07.08.2018

Od Tony'ego cd. Isobelle

  — Isooooooooo... Nalej mi jeszcze — przysunąłem kieliszek w jej stronę, kiedy już wróciła. Byłem pewny, że praca barmana jest prosta, ale widząc, ile czynności na raz wykonywała Iso, zmieniłem zdanie. — Proszę.
  — Matko, Tony, ile ty wypiłeś? — szybko zabrała go z blatu, przyglądając mi się uważnie. Już byłem pijany? Byłem pewny, że przesadza.
  — Czy to ma jakieś znaczenie? — machnąłem lekceważąco łapą. — Twoje pytanie jest bez sensu — pociągnąłem nosem. — Wszystko jest bez sensu.
  — Każdy bezsens ma swój sens, bo bezsensu nie ma sensu — Iso wypowiedziała to zadnie, jakby miało jakieś znaczenie, jakby było naprawdę ważne i miało większy sens. Zabrzmiało ono niczym jakieś zaklęcie, które miałoby odmienić mój marny los. Niestety po tym, jak je powiedział, a nic się nie wydarzyło, a ja nie poczułem się lepiej.
  — Skoro każdy bezsens ma swój sens, bo bez sensu nie ma sensu, to gdzie tu jest sens? — zapytałem, kładąc łeb na łapy, które miałem położone na blacie. Pysk nadal miałem mokry od łez, choć już przestałem płakać. Nie miałem już na nic siły, nawet na płacz.
  — E... — chwilę się zastanowiła. — Każdy bezsens ma swój sens, ale nie każdy sens jest bezsensem.
  — Czyli bezsens nie ma sensu, a sens jest bezsensem? — uniosłem łeb, ale widząc, niezadowoloną minę Iso znowu oparłem go o swoje łapy.
  — Tanay, nalewałeś mu pod moją nieobecność? — zwróciła się do Tanaya z takim wyrzutem, jakbym to ja zaczął gadać o jakiś sensach i bezsensach. Jej głos zdradzał, że była lekko podenerwowana.
  Zaczęła z nim rozmawiać, ale nie słuchałem ich rozmowy. Zamiast tego zastanawiałem się nad sensem swojego życia. Czy moje życie ma jakikolwiek sens? Zwłaszcza gdy przewiduję nadchodzące wydarzenia? Skoro bezsens nie ma sensu, ale bez sensu nie ma sensu, to jak bezsens ma mieć sens? Nie ma w bezsensie sensu.
  Westchnąłem, zrezygnowany. Zaczęło kręcić mi się w głowie. Za dużo tych sensów i bezsensów. Westchnąłem po raz drugi. Nie rozumiałem, czemu akurat mnie spotkał taki los, takie życie. Nie prosiłem o to. Nie chciałem tego.
  — Iso, po co my tak właściwie żyjemy? — zapytałem.
  — Skąd to pytanie? — odpowiedziała mi pytaniem na pytanie.
  — A nie wiem — zapadła krótka cisza. — Gdzie mój kieliszek? - zapytałem, gdy po niego sięgnąłem, ale zamiast poczuć szkło, poczułem drewniany blat.
  — Zabrałam go.
  — A nie miałaś mi nalać?
  — Miałam, ale tego nie zrobiłam.
  — A czemu?
  — No nie wiem, a może dlatego, że już za dużo wypiłeś? O, Konstanty — jej głos niemal natychmiast złagodniał. — Dobrze, że jesteś.
  — Cześć Isobelle — usłyszałem za sobą głos Kostka. — Tony — tu zwrócił się chyba do mnie. — Wiedziałem, że tu będziesz — odwróciłem niemrawo łeb i ujrzałem Kostka. Wydawało mi się, że to niemożliwe, aby mój brat, Konstanty, przebywał w takim miejscu, jakim była karczma. W tamtym momencie byłem skory uwierzyć, że byłem pijany i mam zwidy.
Wyciągnąłem w jego stronę łapę i go dotknąłem. To był Konstanty z krwi i kości. Naprawdę.
  — Wracaj do domu, Konstanty. Nic mi nie jest — zapewniłem, rozumiejąc, że to nie zwidy.
  — Pójdę, ale ty idziesz ze mną — bez jakiegokolwiek uprzedzenia złapał mnie za kark i podniósł z siedzenia, jakbym ważył niczym piórko. — Za dużo wypiłeś. Znowu.
  — Mogę iść o własnych siłach — powiedziałem, ale na te słowa cały świat zaczął wirować. Prawie spadłem z krzesła, ale Konstanty zdążył mnie złapać, zanim upadłem na posadzkę.
  — Właśnie widzę. Isobelle, przepraszam za niego — zwrócił się do barmanki. Położył mnie na swoim grzbiecie.
  — Nic się nie stało, naprawdę — zapewniła Iso.
  — Powinieneś przestać.
  — Z czym? — zapytałem, gdy zrozumiałem, że te słowa zostały skierowane do mnie.
  — Jak to z czym? Z piciem oczywiście!
  — Po co? — nie rozumiałem, a wtedy Konstanty odwrócił łeb, aby na mnie spojrzeć.
  — Twoje picie krzywdzi mnie oraz ciebie, wiem, że bardzo dobrze zdajesz sobie z tego sprawę — powiedział, patrząc na mnie ze zmrużonymi brwiami.
  Na dźwięk słowa ''krzywdzi'' zobaczyłem przed oczami kawałek snu, a dokładnie tę część, gdzie jakaś postać zadaje Konstantemu śmiertelny cios, a na miejscu mojego brata powstaje kupka pyłu splamiona jego krwią. Do oczu napłynęły mi łzy.
  — Kostek... - pociągnąłem nosem.
  — O nie...
  — Ja nie chcę widzieć, jak umierasz, Kostek! — rozpłakałem się.
  — Nikt nie umiera, Tony — wydawał się poirytowany. Ruszył, ze mną na grzbiecie, do wyjścia z karczmy.
  — Co jest? — podbiegła do nas Iso.
  — Tony znowu to robi - odpowiedział jej Kostek.
  — Czyli co? - zapytała.
  — Gada o mojej śmierci.
  — Co?
  — Kostek! - płakałem. Ten sen był straszny. Nie chciałem, aby kiedykolwiek się wydarzył. Przytuliłem się do niego.
  — Już kilka razy musiałem odbierać go z karczmy, całego pijanego, zalanego łzami i za każdym razem musiałem słuchać jego żalów.
  — Nigdy nie widziałam go w takim stanie. Najwidoczniej miałam wtedy przerwę czy coś. A co dokładnie mówi?
  — Coś w stylu ''Nie umieraj!'', ''Nie mogę patrzeć, jak umierasz!'', ''Nie chcę, żeby umarł!''. Ja rozumiem, że jest bardzo troskliwy, choć nie zawsze wygląda na typ takiej osoby, ale czasami nie wiem, co o tym myśleć.
  — Jak myślisz, czemu się tak zachowuje?
  — Nie wiem. Wolę go o to nie pytać.
  — Czemu?
  — Za każdym razem, gdy wracam z nim do domu, od razu idzie spać i następnego dnia nic nie pamięta. Poza tym nie chcę go martwić.
  Wszyscy we troje znaleźliśmy się w komnacie. Konstanty od razu skierował się do mojego pokoju.
  — Kostek — zapytałem, gdy położył mnie do łóżka. — Nie umieraj.
  — Nie umrę, Tony - nakrył mnie kocem.
  — Na pewno?
  — Na pewno — westchnął.
  — Obiecasz mi? Obiecaj.
  — Obiecuję.
  Jego obietnica zadziałał na mnie jak Lestrade, bo od razu po tym, jak ją usłyszałem, zasnąłem.

***

  Otworzyłem oczy. W pokoju było bardzo jasno. Za jasno. Światło mnie drażniło. Ledwo udało mi się odczytać godzinę spod przymrużonych powiek. Była prawie czternasta.
  — Cholerny kac — warknąłem pod nosem.
  Wstałem z łóżka i ubrałem niebieską bluzę. Wiedziałem, że Kostek będzie zły, że tak późno wstałem.
  Wszedłem do kuchni, skąd wydobywały się różne zapachy. Kostek coś kuchcił, a Isobelle siedziała przy stole. Już miałem przenieś wzrok na Kostka, kiedy dotarło do mnie, że w kuchni znajdowała się Iso. Co ona tutaj robi? Patrzyłem na nią zdziwiony.
  — Cześć Tony — przywitała się ze mną, gdy mnie zobaczyła.
  — Hej Iso — odpowiedziałem po kilkunastu minutach, gdy się ogarnąłem.
  — Nareszcie wstałeś — usłyszałem Konstantego. Spojrzałem na niego. Nie odwrócił się do mnie.
  — Ta, sorry, że tak późno - usiadłem na krześle przy stole naprzeciwko Isobelle. — Ktoś mi wytłumaczy, co się wczoraj stało? Nic nie pamiętam, wiem tylko to, że poszedłem do karczmy i mam kaca — zakończyłem, czekając na wyjaśnienia.
  — Za dużo wypiłeś, dlatego musiałem cię odebrać z karczmy — wyjaśnił mi Kostek, patrząc na Isobelle.
  — Znowu? — zapytałem, nie dowierzając.
  — Znowu — powiedziała Isobelle.
  Cholera. Nie za fajnie.
  — Sorry.

< Iso? >
(lepiej, żeby niczego się na razie nie dowiedział | opowiadanie składa się z 1171 słów)

Bonus

dodatkowa nagroda za +1000 słów
+5 monet

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz