05.08.2018

Od Tanaya - Żółty Quest

Niedawno zdobyłem swoją pierwszą paczuszkę, a już miałem chrapkę na kolejną. Widok bawiących się dookoła psów dodatkowo mnie nakręcał. Gdy widziałem dzikie gonitwy w celu obsypania kogoś proszkiem, cicho kibicowałem uciekającemu, nerwowo przeskakując z łapy na łapę. Zazwyczaj jednak mu się to nie udawało i kończył obsypany wszelkimi kolorami tęczy. Wzruszałem ramionami. No cóż, taka 'przegrana' w gruncie rzeczy była miła. Lecz ja miałem nieco inny plan. Nim na dobre dołączę się do zabawy, musiałem trochę rozbudować swoje zapasy. Zdążyłem się zorientować, że nie tylko różowy jest jednym z najpopularniejszych kolorów proszków. Należały też do nich niebieski i żółty - mój wybór padł na ten drugi. Żółty nieodzownie, z jakiegoś niewyjaśnionego powodu kojarzył mi się z Suri, toteż nie mogłem go pominąć. Udałem się na dziedziniec. O dziwo nie przebywało tu zbyt wiele psów, co dawało mi szansę na spokojne poszukiwania. Szybko wyminąłem gwardzistów, schodząc po schodkach. Rozejrzałem się - nie wiedziałem, gdzie zacząć. Jako że wszystkie miejsca wydawały się tak samo dobre na rozpoczęcie poszukiwań, skręciłem w lewo. Uważnie rozgarniałem nosem okoliczne rośliny, w poszukiwaniu jakiegoś opakowania. O dziwo nic. Znalazłem jedynie śladowe ilości proszku w różnych kolorach, zapewne pozostawione tu po obsypaniu kogoś. Po kilkunastu minutach przeniosłem się na prawą stronę placu, powtarzając czynność. Również nic. Westchnąłem, zrezygnowany. Nie tak miało się to skończyć! Byłem zmuszony wrócić do Zamku. Szybko przebiegłem przez hol, odruchowo kierując się na wyższe piętra. Mocno wątpiłem w to, że cokolwiek tu znajdę. W okolicy kręciły się chmary psów, miałem minimalne szanse na odnalezienie proszku przed nimi. Udałem się więc jeszcze wyżej - strych. Tam było spokojnie. O dziwo nikt nie wpadł na wycieczkę w tamte rejony. Po krótkich poszukiwaniach zdałem sobie sprawę, że i Crescendo nie pomyślał o tym. Nigdzie nie widziałem żadnych kolorowych paczuszek. Zacisnąłem wargi, posmutniały. Już miałem ponownie udać się na schody, gdy nagle coś przykuło moją uwagę. Kroki. Czyjeś łapy głośno uderzały o marmur. Pies niechybnie biegł, w dodatku w moją stronę. Stanąłem za rogiem, nie wypowiadając ani słowa. Już kilka sekund później moim oczom ukazał się przybysz. Miał szaro-brązową, niemal wilczą sierść i nadzwyczaj ciemne oczy. Wzrok wlepiał we własne łapy, toteż nie zdziwiłem się, gdy z całym impetem wyhamował na mnie. Cofnąłem się odruchowo, nieco speszony. On tylko warknął coś pod nosem, po czym popędził dalej. Stałem tak chwilę zdezorientowany. Gdy już chciałem ruszyć w drogę powrotną, zwróciłem uwagę na pewną rzecz... Na podłodze, nieopodal moich łap leżała mała torebeczka z żółtym proszkiem. Zapewne należała do ów zrzędliwego psa. Popatrzyłem na nią chciwie. No cóż, jej prawowity właściciel jest już pewnie daleko, a ja potrzebuję przecież proszku...

Akceptacja! (21:14)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz