05.08.2018

Od Tanaya - Różowy Quest

Z radością patrzyłem na bawiące się psy. Festiwal dopiero się zaczął, a już ogarnął niemal wszystkich sforzan! Większość atrakcji miała miejsce na przestronnej, specjalnie udekorowanej sali balowej, jednak atmosfera ogólnego rozweselenia powoli roznosiła się na cały Zamek. Psy tańczyły, śmiejąc się głośno. Zdążyłem jednak dostrzec, że nie był to główny punkt zabawy. Większość członków ganiała radośnie wokoło, obrzucając się jakimś dziwnym, kolorowym proszkiem. Co chwilę przebiegał przede mną pies tak pofarbowany, że bardziej przypominał jednorożca niż swój faktyczny gatunek. Tym bardziej byłem niezadowolony z tego, że sam nie mogłem wziąć udziału w zabawie. Musiałbym mieć choć trochę ów nietypowego pyłu! Nie omieszkałem się zapytać kilku mieszkańców, skąd mają ten twór, jednak odpowiedź za każdym razem brzmiała tak samo - znaleźli, tak po prostu. Gdy po raz kolejny słyszałem te słowa, unosiłem brwi pytająco. Jak to? Czy ktoś naprawdę trudził się ukrywaniem kolorowych paczuszek w okolicach Zamku? Moje wątpliwości dodatkowo wzmagał fakt, że sam jeszcze żadnej nie posiadałem. Dniem i nocą przemierzałem kręte korytarze, w poszukiwaniu upragnionego opakowania - nic. Przełom nastąpił dopiero trzeciego dnia. Lustrowałem wzrokiem pierwsze piętro za każdym razem, gdy wychodziłem z komnaty, jednak tego dnia zauważyłem coś innego. W najdalszym, najciemniejszym kącie coś świeciło podejrzanie. Podszedłem do anomalii ostrożnie. Tak, to było to! Mały, foliowy woreczek po brzegi napełniony różowym proszkiem. Uśmiechnąłem się sam do siebie - teraz będzie łatwo. Ruszyłem do mojej zdobyczy, gdy nagle zatrzymało mnie tajemnicze chrząknięcie. Spojrzałem w bok, w kierunku dźwięku. Nieopodal stał nieznany mi pies - spory, o ciemnej, falowanej sierści. Stał mniej więcej w tej samej odległości od paczuszki co ja, może półtorej metra. Było widać, że również ostrzy sobie zęby na różowy pył. O nie, nie pozwolę na to. Nim mój przeciwnik zdołał wykonać jakiś ruch, skoczyłem gwałtownie do przodu. Bez trudu chwyciłem opakowanie w pysk, czmychając jak najszybciej. Pośpieszały mnie niezadowolone okrzyki samca i odgłosy pościgu. Ja jednak nie przejmowałem się tym - odrzucając wszelkie konwenanse wpadłem do mojej komnaty, zatrzaskując za sobą drzwi. Szybko przekręciłem klucz w zamku i usiadłem na dywanie. Uff, nie lubię sprintów...

Akceptacja!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz