18.07.2018

Od Tanaya CD. Izai

Nasze pierwsze spotkanie było krótkie i dosyć krępujące. Po wymianie raptem kilku nerwowych zdań ruszyłem przed siebie, zostawiając przystojnego samca samego. Całe to wydarzenie sprawiło, że nie miałem już ochoty spacerować. Ostatecznie porzuciłem pomysł długiej wycieczki. Nie sądzę, aby teraz cokolwiek mogło sprawić mi przyjemność. Nawet polowanie czy spacer po lesie nie wydawało się interesującym zajęciem. Zawróciłem na pięcie i poszedłem wzdłuż brzegu, starając się natrafić na jakąś ciekawą ścieżkę. Nie miałem ochoty wracać tą samą, którą tutaj przyszedłem. Warto poznawać nowe drogi, prawda? Chwilę później mój wzrok spoczął na ciekawie wyglądającej ścieżynce. Wszedłem na nią bez oporu, czując pod łapami zimne runo leśne. Tym razem przemierzyłem tą odległość znacznie szybciej -  mam tendencję do przyśpieszania kroku, gdy jestem zdenerwowany. Ignorowałem wszelkie ładne widoki, ciekawe zapachy czy dźwięki. W trakcie normalnego dnia prawdopodobnie z upodobaniem usiadł bym na jakimś pieńku, aby nasycić się przebywaniem na świeżym powietrzu. Tym razem jednak uparcie parłem przed siebie. Po kilkunastu minutach byłem już na dziedzińcu. Moje pazury stukały o wypolerowany tysiącami łap kamień, informując strażników, iż ktoś się zbliża. Koło wejścia do Zamku kręciło się tylko kilka psów, które nie raczyły zwrócić na mnie uwagi. Odchrząknąłem znacząco, a mieszkańcy przepuścili mnie do środka. Spojrzałem na spory zegar wiszący w holu - wskazywał godzinę osiemnastą. Ten widok przyniósł mi coś na myśl - miałem o czymś pamiętać. Zapewne zaplanowałem sobie coś (może spotkanie z Surillą?) a teraz całkiem wypadło mi to z głowy. Przysiadłem na jednym z marmurowych schodków, skupiając myśli. Ach tak! Moja pierwsza zmiana w karczmie! Zerwałem się z miejsca niczym poparzony, intuicyjnie wyszukując drogę do baru. Biegłem po krętych korytarzach, poganiany poczuciem jako takiego obowiązku. Nie mogłem zostać wyrzucony z tej pracy nim jeszcze ją podjąłem! Moja motywacja co prawda nie była zbyt szczytna, ale zależało mi na tym stanowisku. Wpadłem do knajpy głośno dysząc. Od progu śledziły mnie surowe oczy niewielkiego Cherika. Wymownie spojrzał na zegar - spóźniłem się, to oczywiste. Z impetem położył na blat uprzednio wypolerowany kieliszek i bez słowa opuścił swoje miejsce. Uśmiechnąłem się przepraszająco i jednym skokiem wylądowałem za ladą. Natychmiast powitał mnie stos zamówień. Klient nasz pan, jak to mówią, a ci z pewnością nie zamierzali czekać. Z entuzjazmem chwyciłem za butelkę wódki, wlewając ją do rzędu kielonków. Do każdego z nich wlałem inny likier, nie szczędziłem także dodatków. Impreza trwała w najlepsze. Prawdę powiedziawszy było nawet tłoczniej niż zazwyczaj - może ktoś osiągnął pełnoletność i świętował? Albo jakiś wyjątkowo zabawowy samiec postanowił urządzić tu wieczór kawalerski? Patrząc na przewijające się przez lokal psy miałem wrażenie, że obie te opcje są prawdopodobne. W natłoku pracy czas mijał szybko. Nim się obejrzałem zza okien było już widać jasne gwiazdy. Ruch dalej był spory, aczkolwiek nie trudno było zauważyć przerzedzenia. W przerwie od serwowania kolejnych drinków wyszedłem na salę. Przemierzałem ją ze szmatą w pysku, co jakiś czas przecierając stoły. Nagle usłyszałem kroki w korytarzu - czyżby nowy klient? Pośpiesznie wróciłem na moje stałe miejsce, w pełni oddając się polerowaniu kieliszków i udawaniu, iż jestem zajęty. W międzyczasie pies dotarł do knajpy i usiadł przy ladzie. Czułem na sobie jego czujny wzrok, lecz podniosłem łeb dopiero po chwili. Ku mojemu zdziwieniu przybysz okazał się wcześniej spotkanym psem. 
- Cześć - rzuciłem krótko, nieco zmieszany i skrępowany, uciekając od niego wzrokiem - Coś podać?
Przez kilka sekund samiec nie odzywał się zbyt pochłonięty świdrowaniem mnie wzrokiem. Przełknąłem ślinę speszony. Był przystojny i - nie da się tego ukryć - całkiem pociągający. 
- Poproszę małe piwo - odparł, jakby zaciekawiony moją nikłą osobą.
Posłusznie wykonałem polecenie, nalewając złocisty trunek do niewielkiego kufla. Kolejny raz nerwowo spojrzałem na zegar - jeszcze dwie godziny dzieliły mnie od przyjścia Isobelle. Oznaczało to, że raczej nie uwolnię się od przytłaczającego towarzystwa. Zapadła chwila krępującej ciszy (przynajmniej dla mnie, samiec wydawał się całkowicie odprężony). W tym czasie sumiennie wypełniałem swoje obowiązki, sprzątając okolice baru. 
- Może napijesz się ze mną? I tak nie masz za dużo do roboty - zaproponował pies swym charakterystycznym głosem, zupełnie ignorując moją pracę. 
Musiałem przyznać, że w pewien sposób ucieszyła mnie ta propozycja. Bez słowa nalałem sobie kufel piwa i usiadłem na stołku barowym. 
- Jak właściwie masz na imię? - spytałem, pierwszy raz choć przez chwilę patrząc mu w oczy. 
Border oderwał pysk od szklanki. Jego ciemne zazwyczaj wargi teraz całkiem okryły się piwną pianą. Subtelnie uśmiechnąłem się na ten widok. "Uroczo" wyrwało mi się z pod nosa, nim zdążyłem się powstrzymać. Mój towarzysz uniósł lekko brwi, zdziwiony.
- Izaya - powiedział, nie wspominając nic o moim wybryku. 
Ruszył wymownie łbem, oczekując na rewanż. Zamilkłem, wpatrując się w jego cudownie bursztynowe oczy. Przez chwilę czułem, jakbym w nich tonął.
- Tanay... - wyszeptałem, nie mogąc oderwać od niego wzroku.
Mijały kolejne minuty, a ja byłem w nim coraz bardziej zatracony. Nie rozmawialiśmy, a mimo tego cisza była wystarczająco wymowna. Izaya rozgościł się w barze, wchodząc za ladę i sam przygotowując nam drinki. Podsuwał pod mój pysk już któryś z kolei kieliszek. Piłem bez oporu, wszak lubiłem alkohol, a i nawiązywanie znajomości było wtedy łatwiejsze. Jak zdążyłem dostrzec, oboje mieliśmy mocną głowę. Mimo opróżnienia znacznej ilości naczyń z trunkami dalej nie działo się nic szczególnego. Po długiej ciszy samiec odezwał się, trzymając w łapie butelkę szampana.
- Może przeniesiemy się gdzieś? Na przykład do mojej komnaty? - uśmiechnął się uwodzicielsko, ciągnąc łyk alkoholu. 
Z miłą chęcią przystałem na tę propozycję i lekko chwiejnie ruszyłem do wyjścia. Ignorując wszelkie zasady, zamknąłem karczmę, zostawiając klucz w którejś z doniczek. Nie byłem w stanie myśleć o tym, co zrobi Iso bądź Cherik gdy się dowiedzą. Jak łatwo się domyślić w mojej głowie od dłuższego czasu znajdowała się tylko jedna postać - Izaya. Przystojny samiec prowadził, lekko wspinając się po schodach. Jak się okazało jego komnata znajdowała się dosyć blisko mojej. Podążałem za nim z błyskiem w oku, uśmiechając się szarmancko. Border zatrzymał się w połowie korytarza. Odwrócił się w moją stronę z zawadiackim uśmiechem. Wskazał łapę w stronę jednego z pokoi. Ciągnął się za nim pociągający zapach alkoholu. Radośnie, lekko pijany zniknąłem we wskazanej komnacie. 

<Izaya?>
+1000 słów

Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+5 monet

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz