28.07.2018

Od Syoss CD. Enfys

    Na korytarzu rozległ się odgłos kroków. Bardzo szybkich kroków. Podczas gdy sforzanie grzali się pod pierzyną, ktoś jeszcze przed wschodem słońca kierował się ku stołówce. Syoss stwierdziła, że nie będzie jeść w tłumie i w taki sposób zaoszczędzi mnóstwo czasu. Im wcześniej zaczynała zajęcia, tym wcześniej je kończyła. Żmudne praktyki czyniły z niej praktycznie bezużytecznego psa, w nocy spała jak mały szczeniak. Lekko otwarty pysk, tylne nogi zwisające z łóżka oraz poduszka na głowie. Każdy dzień spędzała bardzo pracowicie, z wyłączeniem niektórych wydarzeń, jak na przykład rocznice i śluby. Wolny czas spędzała nie tylko się bawiąc, ale również studiując terytoria, ucząc się długiej listy psów oraz ich stanowisk.
    Jadalnia była pusta. Nie spodziewała się żywej duszy o takiej porze. Wraz ze zwitkami papieru w zębach podeszła do swojego stolika. Pozostawiła tam swój dobytek, po czym udała się do lady. Szczeknęła cicho, aby zwrócić na siebie uwagi. Drzwi kuchni się otworzyły.
    — Widzę, że nie próżnujesz, kuzynie — zachichotała, przyglądając się Eliotowi.
    — Oczywiście Syo — uśmiechnął się promiennie. — Proponuję porcję ryżu z marchwią. Przygotowywana przeze mnie.
    Suczka w potwierdzeniu pokiwała głową i wróciła na miejsce. Ostrożnie usadowiła się na dziwnym meblu. Jakie krzesła są niewygodne! Miała przed sobą ciąg tekstu. Wraz z pomocą kronikarek, odtworzyła historię sfory. Zapisała koślawym długopisem pozostawionym na śmietniku w mieście nie tylko daty, ale również konkrety szczegółowych opisów poszczególnych wydarzeń. Sama musiała rozwinąć hasła. Utrzymywanie podłużnego patyka między palcami psich łap było ciężkie do zniesienia, więc posługiwała się jak najkrótszymi zdaniami, aby samodzielnie, szczekając, opowiedzieć coś więcej.
    Po chwili młody przyniósł mi przykrytą miskę. Artystycznym ruchem zdjął pokrywę.
    — Dziękuję — powiedziałam elegancko, przybierając poważną minę.
    — Wracam do tworzenia, zanim reszta się zbiegnie.

❀❀❀

    Jeszcze niedługo przed tym słońce było w zenicie, a suka zmordowana, lecz zadowolona, wróciła do komnaty. Z Lilian odkrywała każdy biblioteczny regał, a Surilla pomogła jej rozpoznać poszczególne kopuły zamku. Radośnie zatopiła się w pościeli. Nie zdążyła się rozmarzyć. Znalazła się już w objęciach Morfeusza.

    Mrugnęła raz, dwa. Rozciągnęła kończyny na całą długość łoża. Kąciki pyska mimowolnie się podniosły, gdy pomyślała o psach z miasta, które muszą zadowolić się legowiskami. Z lekkim parsknięciem zeskoczyła. Otrzepała się, strącając szereg kolorowych karteczek samoprzylepnych, które znalazła przy ostatniej eskapadzie do miasta. Każda barwa oznaczała co innego. Białe – odwiedzenie rodziny, różowe – Izayi, fioletowe – Enfys, pomarańczowe – wycieczki. Poprzedniego wieczoru przyczepiła jedną z nich na drzwi. Obejrzała się. Enfys! Enfys. Pozostawiła bałagan i wyszła. Rozejrzała się intuicyjnie, po czym ruszyła dobrze znaną trasą. Zapukała, a sunia po drugiej stronie krzątała się już po pokoju. Obie uśmiechnęły się widząc siebie nawzajem, zamykając w szczelnym uścisku.

    — Kogo zaprosić? Może spróbuj zawiesić gdzieś ogłoszenie? A kogo znasz? Z góry proponuję Peachy Woman, Lunę, Hekate, Jay, Samanta, Dustin… Nie, żebym znała większość z nich, ale kojarzę — zająkała się.

Enfys?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz