06.08.2018

Od Księżniczki Sansy - Żółty Quest

Wstałam z łóżka dość późno, z pewnością nie można powiedzieć, że wczesnym rankiem. Nie byłam rannym ptaszkiem, więc budzenie się przed dziesiątą nie było moim atrybutem. W ciągu całego swojego, na razie krótkiego, życia nigdy nie obudziłam się o godzinie jednocyfrowej. To przecież środek nocy, kto wtedy wstaje?! Po zjedzeniu śniadania ziewnęłam szeroko i wyszłam powoli, spokojnie na korytarz, by zobaczyć, jak inni bawią się na Festiwalu Kolorów. Sama nie znalazłam jeszcze żadnej paczuszki z kolorowym proszkiem, więc nie brałam w nim większego udziału. No dobra, w ogóle nie brałam w nim udziału. Na korytarzu było cicho, wszyscy bowiem bawili się na otwartych terenach sfory, takich jak Lazurowe Jezioro czy Lawendowe Pola. Nagle zauważyłam psa biegnącego z na przeciwka. Nie był duży, wyglądał na sznaucera lub coś sznauceropodobnego. Był koloru szarego, a raczej pieprz i sól, większych szczegółów co do jego wyglądu nie dostrzegłam. Pewnie z rodziny Bet. Szybko nadciągający pies był wyraźnie bardzo zamyślony, nie widział w którą stronę się przemieszcza i, jak można się spodziewać, wpadł na mnie. Dosłownie powalił mnie na ziemię i bez słowa przeprosin, a raczej z zadufanym warkotem pod nosem brzmiącym jakby chciał powiedzieć "uważaj jak łazisz" pobiegł dalej. Prychnęłam pod nosem i zachowałam milczenie. Wstałam, otrzepałam się z ewentualnego kurzu, który mogłam złapać leżąc na zamkowej posadzce i już miałam iść dalej, kiedy zauważyłam paczuszkę kolorowego proszku. Festiwalowej broni. Magicznej rzeczy, która była kluczek do wzięcia udziału w całej zabawie. Był to przezroczysty woreczek, chyba śniadaniowy, wypełniony żółtym, bardzo drobnym proszkiem. Od razu przyszło mi na myśl, że należy do tego psa, sznaucera, który na mnie wpadł. Zawahałam się - oddać mu go, czy może zachować dla siebie? Zachował się bardzo nieładnie, zasługuje na taką stratę, ale moja kultura jednak przeważyła nad poczuciem niesprawiedliwości. Po chwili rozterki krzyknęłam za nim:
- Hej, ty! Chyba coś zgubiłeś!
Pies nie usłyszał tych słów, więc znowu pomyślałam: Może jednak zostawię sobie ten woreczek? Przecież miałam go w łapie, a specjalnie fatygować się nie będę, by gonić tą niekulturalną osobę, by oddać jej ów cenny, kolorowy proszek. Tak też zrobiłam. Skoro pies nie był daleko, to znaczy, że albo jest głuchy albo żółty proszek nie należał do niego. Zostawiłam sobie opakowanie z zadziornym uśmieszkiem na pysku.

369 słów

Akceptacja! (21:27)
Drobne uwagi: festiwal odbywa się głównie na sali balowej, nie na otwartych terenach sfory; quest miał być zakończony w momencie podjęcia decyzji (w tym przypadku zwrócenia właścicielowi), następnym razem nie zaliczę!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz