tereny nie podlegają sforze, więc nasi przywódcy nie mieliby prawa zająć się sprawą przestępstwa dokonanego w tym miejscu ani tym bardziej ukarać za coś mordercy. Wygodne, nikt nawet nie przejmie się kilkoma ciałami bez głów. Z tym że Pergilmes bez przerwy mnie przed tym powstrzymywał. Nie widziałam sensu ani w tym, ani w jego grze, ale najwyraźniej chciał wszystko poprowadzić samemu. Jeśli ma jakiś konkretny plan to proszę bardzo, niech się wykazuje i działa. Chce coś przed sobą udowodnić? Każdy z poznanych przeze mnie samców był idiotą i miał takie samo podejście. Czasem damska łapa jest niezbędna.
     — Plan B zawsze się przydaje.
     — Nie będzie potrzebny.
     — Jestem w gotowości.
     — Zawsze byłaś taka mordercza?
     — Twój idiotyzm mnie pobudza.
     — Nie wyglądacie na zgraną parę — wtrącił nagle jeden z psów, obserwując naszą wrogą wymianę zdań, choć nie mógł rozróżnić danych słów. Mało brakowało, bym wraz ze stojącym przede mną sznaucerem warknęła chórem wiązankę nakazującą się mu zamknąć, jednak obydwoje zdołaliśmy się powstrzymać. Przybierając na pysk jakąś słodką minkę i patrząc na mojego partnera w zbrodni wzrokiem, z którego biło uwielbienie, powiedziałam najbardziej ociekającym słodyczą i lukrem tonem, na jaki było mnie stać:
     — Ależ skąd. Kocham mojego tyciusiego słodziusiego kochanego dziumdziaczka najbardziej na caaaałym świecie, nie wiem co ja bym bez niego zrobiła. — Aż dziwnie drgnął, czemu się nie dziwię. Posłałam sznaucerowi swój najbardziej przerażający uśmiech. — W czym możemy wam pomóc, kochani? — Zamachałam ogonem wręcz łasząc się w ich kierunku, by zamydlić im oczy. Jeśli zaczną traktować mnie jak totalnie nieszkodliwą i nie przejmą się moją obecnością, będę miała nad nimi przewagę, w razie gdyby postanowili zrobić nam jakiś przekręt. Co było całkiem możliwe, biorąc pod uwagę średnie okoliczności pierwszego spotkania z nimi.
     Jeden z nich odchrząknął, ale to drugi się odezwał.
     — Właściwie, to poszukujemy osoby. Na imię ma Conor, pół wilk, bywały z nim problemy. Nie jesteśmy zaznajomieni z tymi terenami, lecz dostaliśmy znak, że prawdopodobnie gdzieś się tu kręci. Najmocniej przepraszamy za wtargnięcie, nie wiedzieliśmy, że to miejsce do kogoś należy... — Nieznacznie kiwnął łbem. — Ale skoro już się znamy, może moglibyście pomóc nam w znalezieniu go? — dodał już pewniejszym, prawie że wesołym tonem.
     — Obcy na naszym terenie nie idzie nam w smak, więc z pewnością musimy odkryć jego obecność i go stąd przepędzić. — Głos zabrał Pergilmes. — Nasze cele się pokrywają.
     Tak, tak, pewnie.
     Po krótkiej rozmowie został ustalony plan działania. Właściwie to oni go ustalili, a ja stałam obok, uśmiechając się sztucznie i słuchając. Pomysłem nowo poznanych przez nas psów było podzielenie się na dwie grupy i szukanie wilka w ten oto sposób. W jednej przodować miałam ja, w drugiej sznaucer, jako "właściciele terenu". Z punktu widzenia tamtych było to pewnie logiczne, skoro uważali, że znamy to miejsce bardziej niż własną kieszeń. Ja samo rozdzielenie uważałam za czystą głupotę, z samej racji tego, iż podzielenie się w takiej konfiguracji wprost musiało znaczyć coś złego. Jak gdyby specjalnie dążyli do odsunięcie mnie od sznaucera i na odwrót. Planowo za mną podążać miał jeden z samców, za nim dwójka. Nie ufałam tym psom ani trochę, ale nie miałam sposobności, by podzielić się z Pergilmesem swoimi spostrzeżeniami. Uznałam, że ma swój rozum i sam zrozumie, że coś się święci. Tak więc ruszyliśmy w drogę, my skręciliśmy w lewo, tamci w prawo. Idąc, prowadziłam ożywioną dyskusję z moim towarzyszem, trajkocząc niezbyt głośno o różnych pierdołach. Co i rusz przewracał oczami, najwyraźniej traktując mnie jako mało rozumną. To i lepiej. Po przejściu co najmniej kilometra albo dwóch, tego byłam pewna, nagle się zatrzymał i westchnął.
     — Słuchaj, mała. — W środku już cała się spinałam. Wyczuwałam, że coś jest nie tak. — Naprawdę cię polubiłem, szkoda mi cię, ale taki żywot. Chodziło nam tylko i wyłącznie o twojego partnera. Musimy się nim teraz odpowiednio zająć, wiesz, dawne urazy się odzywają... Ty byłabyś tylko przeszkodą i nie jesteś nam już... — Z pewnością nie przewidział tego, że w ciągu ułamka sekundy powalę go na ziemię i sprawnie ogłuszę. Tak właśnie zrobiłam, po czym nie kłopocząc się nawet z dodatkowym zabijaniem nieprzytomnego psa, rzuciłam się pędem w drogę do miejsca, gdzie ostatnio widziałam Pergilmesa. Wiedziałam. Wiedziałam, wiedziałam, wiedziałam, mówiłam, Pergilmes, mogę ich zabić, Pergilmes, jestem gotowa na plan B, ale nie, on był oczywiście mądrzejszy, a teraz jest tam gdzieś sam na sam z dwoma nastawionymi bardzo źle brytanami, a może i ilomaś więcej, jeśli tamci sprowadzili towarzyszy. Czy ja się martwię? Cholera, nie.
     Trop złapałam dopiero po pokonaniu paru kilometrów. Nieznacznie rozluźniłam się, gdy wyczułam, że wrogów nadal jest tylko dwóch, a sznaucer jest żywy. Jeszcze. Jednakże nie mogłam ich zlokalizować, więc wiele cennych minut straciłam na krążeniu w kółko i próbach znalezienia całej trójki. W końcu po pewnym czasie mi się to udało, jednak gdy dostrzegłam psy, Gil był już w bardzo niekorzystnym położeniu - przywiązany do drzewa. Dwójka krążyła przed nim, rozmawiając ze sobą przyciszonymi głosami. Niemal przewróciłam oczami, po czym zaczęłam się zakradać w ich kierunku. Myślałam, że mi się uda, lecz na drodze stanęła mi... gałązka. Gałązka, która pękła w najmniej odpowiednim momencie, zdradzając moje położenie. Natychmiastowo ściągnęłam na siebie ich spojrzenia. Zaklęłam w duchu, na zewnątrz nadal udawałam nieszkodliwą i głupiutką.
     — Wasz kolega mnie zostawił — oznajmiłam skarżącym się głosem. — Po prostu powiedział, że musi coś zrobić i odbiegł. Szukałam go.
     Wymienili spojrzenia między sobą.
     Dobra, gracji może mi brakuje, ale w walce wręcz jestem świetna.
     Rzuciłam się im do gardeł, obu na raz, wykorzystując moment ich rozkojarzenia. Moje zęby starły się z krtanią jednego, pazury poszły w ruch, wbiłam je drugiemu w oczy, by zyskać chwilę przewagi. Szczęki brytana chwyciły za mój kark, musiałam nieziemsko wygiąć ciało, po czym moje łapy rozdrapały i jemu powierzchnię oka, co poskutkowało odruchowym puszczeniem mnie i skowytem. Dobiłam pierwszego, rozrywając mu gardło, z drugim walczyłam jeszcze dobrą chwilę, bo mimo że nie widział, nadal czuł i był silny. Z jego gardła również wydarłam ostatni oddech, jednak w tym przypadku brutalniej niż przy tamtym, przez co moja sierść, zwłaszcza okolice szyi i klatki piersiowej, została szczodrze obryzgana jego krwią. Odsunęłam się od dwóch trupów i przeniosłam swoje z lekka rozbawione spojrzenie na związanego sznaucera.
     — Cholera, a już i ja miałam nadzieję, że obejdzie się bez mordowania.

(Gil? 1000+)

Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+5 monet

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz