06.08.2018

Od Aurory cd. Webstera

Nadal nie mogę w to uwierzyć. W co ja się wpakowałam, co ja zrobiłam. Dlaczego, powtarzam tysięczny raz, dlaczego akurat wtedy tak nietrzeźwo myślałam? Rozejście się, by szukać tego durnego Blaise było najgorszym pomysłem, na który kiedykolwiek się zgodziłam. Za każdą z tych ciemnych, mrocznych, pozbawionych życia uliczek czyha na mnie niebezpieczeństwo, nieważne już jakiego stopnia, jestem zagrożona. Może lepiej pozostać w miejscu i poczekać, aż nadejdzie świt? Nie... chyba właściwą decyzją będzie ruszenie dalej i uciekanie przed potencjalnym mieczem Damoklesa. Kurczę, jeszcze nigdy nie byłam postawiona przed tak trudnym wyborem. Chociaż jestem niezwykle zdecydowaną samicą, teraz kompletnie nie wiem, co począć. Zostałam skazana sama na siebie, obok nie ma Webstera, nie ma kogoś, kto mógłby mnie wesprzeć i doradzić. Jest mi niezwykle ciężko i pragnę wrócić do sfory jak najszybciej, mimo obietnicy złożonej liskowi. Nie mogę karać samej siebie, byle tylko uszczęśliwić inną istotę. Nie jestem na to gotowa.
Truchtałam powoli, patrząc tylko przed siebie. Doszłam do wniosku, iż rozglądanie się dookoła jeszcze bardziej mnie stresuje. Skupiałam się jedynie na drodze. Na tym, aby znaleźć Weba, lub odnaleźć wyjście  miasta. Czasami miałam wrażenie, że jest ono za wielkie, jak na taką przestraszoną sierotę, jednak próbowałam zgrywać odważną, by przynajmniej w środku rozpalić płomyk nadziei i pewności siebie. Mimo to, nadal nie mogę stwierdzić, czy mi się udało. Wciąż byłam niezwykle przerażona i nie czułam, nic innego, poza niepokojem. W sumie to nic dziwnego, halo, nigdy wcześniej nie wyruszyłam dalej, niż w dalsze tereny sfory, bo tego niesamowicie się boję. Może i czas pokonać swoją fobię, ale wątpię, aby cierpienie psychiczne w samotności było dobrym pomysłem. Chcę odpocząć, natomiast w swojej przytulnej komnacie, przy ciepłym kominku, popijając malinową herbatką. Jedyne, na co mogę sobie teraz pozwolić, to zatrzymanie się przy jednym z budynków, położenie się i pilnowanie, czy nic niebezpiecznego nie pałęta się w okolicy. Tak też zrobiłam, uznając wąską uliczkę za dobre miejsce. Wchodząc w jej głąb ujrzałam migoczącą latarnię, stanowiącą jedyne oświetlenie w tym miejscu. Położyłam się zaraz pod nią, wcześniej jeszcze dokładniej rozglądając się dookoła. W końcu znalazłam wygodną pozycję, po czym położyłam głowę w kierunku wyjścia do głównej ulicy. Cały czas rozmyślałam nad tym, gdzie może aktualnie być Webster, co robi. Możliwe, iż odnalazł Blaise, dzięki czemu po spotkaniu się będziemy mogli od razu wracać do sfory. Oby tak, ponieważ nie mam zamiaru drugi raz się gubić. Tylko... czy ja go znajdę?
Okropne myśli doprowadzały mnie do cichego szlochu, przez co miałam strasznie rozmazany widok, a oczy same mi się przymykały. W pewnej chwili spostrzegłam ciemną sylwetkę, stojącą tuż w wejściu uliczki. Nie widziałam dokładnie rysów postaci, jednak mogłam stwierdzić, że był to pies. Uniosłam delikatnie łebek, marszcząc przy tym czoło.
- W-web...? - zapytałam, jąkając się. Nadeszła fala emocji. Nadziei, iż towarzysz mnie odnalazł, radości, ze względu na brak samotności, ale również strachu, bo zawsze może być to ta istota, której spotkać nie chciałam. Nagle zauważyłam, iż istota podchodzi do mnie, a im bliżej była, tym wyraźniej ją widziałam. W pewnym momencie ujrzałam obrzydliwy, szeroki uśmiech, podejrzany wzrok oraz całą, silną posturę, tworzącą psa w typie cane corso. Uświadomiłam sobie, iż nie jest to postać, pragnąca mi aktualnie pomóc, a nawet nie chciałam wiedzieć, co zrobić. Automatycznie podniosłam się, powoli cofając się w drugą stronę uliczki, po czym rozpoczynając ucieczkę. Jego zamiary zdecydowanie nie były dobre dla mnie, czego dowodem była następująca pogoń za mną. Auroro, zaraz możesz stać się ofiarą, skup się.
Na małym skrzyżowaniu ostro skręciłam w prawo, tym samym wbiegając w jeszcze węższą uliczkę.
- Skarbie... - słysząc ochrypły głos samca, w mych oczach ponownie pojawiły się łzy. Powstrzymywałam się jednak przed płaczem, ponieważ mógłby mi tylko przeszkadzać. - Nie uciekaj, chcę cię tylko poznać! - dodał, śmiejąc się pod nosem. Nie miałam zamiaru się odzywać, nie teraz. Pies doganiał mnie, czemu nie można się dziwić, ponieważ był o wiele szybszy. Przy następnym wyborze dróg skręciłam w lewo, co niestety okazało moją drugą złą decyzją jednego dnia. Znalazłam się w uliczce zamkniętej przez wielką, drucianą siatkę, tym samym zostając przegraną. Dobrze wiedziałam, iż nie dam rady prze nią przeskoczyć. Stanęłam, obracając się w stronę niebezpieczeństwa. - Ha, no i cię mam. - parsknął, oblizując się obrzydliwie. Sparaliżowało mnie, nie byłam w stanie cokolwiek z siebie wydusić. - Spokojnie, nie musisz nic mówić. Wystarczy, że nie będziesz mi przeszkadzać. - wymamrotał, stojąc tuż przede mną. Spuściłam głowę, po czym poczułam chwilowy ciężar jego łapy spoczywający na mojej głowie. On mnie uderzył. Mnie uderzył. Uderzył. Przez siłę, jakiej dokonał, przewróciłam się, uderzając czołem o twardy beton. W uszach zaczęło mi piszczeć, a oczy skupiły się na jednym - chcącej mnie wykorzystać świni. Tylko skuliłam się z bólu, otwierając lekko pyszczek, jednak nie mogąc wydusić nawet jednego krzyku. Nie wiem co się stało, po prostu nie potrafiłam się obronić. Przez to samiec zaczął się do mnie dobierać, ciesząc się moim bezwładnym ciałem.
Miałam nadzieję, iż to zwykły koszmar, iż zasnęłam w tamtej uliczce. Natomiast przez ból, jaki zadawał mi pies, me myśli były nierealne. Rozpłakałam się, uświadamiając sobie, że właśnie zostałam zgwałcona. Sprawca cały czas powtarzał czułe słówka, typu "kochanie", "złotko", śmiejąc co któryś raz. Gdy jeden z jego ruchów był znacznie gwałtowniejszy niż reszta, wreszcie wydałam z siebie głos. Krzyk pełen cierpienia i presji. Nie dało się go nie usłyszeć, przez co samiec uderzył mnie w twarz, przezywając od "głupich kurew". Jestem "kurwą". Puszczam się. Specjalnie pałętam się po uliczkach, szukając partnerów do mało znaczącego współżycia. Teraz nikt mnie nie zechce. Nawet Webster. Webster, którego kocham. Webster, którego kocham jak brata. Prawdziwego brata, będącego teraz zupełnie gdzie indziej. Daleko ode mnie.
Od czasu, kiedy wydałam z siebie pierwszy dźwięk od dłuższego czasu, moje ciche jęki mieszały się z głośnym szlochem. Psu ewidentnie się to podobało, gdyż uśmiech z jego pyska w ogóle nie znikał. Wcześniej powtarzałam sobie, że nie mogę karać samej siebie, byle tylko uszczęśliwić inną istotę, a właśnie zostałam do tego zmuszona. Nie wiem, czy chcę żyć dalej z takim przeżyciem na sumieniu. Na pewno nie da mi spokoju przez długi okres. Będzie mnie męczyć, dopóki sama nie odpuszczę. Kwestia tego, czy się da. Czy da się pogodzić z faktem, iż mężczyźni to zwykłe świnie, które chcą cię tylko wykorzystać, sprawiając sobie tym przyjemność?
Samiec już coraz częściej i coraz ciężej dyszał. W pewnej chwili zaczął coś mamrotać pod nosem, czego ja nie byłam w stanie usłyszeć. Wstał ze mnie, splunął na mnie, po czym łapą wytarł swój obśliniony pysk.
- Aur-rora? - nagle usłyszałam przestraszony, wściekły, ale mimo wszystko znajomy mi głos. Cane corso odwrócił łeb w stronę nowego osobnika, jednak nie zdążył nic zrobić, gdyż ostre zęby Webstera już znalazły się w pobliżu jego szyi.

Webster? Nasze dzieci cierpią, ale ważne, że Austery się robią.
+1000

Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+5 monet

2 komentarze: