05.08.2018

Od Miss Clarice do Emmy

— Nigdy bym nie przypuszczała, że jedno ćwiczenie zadane na lekcji prawa może mieć dla mnie takie ciekawe konsekwencje — powiedziałam z rozbawieniem, gdy pierwszy raz usiadłam na tym wygodnym fotelu.
♣♣♣
„Na następną lekcję napiszcie dziesięć punktów waszego prywatnego kodeksu, według którego moglibyście postępować. Inaczej mówiąc, zasady, którymi moglibyście się kierować w życiu” – powiedział adwokat na ostatnich zajęciach edukacji prawnej. Nie podobało mi się to zadanie i z pełną odpowiedzialnością odłożyłam zrobienie go na moment po rozmowie z panem Hannibalem. Byłam wtedy zadowolona i owo słodkie zadowolenie miało mi pomóc w przełknięciu gorzkiej pigułki beznadziejnego zadania domowego. Tak więc oto dwa dni później, mając wolną sobotę, siedziałam w bibliotece otoczona stosami książek i podręczników medycyny zwykłej i sądowej, a także słowników specjalistycznej terminologii. Za jedno powinnam być wdzięczna ojcu – szybko nauczył mnie czytać. Moje rodzeństwo również, nie faworyzował mnie w tej kwestii. Dobrze zrobił, uważał bowiem, że umiejętność chłonięcia tekstu pisanego jest jedną z najważniejszych w życiu. Nie mogę nie przyznać mu racji, zwłaszcza teraz, gdy stoję na początku drogi swojej wspaniałej edukacji – lektura to podstawa. Pisania też nas uczył, jednak równolegle działo się to w szkole, toteż jego sukces jest połowiczny. Może mnie pamięć zawodzi, ale jestem niemal pewna, że mimo wszystko potrafiłam pisać, gdy zamieszkaliśmy w zamku, w którym żyjemy teraz.
Otoczona stosami dzieł ciekawej literatury praktycznie chowałam się z moją małą kartką, na której musiałam napisać całe dziesięć punktów swojego „kodesku”. Skrzywiłam się.
— Co za durne zadanie. Ktoś kiedyś powiedział, że dobrzy ludzie mają zbyt wiele zasad, ktoś inny natomiast, że dobrzy ludzie nie potrzebują ich wcale. Moim zdaniem zasad potrzebują ci, którzy chcą być dobrzy, ale wiedzą, że mogliby być źli, gdyby dać im wolną rękę i rozszerzyć albo zdjąć granice. Ja nie chcę zasad, a nawet jeśli mogłabym mieć jakieś, dziesięć to zdecydowanie za dużo — mruczałam pod nosem pisząc numerki od 1 do 10 od góry do dołu kartki po lewej. Dodałam kropki wściekle wciskając ołówek w papier. — Chciałabym znać imię tego, który kazał nam to zrobić. Samiec, adwokat. To nie powinno być trudne.
Nad każdym napisanym zdaniem dużo myślałam, jednak zajęło mi to mniej czasu, niż się spodziewałam. Gotowe dziesięć podpunktów miałam już w czasie krótszym niż pół godziny. Byłam zadowolona ze swojej pracy, sięgnęłam więc po jeszcze jedną kartkę i przepisałam wszystko na czysto, zmieniając nieco kolejność wymyślonych przez siebie zasad. Uśmiechnęłam się sama do siebie. To był pierwszy raz w moim życiu, gdy czułam, że chcę coś zrobić tylko po to, żeby zobaczyć, jak zareaguje odbiorca. Bardzo chciałam przeczytać swój kodeks i zobaczyć miny mojego rodzeństwa oraz nauczycielki i przede wszystkim prawnika.
♣♣♣
— … Dwóch ostatnich nie mam, proszę pana, nie zdołałem wymyślić. — Nicholson zakończył czytanie swojego kodeksu, a ja uśmiechałam się pod nosem. Te wszystkie wspaniałe zdania o szanowaniu i nie krzywdzeniu. Godne Robin Hooda, mój brat mógłby jeszcze dopisać coś o wspieraniu biednych albo prześladowaniu bogatych.
— Nic nie szkodzi, Nick…
— Nicholson. Docent Nicholson, bardzo pana proszę.
Uśmiech mi się powiększył. Braciszek był opanowany, ale w środku musiał kipieć. Wiedziałam, jakie znaczenie ma dla niego pełne imię nadane przez ojca i jak bardzo nie znosił wszelkiego skracania.
— Przepraszam. Nic nie szkodzi… Docencie Nicholsonie, masz całe życie przed sobą, by dopisać brakujące punkty. Dobrze, kto następny? Może ty, Clarice?
Wielu dorosłych musiało czuć się nieswojo albo dziwnie, gdy patrząc na małego szczeniaka musieli wymawiać dwa wyrazy brzmiące tak poważnie. Nie byliśmy zwyczajnymi dziećmi. Mogę się założyć, że gdy zobaczyli mojego ojca i nas, musieli się ucieszyć, że sfora znowu wypełni się szczenięcym śmiechem, że będzie brudno, głośno i kolorowo, ale przede wszystkim zabawnie. Bardzo mi przykro, ale wszystkich rozczarowaliśmy. To chyba kwestia genów, tego nie da się oszukać ani obejść. Byliśmy tacy jak ojciec, choć pewnie nie cały czas. I też nie wszyscy, Devon czy Sansa nie mogli być świrami. Zachowywali się całkiem normalnie. Ze mną, Lamai i Nicholsonem było coś nie tak, byliśmy za poważni i być może nawet strasznie sztywni. Pat to szurnięty szowinista z wyobrażeniem o swojej domniemanej wyższości, a Anabelle to zwyczajny wredny babsztyl, który od małego chce podkopać radość każdej napotkanej istoty i utopić jej marzenia w morzu swoich słów.
Chrząknęłam i zaczęłam czytać:
— Po pierwsze: Niczyje życie nie jest ważniejsze od twojego. Po drugie: Nie ufaj nikomu bezgranicznie. Po trzecie: Nie powierzaj nikomu swoich tajemnic. Dalej: Patrz w oczy temu, do kogo mówisz. Nie zabijaj osób, z którymi można cię powiązać. Ale za to — Tu popatrzyłam w oczy adwokatowi. Zmarszczył brwi. — pamiętaj, że nie ma zabójstwa bez ciała. To dwa oddzielne punkty, panie mecenasie. Dalej, punkt siódmy: Zemsta to forma sprawiedliwości. Osiem, każdy ma jakiś słaby punkt, ty też. Dziewięć, kłamstwo powtórzone wiele razy może funkcjonować jako prawda. Chociaż oczywiście nią nie jest. To mój komentarz — dodałam, znowu podnosząc wzrok na w tym momencie już przerażonego chyba prawnika. A jeśli nie przerażonego, to na pewno w szoku. — Po dziesiąte: Masz prawo zachować milczenie. Dziękuję.
Usiadłam, ale nie słychać było sztucznych oklasków, jakie towarzyszyły każdemu z mojego rodzeństwa. Zapadła gęsta cisza. Prawnik i nauczycielka wymienili nerwowe spojrzenia, a każde z nich przez chwilę ukradkiem patrzyło na mnie. Siedziałam niewzruszona obserwując uważnie samca z pierwszej ławki. Nadal chciałam znać jego imię, ale moja złość już przeszła. Powinnam być mu wdzięczna. Beznadziejne zadanie okazało się wspaniałym, jego reakcja była cudowna, mogłabym powiesić jego zszokowany łeb na ścianie.
— Czy coś jest nie tak? — spytałam, gdy cisza się przeciągała.
— Nie… — odparł samiec zachrypniętym głosem. Kaszlnął dwa razy i kontynuował. — Nie, nie, wszystko w porządku, ten… ten twój ostatni punkt, Clarice, o prawie zachowania milczenia, to, nie wiem czy wiecie, normalnie obowiązujące prawo. Zatrzymany podejrzany ma prawo nic nie mówić, odmówić składania wyjaśnień i odpowiedzi na pytania… eee… No dobrze, myślę, że na dzisiaj wystarczy, kochani. — Wszyscy, jak na zawołanie, skrzywiliśmy się na słowo: „kochani”. Albo prawie wszyscy. — Idźcie do domu, do zobaczenia na następnych zajęciach.
Pies odwrócił się i chciał wyjść, ale zatrzymałam go.
— Przepraszam!
— Tak, Clarice?
— Nie przedstawił się pan nam jeszcze. Jak panu na imię?
— Morvan.
— Clarice. — Dobiegł mnie stanowczy ton MDK.
— Tak, proszę pani?
— Zostań na chwilę,  mam do ciebie sprawę.
— Słucham.
— Clarice, nie będę ukrywać, że niepokoi mnie twój kodeks. Twoje zasady… są dość śmiałe i mroczne jak na sunię w twoim wieku. Skąd miałaś te wszystkie informacje?
— Z książek — odparłam.
— A jakich?
Uśmiechnęłam się.
— Punkt dziesiąty. Przykro mi.
Suczka nie odwzajemniła uśmiechu.
— Skierowałabym cię na rozmowę z psychologiem, ale muszę najpierw porozmawiać z twoim tatą.
— To spełniałoby dwa w jednym, proszę pani. Mój ojciec jest psychologiem.
— Nie śmieszy mnie to, Clarice. O ile wiem, twój tata jest teraz w pracy. Pójdziesz ze mną do niego i weź ze sobą kartkę.
♣♣♣
— I co się wydarzyło potem? — Głos Emmy był niezwykle łagodny.
— Ojciec miał akurat pacjenta. Zmusiła go do wyjścia, co moim zdaniem było dużym nietaktem. Pokazała mu mój kodeks i powiedziała, że jej zdaniem powinnam zobaczyć się z panią. Sądzę, że uważa, że coś ze mną nie tak.
— A co na to twój ojciec?
— Może go pani sama spytać. Będzie przecież pani z nim rozmawiać. Takie są procedury, prawda?
Emma nie odpowiedziała. Patrzyła na mnie przez chwilę, a potem podniosła moją kartkę i zaczęła czytać moje wspaniałe dziesięć punktów. Gdy widziałam, że jej wzrok doszedł do końca tekstu, zadałam pytanie:
— I co pani myśli?
(1194)
   Pani Doktor?
Zacznijmy terapię tego popapranego dziecia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz