07.08.2018

Od Dionizosa - cz. 1

     To miał być normalny, zwykły, najzwyczajniejszy, najbardziej legalny spośród wszystkich moich ostatnich wypadów wyjazd. Nic konkretnego czy zanadto przesadnego. Znajomi, trochę alkoholu, jakieś musujące pastylki, seksowne suczki na widok których to co miałem między nogami zaczęło dawać znaki, że jest jak najbardziej sprawne, zwarte i gotowe do działania. Czego dorastający, przystojny, lubiący zabawę i chcący się wyszaleć samiec mógłby chcieć więcej?
     Ale jak już ci mądrzejsi z was się pewnie domyślili, nic nie poszło tak gładko, jak miało pójść. Znikąd pojawił się Problem zasługujący na duże, wielkie, tłuste „P”. A potem wszyscy się rozdzieliliśmy, towarzysze zniknęli, wokół rozgorzała bitwa, a ja zostałem sam w czarnej dupie, nie wiedząc, jak postąpić dalej.
     Głosy. Huki. Masa światła napływająca z każdej strony. Wrzaski. Odgłosy biegu. Szaleńcze śmiechy. Wystrzały. Ogień. Świst. Ból. Krew. Kły. Czyjeś kły na moim ciele. Cios. Drugi. Trzeci. Miotanie się w każdą możliwą stronę. Próba wydostania na ślepo z tego piekła. Łapczywe chwytanie każdego urywanego oddechu. Łzawiące oczy. Brak możliwości ucieczki.
     Wyłapywali nas jak muchy, traktowali najbrutalniej jak się da, a wszelkie próby buntu czy odwetu z naszej strony, ukracane były przez nich w trybie natychmiastowym, z popisowym użyciem siły. Za jedno gwałtowne szarpnięcie obili mi pysk tak mocno, że ledwo widziałem na oczy, a łeb pulsował tępym bólem. Balansowałem na granicy przytomności. Czy naprawdę jestem aż tak cholernie słaby, jak dawniej mówili inni? Jakiś gościu związał mnie tak mocno, że wręcz mogłem poczuć, jak odcina dopływ krwi do moich kończyn, a sam byłem skrępowany linami tak dokładnie, że nie mogłem wykonać żadnego, nawet najmniejszego ruchu w którąkolwiek ze stron. Świetnie. Świetnie, kurwa, świetnie, czy to jakiś jebany żart? Ktoś musiał nas podsypać, ktoś z moich znajomych, tylko kto? Zewsząd dobiegały do mnie tylko warkoty, piski, zduszone skowyty, odgłosy ciosów i komendy burczane pod nosami. Nie miałem szansy by się chociażby zorientować, kto z naszych tu jest, a kogo brakuje. I przede wszystkim, czy brakujący zdołali uciec z tego piekła, czy też może zostali paskudnymi zdrajcami, którym zależy tylko i wyłącznie na własnych tyłkach.
     — To może teraz ty. — Nie wiem, ile czasu minęło. Siedziałem sam w zatęchłym, klaustrofobicznie małym pomieszczeniu, a znikąd dobiegł do mnie schrypnięty, nieznajomy mi głos. Drzwi zostały otwarte na oścież, a do środka wpadła smuga jaskrawego światła. Musiałem przymknąć oczy, chwilowo oślepiony nagłym oświetleniem wnętrza. Ledwo je otworzyłem, a tuż przede mną pojawił się owczarek niemiecki słusznej postury, zasłaniając mi pole widzenia. Spojrzał mi w oczy, przekrzywiając głowę. — Ho, ho. Nie wyglądasz mi na zbyt pokojowego pieska. Będzie trudno, co?
     — To pytanie? — Mogąc zrobić tylko to, wręcz wyrzuciłem z siebie te dwa słowa, przepełnione całą tą nienawiścią, którą odczuwałem w tym momencie. Do siebie, do świata, do tego wstrętnego wora mięsa wiszącego nade mną z miną pana i władcy, do sfory, do tego wyjazdu, do całego mojego życia, które było bardziej beznadziejne niż wszystko inne razem wzięte. Kurwa. Jednocześnie zacząłem rozglądać się wokoło. Właściwie niewiele tu było do obejrzenia. Pusta klitka z betonowymi ścianami. Ponownie skupiłem swój wzrok na samcu.
     — Niezbyt rozumny z ciebie typ? Och, młody, podejrzewam, że dopiero co wkroczyłeś w dorosłość i już uważasz się za najmądrzejszego, najlepszego, najcudowniejszego adonisa we wszechświecie, mam rację? Każdy młody gniewny ma się za takiego. Za to w moich oczach jesteś jedynie buntowniczym dzieciakiem, który nie do końca pojmuje, w jakim właśnie położeniu się znalazł. Słuchaj, młody. Mam już swoje lata i wiele rzeczy robiłem, nie zawsze z chęci, czasem trzeba bo trzeba. Na pewno nie będę odczuwał przyjemności patrząc na twoje męczarnie, ale do tego to zmierza. A ja... ja  się nie wycofuję. I nigdy nie przestaję robić tego, co już zacząłem. A więc... — Do jego tęczówek nagle wkradł się chłód, który sprawnie zastąpił wcześniejszy dziwny spokój, który w nich panował. Nagle ten staruch wydał mi się być groźnym i sprawnym przeciwnikiem. — Uważam, że sprawiedliwie będzie dać ci jedną jedyną szansę na bezbolesną odpowiedź. Co takiego wydarzyło się dnia dwudziestego trzeciego marca, że oczekiwany przez nas cenny towar zza oceanu nie dotarł tam, gdzie powinien?
     I wtedy wszystko ułożyło się w logiczną całość, a ja już wiedziałem, że nie wywinę się z tego za prędko.

cdn.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz