05.08.2018

Od Soleya - Żółty Quest

Dumnie dzierżyłem w pysku torebeczkę z różowym proszkiem. Odbiegłem już spory kawałek od miejsca zdarzenia. Miałem nadzieję, że poszkodowany wiedział o mnie równie mało, co ja o nim. Nie chciałbym, aby w przypływie złości udał się do Avalona i mu o wszystkim powiedział. Udałem się do swojej komnaty. Znajdowała się bardzo wysoko, na jednym z wyższych pięter. Spokojnie wszedłem do środka, nie trudząc się zamykaniem drzwi na klucz. Sprężystym krokiem ruszyłem w kierunku sypialni. Zaraz po wejściu do pokoju moim oczom ukazała się staromodna, drewniana, już nieco sfatygowana komoda. Otworzyłem szufladkę, chwytając za szklaną gałkę, po czym wrzuciłem do środka opakowanie z proszkiem. Na powrót zamknąłem drzwiczki. Tak, tutaj drogocenny pyłek był bezpieczny. W międzyczasie zdecydowałem, że zemsta na nicponiu, który śmiał mnie obsypać nie mogła być taka prosta i oczywista. Obsypanie jednym kolorem proszku? Wolne żarty! Toż to nawet nie kara. Zmotywowało mnie to więc do zebrania większej ilości kolorowych paczuszek. Najchętniej po prostu zwinąłbym komuś jego zapasy sprzed nosa, wiedziałem jednak, że to nie wchodzi w grę. Kradzież mogłaby zostać surowo ukarana. Przechadzałem się więc krętymi korytarzami, stale wypatrując jakichś porzuconych woreczków. Jak łatwo się domyślić - na próżno. Zapewne już wczesnym rankiem przeszła tędy hałastra, zbierając każdy, nawet najmniejszy pyłek. Westchnąłem przeciągle. Nie miałem czasu ani ochoty na takie podchody. Przemierzyłem jeszcze kilka wewnętrznych uliczek, skrycie licząc na jakieś ciekawe znalezisko. Dalej nic. O dziwo wokół nie było nawet psów. Tylko co kilka minut mignął mi w oddali jakiś sforzanin. Moją uwagę przykuł jednak spory samiec. Wyszedł zza rogu, od razu kierując się w moją stronę. Był wysoki i masywny. Cechowała go krótka, acz gruba i bujna sierść w kolorze kawy z mlekiem. Pysk odcinał się od reszty, był bowiem czarny jak smoła. Nie inaczej z łapami - one również były nadzwyczaj ciemne. Patrzył się na mnie bursztynowymi oczami, marszcząc nos. Wyraźnie szukał zwady. Moje przypuszczenia były słuszne. Szedł na mnie niczym taran i nie przestał nawet wtedy, gdy mnie uderzył. Popchnął mnie niby delikatnie, tylko musnął barkiem, lecz z trudem utrzymałem równowagę. "Uważaj jak łazisz" burknął tylko pod nosem. Zjeżyłem się odruchowo. Najchętniej rzuciłbym się na niego, lecz to byłoby niemądre. Jawił się jako sporo większy, wyrafinowany wojownik, który w dodatku prawdopodobnie jest darzony powszechnym szacunkiem. Atak na niego byłby samobójstwem. Zdusiłem więc w sobie gniew, odrywając wzrok od nieprzyjaciela. Nagle coś innego przykuło moją uwagę - raptem kilkanaście centymetrów od moich łap leżała foliowa paczuszka. Jej zawartość była oczywista. Spojrzałem na żółty proszek. Nie zamierzałem go oddawać prawowitemu właścicielowi...

Akceptacja! (23:03)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz