11.08.2018

Od Księżniczki Sansy - Misja #1

Mam proszek. Mam różowy proszek, który udało mi się zdobyć niedawno, zaledwie kilka dni temu. Chciałam go wykorzystać, tylko jeszcze nie wiedziałam jak. Moja głowa była pełna pomysłów, a równocześnie zupełnie pusta. I to właśnie dlatego poszłam do Crescendo.
Pies był organizatorem całego eventu, a równocześnie przyszłym samcem gamma. Gdyby nie on, nie bawilibyśmy się w tym roku na Festiwalu Kolorów, to ona wziął wszystko w swoje łapy, łącznie z wydawaniem misji. Kiedy znalazłam się na wprost jego komnaty, zapukałam lekko do drzwi. Nie dostałam w odpowiedzi nic, więc postanowiłam zapukać raz jeszcze, troszeczkę głośniej. Ogromne, brązowe drzwi uchyliły się, a w nich stał wcześniej wspomniany pies przypominający wyglądem owczarka australijskiego.
— Tak? — zapytał. — Czego potrzebujesz?
— Ja... dzień dobry, proszę pana. — dygnęłam lekko łapką do tyłu i ukłoniłam się kulturalnie na powitanie. — Ja chciałabym dostać misję. Mam nawet proszek ze sobą! — pokazałam mu paczuszkę różowego pyłu.
— Wejdź do środka. — polecił.
Zrobiłam to, o co mnie poprosił i zajęłam miejsce na jednym z krzeseł w jadalni.
— Chciałabym taką misję, za którą w nagrodę dostanę różowy proszek. — powiedziałam zdecydowana, po czym dodałam — Jeśli można, oczywiście.
— Słońce, ale ty już przecież masz taki proszek! — zauważył pies.
— No tak... Ale to będzie trochę jakby zjeść ciastko i mieć ciastko. Niby rzucę w kogoś proszkiem, ale nadal będę go miała, prawda?
— Masz rację. Już mówię ci co masz zrobić.
Samiec dokładnie objaśnił mi plan, co mam wykonać, aby zdobyć proszek. Udałam się więc na wskazane przez niego miejsce, była to babeczkarnia Life & Give. To tam miałam zaatakować swoją ofiarę i ubrudzić ją na różowo. Zajęłam miejsce przy jednym ze stolików. Z lekkim trudem wdrapałam się na za wysokie, jak na mój szczenięcy wzrost, krzesło i czekałam. Czekałam, czekałam i czekałam uważnie obserwując każdego wchodzącego do pomieszczenia klienta. Nigdzie nie było widać mojego celu, Phoebe, choć przed moimi oczami przewinęło się już kilka podobnych pysków. Suka ponoć była psem w typie owczarka niemieckiego, należała do rodziny Alf.
Oczy zamykały mi się już same, ze zmęczenia. Powieki kleiły się, a ja byłam co raz bardziej senna. Po kilku godzinach spędzonych w babeczkarni, w dodatku dość monotonnie i nudno, bo jedynie siedząc przy stoliku, należało mi się trochę snu. Przetarłam łapkami oczy i czekałam dalej. Kiedyś w końcu musi tu przyjść. Dzisiejszego dnia jednak nie doczekałam się owej suczki, Life odprowadziła mnie do komnaty, kiedy babeczkarnia została zamknięta na noc. Ziewałam przeciągle co drugie słowo, choć nie powstrzymało mnie to od powiedzenia bardzo grzecznego "Dziękuję i życzę miłych snów!" do suczki sheltie, gdy odprowadziła mnie pod drzwi mojego pokoju.
Następnego dnia ponownie udałam się w tamto miejsce. Przygotowałam sobie trochę kawy. Ja wiem, że szczeniaczki nie powinny pić takich rzeczy, ale tata nie zauważył, a poza tym czekał mnie intensywny dzień! Zajęłam to samo miejsce, co wczoraj i wciąż uważnie czatowałam. Do kasy podchodziło wiele psów. Naprawdę dużo wchodziło do babeczkarni, na co rozlegał się wesoły dźwięk dzwoneczka, dużo też wychodziło.
Poczułam chęć rezygnacji, kiedy już koło pierwszej po południu nikt nawet podobny do Phoebe się nie pojawiał, wstałam, a raczej zabawnie zgramoliłam się z krzesełka i miałam kierować się ku wyjściu, kiedy ją zobaczyłam. To ona! To na pewno ona! Podbiegłam wesoło do suczki.
— Dzień dobry, czy pani to Phoebe? — zapytałam słodko.
— Tak! A tobie jak na imię? — wesoło zareagowała na moją chęć przywitania się.
— Księżniczka Sansa. — dygnęłam lekko łapką i ukłoniłam się, jak to miałam w zwyczaju.
Towarzyszyłam suczce, kiedy ta podeszła do kasy. Widziałam, że lekko się zastanawia, ale jest bliska podjęcia decyzji.
— Poproszę dwie różowe babeczki. — powiedziała.
— A może zielone? Zielone są taaakie smaczne! Naprawdę! Próbowała kiedyś pani tych z zielonym lukrem? — zaczęłam odwracać jej uwagę, próbowałam namówić ją, żeby kupiła takie z lukrem koloru zielonego. To właśnie takie potrzebne mi są do wykonania misji.
— Nie próbowałam, ale warto to zrobić! — uśmiechnęła się. — Przepraszam, ja jednak poproszę dwie zielone babeczki. — to zdanie skierowała do jednej z bliźniaczek stojącej za ladą.
Druga z nich zajęła się pakowaniem zamówienia i kiedy tylko postawiła je na blacie, zaraz przed Phoebe, ja wybiegłam z babeczkarni i zaczęłam krzyczeć.
— Ratunku! Ratunku! Albo nie! Halo, ludzie, czy mnie słyszycie? Przepraszam! — darłam się wypowiadając pierwsze słowa, które nasunęły mi się na język. Co jakiś czas przepraszałam za swój brak kultury, oczywiście nadal krzycząc.
Wokół mnie zgromadziło się trochę psów. Część z nich oferowała pomoc, inni mnie uciszali, a jeszcze jacyś omijali szerokim łukiem i patrzyli się na mnie jak na dziwaka. Phoebe zainteresowana hałasem, który narobiłam, zostawiła babeczki na ladzie i podeszła do mnie. W tym momencie chwyciłam proszek do łapki, wzięłam głęboki wdech, po czym cisnęłam w nią różowym pyłkiem mówiąc:
— Różowe babeczki chyba jednak są lepsze! — po wypowiedzeniu tych kilku słów uciekłam zawstydzona, uprzednio przepraszając wszystkich zgromadzonych.
812
Phoebe zostaje obsypana różowym proszkiem zdobytym w Różowym Queście.

 Misja zaakceptowana, Księżniczka Sansa otrzymuje różowy proszek, Phoebe otrzymuje różowy proszek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz